Ogień zniszczył 25 lipca zabytkowy wiejski kościół w hrabstwie Two Hills w środkowo-wschodniej Albercie, zbudowany przez polskich imigrantów relacjonuje Andrew Ehrkamp, w Grandin Media.

fot. Andrew Papenbrock, Catholic Archdiocese of Edmonton

Był to zabytek kultury osadnictwa polskiego w Kanadzie.

To takie smutne. Kościół był czymś więcej niż tylko budynkiem. Był wpleciony w tkankę naszej rodziny ”- wspomina Miranda Ketchum, piąte pokolenie  rodziny zaangażowanej w parafię katolicką Świętej Trójcy.

Kościół znajdował się w Nowym Kijowie w hrabstwie Two Hills, około 120 kilometrów na wschód od Edmonton. Pożar wybuchł nad ranem 25 lipca.

Mieszkańcy okolicy widzieli dwa pickupy jeżdżące wokół kościelnego wzgórza około 2:30 w nocy.

Pożar jest badany przez RCMP i straż.


Kościół Świętej Trójcy był zamknięty od ponad 20 lat, otwierano go  okazjonalnie na specjalne okazje, takie jak wesela i pogrzeby.

W pobliżu znajduje się niewielki cmentarz z nagrobkami pochodzącymi z XIX wieku, kiedy przybyli w te okolice imigranci, wielu z nich – jak rodzina Ketchum, Sokalscy – z Polski.

„Rodzina mojego taty przybyła w 1899 r.  wtedy nie było kościoła, więc msza była odprawiana w domach ludzi” – opowiada pani Ketchum.

Parafia rzymskokatolicka pw. Świętej Trójcy powstała około 1908 r., kiedy Jan Bacziński – wczesny osadnik – podarował dwa akry ziemi pod cmentarz. W tym czasie pierwszy proboszcz  przyjeżdżał konno, czasem w deszczu lub śniegu i odprawiał Mszę św. Najczęściej nocował w domu Baczińskiego, a następnego ranka wyjeżdżał.

„Byli to ludzie wielkiej wiary i głębokiego przekonania do więzi z ojczyzną. Kościół katolicki był wielkim źródłem pociechy i dumy Polaków, zwłaszcza w czasach przeciwności losu”- pisała Siostra Ketchum, Mykaela Van Soest, przygotowując historię parafii.

„W pierwszych latach w nowym kraju kościół był jedynym łącznikiem z ich ojczyzną i kulturą”.

Obecny budynek był drugim kościołem w tym miejscu, zastępując pierwotny z drewnianych bali. Wspólnota parafialna Świętej Trójcy obchodziła swoje 100-lecie w 2018 roku.

Ks. Adam Lech, z kurii katolickiej archidiecezji Edmonton, odwiedził   teren po pożarze i poinformował, że zniszczenia są doszczętne.

„Wszystko zawaliło się do piwnicy. Rozejrzałem się, żeby zobaczyć, czy jest tam tabernakulum lub cokolwiek, co można by uratować, ale nie było nic prócz popiołów. To smutne.” – powiedział  grandinmedia.ca

 


O polskich kościołach w Albercie i prowincjach preryjnych pisaliśmy w 2018 roku:

 

Polscy pionierzy kanadyjskiej Prerii

Polacy mają olbrzymie zasługi w budowie Kanady. W XIX wieku w prowincjach preryjnych istniały setki osad polskich. Katalogowaniem ich historii i identyfikowaniem pozostałości – głównie kościołów od lat zajmują się państwo Grażyna i Lech Gałęzowscy. Efektem ich pracy jest pięknie wydana przez Kanadyjsko-Polski Instytut Badawczy książka pt. “In the Footsteps of Polish Pioneers on the Canadian Prairies”. W piątek 19 października w Konsulacie RP w Toronto odbyło się spotkanie z Autorami.

