W znanej anegdotce o rewolucji październikowej w Rosji słuchamy, jak wielką księżnę zaniepokoiły hałasy i strzały na ulicy. Powiada więc, do pokojówki: wyjdź no gołąbeczko i zobacz,  co tam się dzieje. Pokojówka po chwili wraca i powiada: proszę księżnej pani, wybuchła rewolucja. – Rewolucja, powiadasz? A czego chcą ci rewolucjoniści? – Chcą, proszę księżnej pani, żeby nie było bogatych – powiada pokojówka. No to nie było, aż do czasów Jelcyna, a i wtedy bogaczami byli przeważnie Żydzi.

Więc w Rosji chcieli, żeby nie było bogatych – a czego chcą rewolucjoniści na Białorusi? Łatwiej powiedzieć, czego nie chcą, to znaczy – kogo nie chcą. Nie chcą mianowicie Aleksandra Łukaszenki jako swego prezydenta.

A kogo chcą? Na pierwszy rzut oka chcieliby panią Swietłanę Cichanouską. Ona uważa, że wygrała wybory i że gotowa jest zostać przywódcą białoruskiego narodu. Co prawda najpierw musiała do tej decyzji dojrzeć, bo początkowo wystosowała oświadczenie pełne rezygnacji. Ktoś jednak musiał ją porządnie podkręcić, bo nie tylko odzyskała pewność siebie, ale i wigor, na co wskazywałoby zdjęcie, na którym wyraz twarzy ma stanowczy i wznosi w górę zaciśniętą pięść, niczym La Passionaria.

Może to, przypadek, ale nie można też wykluczyć, że podkręcił ją ktoś, dla kogo La Passionaria nadal pozostaje jasnym idolem.

La Passionaria pozostaje jasnym idolem dla pana Sławomira Sierakowskiego z “Krytyki Politycznej”, który właśnie na Białorusi dokazuje, a ostatnio doniósł, że Łukaszenka “nie wie, kogo aresztować”. Można by pomyśleć, że Aleksander Łukaszenka zwierza mu się ze swoich rozterek, ale chyba tak nie jest; pan Sierakowski chyba nie podkręcał pani Swietłany, tylko ktoś inny.

Kto? Tego, ma się rozumieć, nie wiemy, chociaż wiadomo, że z panią Cichanouską spotkał się przedstawiciel rządu niemieckiego. Czy jednak on ją podkręcił? To być może – ale wydaje mi się, że bardziej prawdopodobna jest tu ręka zimnego ruskiego czekisty Putina.

Na pierwszy rzut oka wygląda to nieprawdopodobnie, ale… Wprawdzie prezydent Łukaszenka przez całe lata uchodził za marionetkę Putina, a w każdym razie tak to przedstawiała telewizja “Biełsat” – ale co najmniej od dwóch ostatnich lat Aleksander Łukaszenka coraz bardziej rosyjskiego prezydenta irytował, lawirując między Rosją, a Unią Europejską i nie zgadzając się na “integrację” Białorusi z Rosją.

Jeśli zatem, mając z pewnością na Białorusi rozbudowaną agenturę, prezydent Putin nawet nie zaimprowizował tej rewolucji, to byłby durniem, gdyby takiej okazji nie wykorzystał. A okazja sama wchodzi mu w ręce, bo zaskoczony Aleksander Łukaszenka zaczął prosić go o pomoc. Putin nie odmówił, ale na razie mu nie pomaga, jakby czekał, aż Łukaszenka będzie go prosił o pomoc na klęczkach. Wtedy mu pomoże, ale pod warunkiem, że najpierw podpisze mu stosowny cyrograf. A potem może spuścić go z wodą i nawet udzielić inwestytury pani Swietłanie, czy jakiemuś innemu jasnemu idolowi.

Najwyraźniej taka możliwość zaczęła docierać również do warszawskich statystów, którzy “oczywiście” są przeciwko Łukaszence i “za demokracją”, przynajmniej taką samą, jak w Polsce, ale wcale by nie chcieli, by Rosja jednym susem przesunęła swoje granice o prawie 1000 kilometrów na zachód.

Chyba z tego powodu w niemieckim portalu “Onet”, w którym z okazji setnej rocznicy polskiego zwycięstwa  w wojnie z bolszewikami, ukazał się materiał pokazujący, w jak bestialski sposób “białopolacy” traktowali bolszewickich jeńców, pojawiła się krzepiąca publikacja, że polska armia jest lepsza od białoruskiej. Niby mała rzecz, ale jednak przyjemnie.

