Niedawno 50 państw wzięło udział w grillowaniu Polski publikując list/odezwę na stronach swoich ambasad o poszanowaniu praw osób LGBTQ.

Jest to bezprecedensowe, aby 50-ciu akredytowanych ambasadorów z różnych państw tak oficjalnie wtrącało się w wewnętrzne sprawy państwa, w którym rezydują. Cała sprawa niby to była orkiestrowana przez ambasadę belgijską w Warszawie. Ale po wypowiedziach ambasadorki z USA pani Mosbacher, to ona właśnie została wezwana do MSZ-tu. Co tam się stało i o czym mówiono tego nie wiemy, bo to nie dla ludu pobożnego.

Lud i tak by nie zrozumiał – tak przynajmniej o ludzie sądzą te  elity z nadania – nie wiadomo tak do końca czyjego.

Wśród 50 ambasadorów jest i Albania, i Kanada. Podaję celowo te dwa przykłady. Jak wiadomo akurat Albania słynie w świecie z poszanowania praw kobiet i homoseksualistów.

Oops! Wiem, że ci homo są archaicznym wyrażeniem, ale ja jestem starej daty, i nauka nowych płci idzie mi bardzo opornie. W związku z tym wymagam wobec siebie równej tolerancji i poszanowania. I znów tak jak w innych przypadkach, na przykład mianowania nowego ambasadora Niemiec, który jest resortowo nazistowski (ojciec wysoki rangą nazista, tuż przy boku Hitlera), a także profesjonalnym specem od służb wywiadowczych.

Dobrze zapytać, czy taki list, czy taki ambasador mógłby zaistnieć w innych krajach, takich choćby jak Albania, Izrael, Francja, czy Rosja? Sorka, ale nawet ja z mojej pozycji zjadacza i czytacza propagandowych ochłapów, które są dostępne prostemu ludowi, wiem, że by się to nie zdarzyło.

Wszyscy ci ambasadorowie, bez wyjątku powinni być wydaleni z Polski za wtrącanie się nie w swoje sprawy, czyli w wewnętrzne sprawy Polski. Jest to łamanie protokołu dyplomatycznego.

Ale popatrzcie jak mądrze i strategicznie to wymyślili (no, ci co wyszli z pomysłem grillowania Polski i Polaków za pomocą takiego listu). Trudno wydalić 50-ciu ambasadorów naraz. Więc przemilczano.

Premier Morawiecki pojechał do Brukseli zajmować się w tym czasie Białorusią, i przedstawiać znakomity plan dotyczący tego umęczonego kraju. Plan został przyjęty, a następnie zignorowany. To jeszcze jeden przyczynek do grillowania.

Jeszcze nam mało? Potem okazało się, że Andrzej Przyłębski wziął udział (już w maju) w grillowaniu Ukrainy, pouczając ukraińskich dyplomatów o historii. Zapomniało mu się biednemu, że nie jest akademikiem (prawdziwy, tzn. nadany przez Radę Państwa profesor), ale dyplomatą, z całą gamą reguł reprezentowanie RP na placówce na jaką został powołany (czytaj nominowany) w Berlinie, a nie w Kijowie. Znów zgodnie z ogólnie przyjętym protokołem dyplomatycznym.

Dlaczego ten jego list z maja, został wyciągnięty na światło dzienne dopiero niedawno – nie wiem. Nie jestem (i nie będę) subskrybentką Gazety Wyborczej, a link na Google dziwnym trafem jest niedostępny. Pewnie się temu ambasadorowi pomyliło jaka jest jego rola, tak jak pomyliło mu się że był zarejestrowany jako donosiciel z rekordem w IPN. Ale co tam! Zapomniał.

W świecie, w którym ciągle nie ujawniono Aneksu do Raportu o likwidacji WSI, gdzie śledztwo smoleńskie ugrzęzło, Bolek (ten od Nobla) też raz mówi, że donosił, a innym razem, że go wrobili i to nie jego podpis, takie przemilczenie bycia agentem współpracy z SB, to pikuś.  Ale ja się wam nie dam skołować.

Drugim krajem podanym jako przykład z długiej listy 50 państw grillujących Polaków za walkę z marksizmem jest Kanada. I tutaj wkraczam na swoje lokalne podwórko. Skoro wielu z nas jest Kanadyjczykami o polskich korzeniach, to gdzie były te protesty, a przynajmniej listy wyjaśniające, że homoseksualizm nigdy nie był w Polsce karalny do kanadyjskiego MSZ-tu, premiera Kanady i ambasadora Kanady w Polsce?  To przecież nasz, kanadyjski reprezentant, ambasador Kanady w Polsce opublikował taki bzdetny list. Ktoś powinien mu uświadomić, bo nie wie. Jak również i fakt, że wybory tuż za rogiem. A co na to nasz kanadyjski MSZ?  Nic. Bo nikt go nie zapytał, nikt niczego nie wyjaśnił, nikt niczego nie sprostował. A to jest właśnie okazja, aby zażądać nie tylko od  rządzącej partii liberalnej, ale i konserwatystów, a także NDP, i zielonych, aby się opowiedzieli za nami. A jak nie, to nie będziemy na nich głosować. No tak, ale i tak nie głosujemy, a jak głosujemy to niemrawo. Z szerokiego grona moich znajomych jestem chyba jedyną osobą, która należy do kanadyjskiej partii. Oczekiwałam, że to nasze organizacje polonijne (hello!, są tam jeszcze jakieś z ikrą?) wykorzystają tę okazję, żeby zaprezentować kim jesteśmy.

A może chociaż, ta silna grupa pod wezwaniem z ulicy, która z takim zapałem pisała listy do B’nai Brith aby odwołać polonijnego prezesa kongresu z Toronto, zbierze się i wystąpi, tym razem w słusznej sprawie, zbierając podpisu na ulicy. Ale gdzie tam. Wszyscy oniemieli. Jak te ryby. Do końca głos potracili. Jak nie ma szmalu, to nie ma działania. Jak nie ma wizji, ani energii to też działania brak. To prawda stara jak świat. No tak, przyjdzie walec i wyrówna, i schowamy się za kwiecistą spódnicę mamy i będziemy powiewać malowaną chustą, kiełbasą i polką. I uśmiechać się, bo my tacy mili ludzie.

A potem będziemy się dziwić, dlaczego nikt nas nie traktuje poważnie.

Alicja Farmus