        Lech Gałęzowski: Dlaczego akurat wybraliśmy temat o pionierach, w ogóle temat polskich pionierów. Dosyć dawno temu wpadła mi w ręce książka Edwarda Hubicza „Polish Churches in Manitoba”. Nigdy nie myślałem, że jest tyle miejscowości, tyle wiosek, gdzie Polacy się osiedlili. On opisuje dosyć sporo. Zaaranżowałem spotkanie z nim, już był w podeszłym wieku, chciałem się dowiedzieć jak je znaleźć. Zacząłem szukać, zacząłem od miejscowości, która się nazywa Zbaraż. Znalazłem ją. To tylko jest nazwa, tej wioski już nie ma, ale został też taki mały kościółek. Wchodząc do tego kościoła można zobaczyć, że byli tam Polacy, bo są akcenty polskie, jest obrus na ołtarzu, na którym napisane jest: „Panie Boże pobłogosław lud swój”. Były proporce z Matką Boską Częstochowską, były również stacje drogi krzyżowej napisane po polsku. Potem poszedłem na cmentarz i na cmentarzu były podpisane polskie groby.

Od tego się zaczęło, zacząłem coraz więcej podróżować, zacząłem fotografować te miejsca wewnątrz, zewnątrz, potem zacząłem również fotografować cmentarze.

Druga książka, która wpadła mi w ręce to jest księdza Walewandera z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Przyjechał do Kanady i on też opisał właśnie osady polskie w Kanadzie zachodniej i w Kanadzie wschodniej. W pewnym sensie ułatwił mi sprawę. Jego publikacja rozszerzyła to i mogłem zacząć jeździć do tych miejsc. Znalezienie ich jednak nie było łatwe.

Podam państwu taki przykład. Tylko dlatego że była napisana jakaś nazwa, jak Acadia Valley, w Albercie to nie znaczy, że polski kościół był w tej wiosce czy miasteczku. Kościół, który zbudowali pionierzy,  był 16 km poza. I wtedy ci tłumaczą; jedziesz 5 minut w prawo, trzy mile  w lewo i znajdziesz… No i tak znajdowaliśmy. Później robiło się notatki i można było łatwiej trafić.

Druga  rzecz, dlaczego wybrałem ten temat to pamiętniki emigrantów. Zachęcam do ich czytania. Instytut wydał kilka książek, bardzo dobre książki, i jak zacząłem czytać, to ten temat  tak bardzo mnie zafascynował, że połknąłem bakcyla. Chciałem więcej wiedzieć o tych pionierach.

Grażyna Gałęzowska: Na początku byłam sceptyczna… Ale wyjeżdżamy do Alberty, gdzie człowiek spojrzał jest pusto, szukamy tego kościoła i nagle podjeżdża samochód, pytamy, a pani popatrzyła na nas, jakby zobaczyła UFO… Skąd wyście się tutaj wzięli? Tutaj nikt nie przyjeżdża… Proszę sobie wyobrazić, jak daleko byliśmy od jakiegoś ośrodka. Ta pani powiedziała tak, tak jedźcie jeszcze 10 mil i znajdziecie. I znaleźliśmy! W innym przypadku jedziemy dosyć długo, już się obawiamy, że noc nas tam złapie, podjechaliśmy do stacji, no i mówią tak i tak. Znaleźliśmy ukraiński cmentarz, a po prawej jest las i nic więcej. Znaleźliśmy cmentarz, trawa wysoka po pachy,  napisane: „tu spoczywa świętej pamięci Tomasz taki taki”. No był kościół polski! Ale tego kościoła nie widać! Jedzie samochód, zatrzymujemy, czy pan wie czy tutaj był kościół? No tak, patrz! I rzeczywiście, jak wskazał, to wtedy zobaczyliśmy wieżyczkę zarośniętą. Wchodzimy tacy już podekscytowani, co to będzie. Otwieram drzwi wylatują jakieś ptaki, skrzypi wszystko, wchodzimy do środka i na wprost taka ogromna belka z napisem „Święta Boża Rodzicielko módl się za nami”.