Ale nie tylko na sile naszej niezwyciężonej armii polegamy. Oto bowiem 15 sierpnia przybyły do Warszawy amerykański sekretarz stanu pan Mike Pompeo, podpisał polsko-amerykańską umowę wojskową, przywidującą nie tylko przesunięcie co najmniej 1000 amerykańskich żołnierzy z Niemiec i zainstalowanie w Polsce dowództwa jednej z grup. Polska zobowiązała się do zapewnienia tym wojskom utrzymania i paliwa, natomiast nie jest jasne, czy ci żołnierze będą podlegali prawu polskiemu i czy teren baz będzie eksterytorialny, czy nie.  Wprawdzie przedstawiciele rządu zapewniają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc nikt się specjalnie tym nie zajmuje tym bardziej, że i pan generał Polko oświadczył niedawno, że kto chciałby zadrzeć z Polską, to zadrze też ze Stanami Zjednoczonymi. Słowem – jest podobnie, jak w roku 1939, a poza tym czekamy na ruch ze strony Kongresu USA, do którego niedawno trafił raport Departamentu Stanu w sprawie ustawy 447.

Teraz oczywiście mamy kanikuły, więc nikt nie ma głowy do zajmowania się takimi głupstwami, ale środowiska żydowskie już podnoszą przygotowawczy klangor, więc myślę, że po wakacjach sprawa roszczeń zacznie nabierać rumieńców tym bardziej, że i prezydent Trump przez zbliżającymi się wyborami też będzie chciał się Żydom jakoś podlizać.

Tymczasem Naczelnik Państwa jeszcze raz pokazał, że jest wirtuozem intrygi. W Sejmie znalazł się bowiem projekt ustawy o podwyższeniu uposażeń posłów, senatorów i najważniejszych osób w państwie. Poparty został nie tylko przez obóz dobrej zmiany, ale również – przez obóz zdrady i zaprzaństwa. Jedynie Konfederacja głosowała przeciwko – no i się zaczęło.

W obóz zdrady i zaprzaństwa  uderzyła fala krytyki ze strony jego zwolenników i popleczników, a Wielce Czcigodny poseł Pupka dopiero wtedy zorientował się, jakiego szczura wpuścił im Naczelnik Państwa. Poparcie posłów opozycji dla tej podwyżki pryncypialnie skrytykował Szymon Hołownia, a w szeregach obozu zdrady i zaprzaństwa pojawiły się żądania dymisji Wielce Czcigodnego posła Pupki. Sytuację próbowała ratować La Passionaria partii “Razem”, czyli pani Nowacka, ale wypadło to jeszcze gorzej. Pani Nowacka zauważyła bowiem, że takiego jednego z drugim posła to każdy może kupić za 2 tysiące złotych. Skąd wie takie rzeczy – bo chyba nie było tak, że “nie wiedziała, a powiedziała”?

Tymczasem, jakby jeszcze tego było za mało, jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść, że pan minister zdrowia Łukasz Szumowski podał się do dymisji. Pan minister zapewnił, że decyzja ta dojrzewała w nim już wcześniej, to znaczy – jeszcze przed pojawieniem się epidemii zbrodniczego koronawirusa i że nie ma ona “nic wspólnego” z toczącymi się śledztwami. Jednak jeszcze niedawno zapewniał, że dymisja nie wchodzi w rachubę, zwłaszcza, że czeka nas “druga fala” epidemii. Teraz twierdzi, że może odejść w spokoju, bo “zbudował system”, który z tą całą drugą falą sobie poradzi. Nie tylko zresztą z drugą falą; system doskonale radzi sobie również z lekarzami, którzy nie tylko, że nie wierzą w epidemię, ale w dodatku – publicznie dają temu wyraz.

Nie tylko wylatują z zawodu, ale w dodatku rzecznik odpowiedzialności zawodowej radzi im po dobremu, żeby byli rozsądni I skoro już weszli między wrony… – i tak dalej. Wprawdzie zapowiadana “głęboka rekonstrukcja rządu” miała odbyć się dopiero we wrześniu, ale widocznie stało się coś ważnego, co sprawia, że nie można czekać ani chwili dłużej.

Co to jest – tego oczywiście jeszcze nie wiemy, ale nie tracimy nadziei, że w swoim czasie zostanie nam to objawione, podobnie jak reżyser i cele rewolucji na Białorusi.

 Stanisław Michalkiewicz