Właśnie wróciłam z Polski. Podróż była wyjątkowa, trzy miejsca w samolocie pod rząd tylko dla mnie, praktycznie miałam miejsce sypialne. To mi wręcz uratowało życie, bo blokada przeciwbólowa na uraz mięśni kręgosłupa i barku działa nie najlepiej i nie mogę siedzieć ani stać.

Lotnisko Pearsona jak wymarłe, jedyny dostępny samochodzik zabrał staruszków, więc  przetargałam walizkę przez miejsce sprawdzania temperatury do punktu kontroli granicznej. Nie wiem, czy to moja znoszona kurteczka khaki czy zmęczony wyraz twarzy spowodowały, że zamiast spodziewanego zwyczajowego Welcome Home usłyszałam pierwsze pytanie, czy pracowałam w Polsce.

– Nie.

Drugie, czy pracuję w Kanadzie.

Trochę zdziwiona pytaniem, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że od roku nie pracuję. Trzecie pytanie, zadane nieprzyjemnym tonem, wprawiło mnie w osłupienie. Jeśli nie pracuję, to z jakich źródeł finansowania korzystam w kupieniu kosztownego biletu. W tłumaczeniu na ludzki, skąd masz ciulu nierobie forsę na bilet?

Nieważne, że mieszkam w Kanadzie od ponad 30 lat, może mam oszczędności, forsę pod materacem, linie kredytowe, takież karty. Nikt mnie nie pytał, czy korzystam z finansowej pomocy rządu Kanady, a nie korzystam, co by takie impertynenckie pytania usprawiedliwiało.

Następne pytania dotyczyły charakteru mojej dwumiesięcznej wizyty w Polsce.

– Czy to był wyjazd biznesowy, czy też w sprawach rodzinnych?

Również zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że w sprawach rodzinnych. Oficer zażądał konkretnej odpowiedzi, jakie to sprawy rodzinne zawiodły mnie do Polski. W tym momencie puściły mi nerwy, jakim prawem kanadyjski rząd wypytuje mnie o sprawy rodzinne. To są pytania dla odwiedzających Kanadę, a nie dla jej obywateli. Może mam w Polsce kochanka albo trzy kochanki na raz zgodnie z panującą modą, może moja siostra przechodzi załamanie nerwowe, może kwiatki chcę postawić na grobach bliskich. Nieważne było, co odpowiem, bo przecież nie jest to do sprawdzenia.

Celem tych pytań było upokorzenie i zeszmatławienie kanadyjskiego obywatela. I tak się czułam, upokorzona i poniżona. Odmówiłam odpowiedzi, zasłaniając się prawem do prywatności, za to usłyszałam – oficer podał mi trzy podstawy prawne swoich pytań, których zażądałam – że jeśli odmówię odpowiedzi, zostanę zatrzymana jako podejrzana i przesłuchana, a kiedy to przesłuchanie się odbędzie, on nie wie.

Gdybym nie miała tego urazu i bólu, może bym pociągnęła sprawę dalej, z ciekawości, na jakiej podstawie mnie zatrzymają za odmowę odpowiedzi ws. spraw rodzinnych, ale odpuściłam. Skierowali mnie na przeszukanie bagażu z tajemniczą sygnaturą na deklaracji celnej. Młody celnik po otwarciu walizki trafił od razu na paczkę z majtkami, wyraźnie go to obrzydziło, przejrzał pobieżnie całą aptekę środków przeciwbólowych i witamin, które wiozłam. I nie chodziło o przemyt, znowu pytania. Gdzie się zatrzymałem w Polsce, a mam tam mieszkanie, kto za to mieszkanie płaci, skąd mam pieniądze na bilet i na opłacanie tego mieszkania.

Odpowiedziałam, że ponad 30 lat temu uciekłam z komuny i przyjechałem do Kanady, kraju wolnych ludzi, i że właśnie w przyszłym roku ten obóz koncentracyjny, jakim stała się Kanada, opuszczam.

O dziwo, on się zaciekawił, czy naprawdę tak uważam, że to obóz koncentracyjny. Pomógł mi zapakować rozbebeszona walizkę.

Jestem teraz na kwarantannie. Oficer graniczny zapytał się mnie o warunki mieszkaniowe. Mam żyć w piwnicy przez dwa tygodnie. Maksymalna kara za złamanie obostrzeń to milion dolarów, 3 lata więzienia lub obie kary łącznie. Taką informację dostałam po 4 dniach kwarantanny, 5. dnia dzwoniła policja, sprawdzając, czy jestem w domu.

Welcome to concentration camp Canada.

Joanna Wasilewska