Taki polski napis! Aż mi skóra ścierpła. Oczywiście wszystko jest zniszczone, gołębie, myszy, wszystko porozwalane. Mąż robi zdjęcia,  mówi w pewnym momencie do mnie, zamknij drzwi. Z  tyłu jest napis „1973 r. z literkami Trzech Króli. 40 lat minęło i kościół kompletnie zarósł.

Wyobraźcie sobie, że w tych śmieciach  znaleźliśmy szarfę, na której było wyhaftowane 3 maja 1791. Obchodzili Konstytucję 3 Maja, ludzie wtedy w tej okolicy w tych czasach byli tak oddani swoim korzeniom.

Co mnie urzekło, to że kiedy spotykamy ludzi to natykamy się na ogromną radość dzielenia się swoją historią rodzinną, historią okolic. Bardzo często pytają, a czy wiecie to, czy macie tamto? Często nie wiemy. Taką właśnie historia w Saskatchewan była w Wishart, gdzie „wylądowałam” na poczcie i pytam czy jest ktoś, kto mógłby nam dać klucz, żeby otworzyć kościół i zrobić zdjęcia, pani zaczyna mnie wypytywać, ja jej wytłumaczyłam, ona mówi, o to wy musicie przyjechać do nas, bo u mojej córki na jej polu jest polski kościół. A jak się nazywa? Biały orzeł. Nie do uwierzenia, że coś takiego jest, a my o tym nie wiemy.

L.G.: Było wiele takich miejsc które były po prostu pominięte.

G.G.: Jedziemy w te punkty i ludzie nas wtedy zabierają do następnych. Zabierają nas na quad jedziemy tak przez wszystkie pola na skos, pytam czy to tak można? „A, czemu nie, przecież to mój sąsiad…”. Ta serdeczność. My w mieście zamykamy się w naszych domach nie odczuwamy tej bliskości z ludźmi.

Gdy wchodzimy, jak tylko przedstawimy cel naszej wizyty, to zapraszają, mówią teraz jest obiad, proszę usiąść, zjeść, a potem będziemy rozmawiać i nas zabierają, pokazują, dzielą się tym, co mają. Właśnie tam, daleko od miasta, w tych małych domkach, ludzie mają pamiętniki, dokumenty ojca, dokumenty pradziadków. I oni tego już nie umieją przeczytać i nie wiedzą co z tym zrobić. W jednej wsi, której żeśmy bardzo długo szukali, ktoś nam powiedział, że już nie istnieje. Wisła, to też przez przypadek, przez przypadek dojechaliśmy do tej wsi.

Nasz samochód stał się minihotelem, zwykły dodge caravan przeszedł do historii bo tam trzeba było i przespać się, i zjeść i trzymać wszystkie dokumenty. Jak się wyjechało ponad 400 kilometrów od miasta i tylko widać pola, pola, pola, no to hoteli nie ma.

Innym źródłem były oczywiście archiwa pojechaliśmy do biblioteki we Ottawie, gdzie mogliśmy skorzystać z niektórych fotografii. Ale najlepsze źródło to zawsze byli ludzie, potomkowie pionierów.

L.G.: Zasięgamy języka u takiego farmera, każe nam pojechać tam dalej, znajdujemy cmentarz, wchodzimy na cmentarz i ukazuje się pomnik, poświęcony polskim pionierom. To jest chyba jedyny taki pomnik w Kanadzie. Jest napis  i są nazwiska. I to robi wrażenie, że 440 km na północ od Winnipegu można znaleźć taki piękny pomnik. Ale to, co mnie najbardziej wzruszyło to, że kiedy spotkaliśmy się z tym człowiekiem on był chyba jedynym, który działał, żeby ten pomnik postawić tym pionierom. W 2007 roku było odsłonięcie i pokazuje kasetę, którą nakręcił. Takim wzruszającym momentem było to, że przyjechali zewsząd potomkowie, żeby ten pomnik odsłonić, dzieci i starsi. W pewnym momencie on mówi, żeby oni wszyscy wstali…

G.G.: Jak popatrzycie na to wideo, to rozpoczyna się uroczystość, wszyscy stoją, odśpiewują hymn Kanady i już jakby chcą usiąść, a wtedy ten człowiek mówi,  proszę stać, a teraz odśpiewamy hymn  naszych ojców, naszych dziadków, i śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła”. Mnie to po prostu dreszcze przeszły; tak daleko, gdzieś tam na tych Preriach, na tym cmentarzu śpiewają polski hymn. No to jak można to zignorować czy nieuszanować, kiedy oni tyle miłości w to włożyli. Pomnik jest piękny, duży, jak jedziemy gdzieś na jakiś cmentarz szukamy czegoś, to  potem taką jedną polską lampkę zapalamy.

Kiedyś pewien pan mówi nam, chyba tutaj byliście, bo ta lampka taka nietypowa… Ten pan jest teraz z nami w kontakcie, zainteresowany naszą pracą i jest bardzo dumny ze swojego dziedzictwa, swoich korzeni. Był jednym z tych, którzy brali udział w odsłonięciu tablicy, jaką w zeszłym roku odsłanialiśmy w parlamencie Manitoby zadedykowanej 200. rocznicy przybycia Polaków do Manitoby. Był, jako ten przedstawiciel ery pionierów

L.G.: Odwiedzamy też miejsca gdzie były organizacje, które mogą mieć materiał, z którego będziemy mogli skorzystać. Jeżeli tam było organizowane dwudziestopięciolecie czy pięćdziesięciolecie. Niekiedy informacji jest brak, są skąpe i jedyna szansa to po prostu pojechać porozmawiać z tymi ludźmi, żeby te rzeczy nie przepadły, bo potomkowie mogą to trzymać przez pewien okres, a potem to wyrzucą, bo nie widzą wartości i stracimy tę historią i szkoda tego. (…)

W książce mamy mapy, aby każdy mógł zobaczyć gdzie była dana wioska czy miejscowość którą żeśmy odwiedzali.

(..)

Inny przykład, to jest na przykład Sifton to jest 350 km od Winnipegu. Co jest ciekawe, tam na tym krzyżu po lewej stronie były takie metalowe emblematy. Jeden to był orzeł polski, a drugi był profil  Kilińskiego. Pytanie, kto to tam włożył i kiedy, z jakiej okazji? Podejrzewam, że to było przyczepione z okazji Konstytucji 3 Maja czy czegoś takiego. Bo nie ma żadnej informacji, Tutaj w środku ten pomnik poświęcony jest księdzu Franciszewskiemu, który pracował tam 17 lat. Niektórzy księża po prostu stracili życie przy takiej pracy, dlatego że to był ogromny wysiłek i olbrzymie odległości. Proszę zobaczyć to zdjęcie to było tabernakulum, a teraz jest to karmnik dla ptaków…

(…)

Proszę zwrócić uwagę, że na mapach jest dużo miejscowości, które są polskie, mają polskie nazwy, tak jak tutaj jest Kowalówka, są Dobrowody, jest Krasne. Niekiedy Polacy byli w stanie dostać polską nazwę, a niekiedy nie. Przykładem takim może być miejscowość, która nazywa się Candiac, Polacy zabiegali o to, żeby nazywała się Sobieski, jednak nie otrzymali tego pozwolenia i został się Candiac.

W każdej prowincji są nazwy miejscowości, gdzie Polacy mieszkali, czy też pracowali i tam było życie polonijne. Bo to życie polonijne nie kręciło się tylko wokół wielkich miast.   (…)

Przenosimy się do Alberty i tam to samo, kilka miejscowości, które są polskie, mają polskie nazwy Nisku, Kopernik (Polska), Kraków. Taka anegdotka, jeżeli chodzi o Nisku. Przyjechał tam polski pionier nazywał się Sarnecki, idzie tam do administratora, rozmawiają o tym, że on chce nabyć ten homestead, no i pyta się go jak chcesz żeby się to nazywało, a on myśli, myśli i mówi nisko tutaj…

Kopernik (Polska), jak wyjeżdżamy do tej miejscowości,  jest napisane „Polska”;  tu na fundamencie jest napisane „Boże zbaw Polskę”. Mnie osobiście podoba się ta tablica pamiątkowa „In memory of the Polish pioneers of this nation and community who helped build the nation from the wilderness”. To mówi samo za siebie. Tutaj też była szkoła polska. Duże zasługi położył ksiądz Paweł Kulawy to jest znana postać jeżeli chodzi o Albertę.

Kościół, który polecałbym zobaczyć to jest w Wostok, w środku mają piękne rzeczy, mają też oczywiście tablicę pamiątkową, że nie zapomnieli o tych, którzy budowali.

      – Kto przyjeżdżał z Polski kim byli ci ludzie?

– Przeważnie przybywali chłopi z Galicji. To byli analfabeci, a przyjechali dlatego, że w 1895 r. minister Clifford Sifton ogłosił taką ustawę że potrzebują zasiedlić Prerie, a ponieważ angielska, irlandzka imigracja już stanęły, więc patrzyli skąd by najlepiej zyskać nowych ludzi i spojrzeli na Europę centralną gdzie była Galicja. Posłali tam agentów, obiecywali złote góry, że są dobre zarobki, że można pracować w górnictwie, na roli, aby tylko ich tutaj sprowadzić. Realia okazały się inne, ponieważ, jeżeli chodzi o polską społeczność, to oni nie byli przygotowani. To, co tutaj zastali, to było całkiem co innego niż się spodziewali.

Mieli bardzo trudne życie, trudno sobie to dzisiaj wyobrazić, ale to byli zwykli rolnicy, chłopi którzy z Galicji wyjechali za chlebem. Większość przyjechała na Prerie dlatego że to byli rolnicy. Ziemia, którą otrzymywali była prawie pół darmo. Dla takiego zwykłego chłopa, jeżeli on otrzymał 160 akrów to było coś! Jak on napisał do domu, słuchaj kupiłem 160 akrów za 10 dolarów, to robiło wrażenie. Tam tylko dziedzic miał te 160 akrów. Dopiero później w okresie międzywojennym zaczęła przybywać emigracja bardziej wykształcona, a po wojnie to już całkiem co innego. Ale ci pierwsi to naprawdę nie da się opisać, jak mieli trudno. Niektórzy, jak się ich pyta jak było, w tym  czasie to siadają, łzy lecą, nie chcę o tym mówić.

 – A czy są jakieś przejawy kultywowania tej polskiej tradycji w następnych pokoleniach?

     G.G.: Jeśli Pan ma na myśli następne, pierwsze pokolenie, to tak, ale już trzecie, czwarte to tylko zostaje takie ciepłe miejsce w sercu, „bo babcia to mówiła”, „dziadek to mówił”. Trudno powiedzieć, że kultywują to. Ale mąż kiedyś czytał artykuł z 1920 r., kiedy już bardzo często to pierwsze pokolenie się asymilowało i ludzie pisali do gazety, że dzieci tak szybko zapominają mówić po polsku, nie dbają o to. Tak że, jak teraz narzekamy, że nasze dzieci szybko się asymilują, to proszę sobie wyobrazić, że wtedy były ciężkie warunki i  nie dziwię się, że chcieli jak najszybciej się wydostać z tego miejsca, gdzie byli.

Pamiętam takie jedno miejsce, gdzie byliśmy, są tam trzy cmentarze katolicki, ukraiński i greko-ukraiński. Te cmentarze były przedzielone płotem i taki pan jeździł tam kosiarką i mówi,  po co oni to tutaj dzielili, przecież wszyscy poszli w jedno miejsce. Zaczął wtedy opowiadać i mówi że z jego rodziny wszyscy są wykształceni, ale „ja tutaj zostałem, żeby tym cmentarzem się zająć, i chociaż tyle dla nich robię”. Taki był dumny z tego, że jego bracia, czy kuzyni są w mieście, chwalił się, że są na stanowiskach. To było też bardzo miłe usłyszeć.

L.G.: Ta polskość docierała wszędzie takie silne centra to można wymienić, Brandon w Manitobie. Tak jak powiedzmy w Keld. Tam też była silna Polonia, oni pracowali na roli, ale organizowali różne imprezy czy to były pikniki czy jakieś zakładali organizacje. Oni chcieli mieć tę polskość. W Albercie na przykład Calmar, tam to rzeczywiście w okresie międzywojennym nastąpił rozkwit. Mieli swoją organizację, mieli kółko dramatyczne mieli 2 gazety, które ściągali, mieli bibliotekę i to dużą bibliotekę. Również i kościół. Tak że tam życie polskie tętniło. I to właśnie nie tylko w tych dużych miastach, ale również małych miasteczkach. Byłem zdziwiony, że tam na preriach jest organizacja i nazywa się Sokół.

W jednych z takich miejscowości zbierali się żeby czytać Sienkiewicza. To było w 1914 r. Byłem zdziwiony zapamiętałem nazwisko, nazywał się Jeżewski i zorganizował wieczór poświęcony Henrykowi Sienkiewiczowi. Tam najbliższa miejscowość to nie wiem ile od Calgary będzie, chyba z 200 km, ale gdzieś tam na wiosce organizować wieczór poświęcony Sienkiewiczowi to jest niespotykane.

Ale to nie jest jedyna taka miejscowość, są inne, gdzie organizowali takie właśnie rzeczy. Dlatego w książce próbowałem ująć takie ciekawe rzeczy, o których nikt nie wie. Jest taka miejscowość w Saskatchewan, która nazwa Cedoux, kościoła już nie ma, dopiero później wpadł w moje ręce dokument, w którym człowiek pisze, że tam była szkoła imieniem Poniatowskiego. Skąd wzięli Poniatowskiego?! Nie wiem, będę musiał tam jeszcze raz pojechać i może jakieś informacje uzyskać.

G.G.: Taka ciekawostka w Saskatchewanie w  Prudhomme jest muzeum, w muzeum jest jeden pokój poświęcony Polakom i w tych dokumentach odkrywamy, że organizacja, która tam istniała namawia, prosi, żeby kupować książkę Wańkowicza „Tworzywo” i żeby czytać, bo „on tutaj był i on tutaj zna wasze życie”.

L.G.: Tam  widzieliśmy też ciekawą rzecz. Mieli tam takie karteczki przygotowane i na tych karteczkach były daty. Zacząłem czytać książkę w parafii; kiedy powstała parafia, to chodziło o to, żeby wszyscy pomagali finansowo, ale byli tacy którzy korzystali z  sakramentów i tak dalej, ale nie dokładali się, więc – tego nie wymyślił ksiądz,  to wymyślili parafianie – postanowili że będą mieć te kartki, każdy będzie je miał jeżeli opłacił co miał opłacić, to będzie mógł przystępować do Komunii św., będzie mógł chodzić do spowiedzi, a jak nie ma podstemplowanej kartki to ksiądz nie spowiada. I utrzymali ten kościół! Stoi do tej pory. To było skuteczne.

        – Ile tych kościołów, misji, zostało przez państwa udokumentowane?

L.G.: Myśmy w tej chwili odwiedzili chyba ponad 230 miejscowości z czego około 100 w Manitobie,  w Saskatchewan jest 57 i w Albercie jest około 50. Na pewno, jest jeszcze więcej takich miejscowości, w których żeśmy nie byli, ale jak otrzymamy informację, to po prostu jedziemy tam od razu.

Niekiedy są błędy, kiedyś ktoś mówi, że tam jest polski kościół i miejscowość nazywa się Prosperity patrzę w książkę nie ma takiego Prosperity – ktoś napisał „b” zamiast „p”, ale pojechaliśmy i rzeczywiście znaleźliśmy.

Dużo jest takich miejsc, gdzie jest informacja że było tam społeczeństwo polskie, ale już tam nic nie ma. Ostatnio pojechałem do Saskatchewan szukać za 4 miejscami i niestety nie znalazłem prawie nic oprócz jednego. Po prostu to znikło; chodzi o to, żeby udokumentować, że tam byli Polacy, czy to było 5 rodzin czy 15, że oni tam byli; a dodatkowa informacja jest to jak tam działali, to już jest bonus.

G.G.: Od momentu kiedy zaczęliśmy zbierać dokumentację, robić zdjęcia, zdarza się potem, za 5 lat wracamy i okazuje się że już kościółek, który mąż sfotografował, już go nie ma, bo został spalony, bo zagrażał bezpieczeństwu albo były inne powody.

L.G.: To był taki kościół, próbowali go odrestaurować, ale zabrakło funduszy i zaprzestali  tam był azbest musieli to usunąć, bo to było niebezpieczne i  spalili ten kościół

Jest dużo ludzi, którzy,  jak jedziemy to zostawią wizytówki, jest dużo ludzi, którzy potem dzwonią, albo się kontaktują. Z natury jeżeli mają coś, to bardzo chętnie się dzielą, dlatego że chcą zachować to, co zostało po ich dziadkach, po ich pradziadkach. Uważam, że to jest ważne dla nas, to jest nasze dziedzictwo to, co pozostało po tych pionierach. A  powiedzmy za 5 – 10 lat to nie wiem co zostanie. Teraz ostatnio, w tym roku znikły 2 kościoły.

G.G: Ale wydaje mi się że największy taką radością tej pasji jest to, jak widzimy, jak ludzie się cieszą. W czasie festiwalu w Manitobie  2 tygodnie, każdy naród prezentuje swoją kulturę, posiłki, tańce i mamy polski pawilon. Przechodzi jeden w miarę młody człowiek zobaczył tę naszą książkę. I ta jego radość, zaraz złapał za telefon i nakręcił wideo i mówi, tato to jest książka dla ciebie. Okazało się że był synem byłego premiera Manitoby.

Ta właśnie radość, że przyznają się do swojej polskości, do swoich korzeni. Mąż brał kiedyś taki kurs jak przeprowadzać wywiady,  powiedział  że robi taki projekt o polskich pionierach  i wtedy zaraz wszyscy zaczęli się przyznawać, a to mój pradziadek, a to moja babcia, i tak dalej. Dlatego powinniśmy być dumni z tych naszych korzeni z naszych tradycji, z tego że jednak w Kanadę Polacy włożyli bardzo dużo pracy.  Nie tylko na Preriach.

Jest dużo takich tematów, które niestety nie zostały opracowane. Na przykład cmentarze. Cmentarze polskie to jest tylko coś takiego, co występuje w zachodniej Kanadzie. We wschodniej Kanadzie chyba tylko na Kaszubach, a reszta to są cmentarze komunalne czyli nie ma wydzielonej sekcji dla Polaków.

Inną klasyfikację, którą należałoby zrobić to polskie szkoły w zachodniej Kanadzie. Tego też nikt nie opracował, to jest bardzo ciekawy temat.

(…)

Dobrym źródłem była też gazeta katolicka tam jest też dużo informacji, ale co jest ciekawe, Polacy niekiedy jak nie dostali swojej nazwy to na przykład dodawali do istniejącej nazwy swoją,  na przykład w gazecie piszą że jest Trójczyn w Manitobie, ale gdzie jest, nie mam pojęcia, albo że tam jest Kantowo. Później zacząłem grzebać szukać, oni tak to zrobili że Angusville to był Trójczyn, między sobą mówili, idę do Trójczyna, albo że szedł do Oakburn Farms to mówili idę na Kantowo, albo była taka miejscowość Rossburn to była Antonówka, więc między sobą używali swoich nazw. (…)

Życie obracało się wokół kościoła wokół parafii dlatego, że to było miejsce centralne, gdzie oni mogli się spotkać rozmawiać w języku polskim, wymieniać swoje poglądy i tak dalej i czuli się wtedy wygodnie. Bo w tym czasie ta grupa ludzi była bardzo silnie dyskryminowana to byli tak zwani undesirables. Z jednej strony, ich chcieli, ale z drugiej strony,  reprezentowali niższą klasę. Anglicy zawsze się wywyższali, bo przyjechali stamtąd, ale ci co przyjechali.

Na początku nie mieli żadnych pieniędzy więc te pierwsze kaplice były bardzo, bardzo biedne niekiedy msze odbywały się na zewnątrz, albo w prywatnych domach, dopiero później z biegiem czasu, budowali większe kaplice, kościoły.

       – Czy mieliście Państwo rozmowy jak ewentualnie zachować te miejsca? 

L.G.: Mogę odpowiedzieć, że są niekiedy osoby które są zainteresowane, żeby zachować kościółek, czy kaplicę, więc robią wszystko, żeby przetrwał. Takim przykładem jest miejscowość Tolstoi niedaleko  granicy amerykańskiej w Manitobie, gdzie 3 siostry odrestaurowują kościół. Biskup im to odstąpił za dolara pod warunkiem, że jeżeli będę używać te mogą używać, a kiedy przestaną, to przechodzi to na własność biskupa. Im chodziło o to, żeby zachować ten kościół, bo ich rodzice i dziadkowie tam chodzili.

Rozumiem pani pytanie, ja też bym chciał to zachować, żeby był to taki skansen; żeby te wszystkie kościoły tam dać w jedno miejsce, żeby można je było oglądać.

Innym przykładem jest kościół w Redfield, tam grupa Polaków przeniosła go do muzeum. I ten kościół tam stoi. Niestety nie ma  wiele takich  osób, dlatego niekiedy te kościoły się rozpadają. To jest tylko kwestia czasu zanim to się rozpadnie bo trzeba byłoby wydać kupę pieniędzy, żeby to odrestaurować. Niektóre rzeczywiście są piękne, ale nie ma na to funduszy. Mnie bardzo szkoda, ale nic na to nie poradzę. Mam udokumentowane, że był sfotografowany zewnątrz, wewnątrz…

G.G.: Realia są też takie, że na tych Preriach jest coraz mniej ludzi, tzw. ghost towns to jest normalka. Przejeżdżamy, domy zabite deskami, pusto wszędzie, pamiętam jak szukaliśmy Dobrowody.  Kościół jest naprawdę piękny widać że tam jeszcze ludzie dbają koszą trawę, raz w roku spotykają się 29 czerwca na Piotra i Pawła, odbywają się wtedy uroczystości. Kościół naprawdę utrzymany, zadbany, ale tam opiekuje się kościołem 7 osób. Też czasem się zdarza, że jest to 1 osoba, jakiś staruszek, który ma dziewięćdziesiąt lat. Nie ma komu się tym zająć, żeby to utrzymać, i w pewnym momencie to zniknie.

Przykre, że byliśmy w kilku miejscach, gdzie te kościoły zostały celowo zdewastowane. Czy młodzi, czy trudno powiedzieć kto, ale specjalnie zostały zniszczone, ktoś się włamał. Na cmentarzu łamią pomniki… W jednym kościele były organy zrzucone na podłogę, wszystko było zdewastowane, a kiedy byliśmy jeszcze kilka lat wcześniej wszystko było na miejscu. To boli.

Jednak Prerie zmieniają się i zaczynają być puste, w Albercie zaobserwowaliśmy, że teraz żniwa odbywają się na tej zasadzie, że farmerzy przyjeżdżają z miasta, mają swoje motorhomes, tam mieszkają na czas upraw, a potem wracają do miasta. Czyli to jest kompletnie inna wizja pracy na wsi.  Tak że znikają te domki i znika stara wersja farmera.  Zawsze się śmiejemy, jak szukamy informacji to gdy jest piękny dom, nawet nie ma co wchodzić, tam nikt nie ma żadnej informacji, bo to są ludzie młodzi, a gdy jest starsza farma,  no to jest kopalnia informacji.

(…)

Dlatego ważne jest, by naszą książkę dostali politycy, aby wiedza o polskich pionierach nie zginęła…

notował Andrzej Kumor

Ostatnio zmieniany piątek, 26 październik 2018 16:33