Było pro­sto i wzię­ło pokrzy­wi­ło się na amen. Było łatwo, ale zro­bi­ło się trud­niej. Czy­li nie jest już łatwo i łatwo już nie będzie. Czy to w ogó­le moż­li­we, odna­leźć ład w świe­cie, któ­ry oszalał?

I tu bar­dzo pro­szę zauwa­żyć: nie piszę, że “jak gdy­by osza­lał”. Albo­wiem tuż za pro­giem nowe­go roku, hał­dy pro­ble­mów nad­wi­ślań­skich, splą­ta­nych dodat­ko­wo pan­de­mią, rosną nie­ustan­nie. Moż­na powie­dzieć wię­cej: one pro­sto w nie­bo pną się na tyle eks­pre­syj­nie, że przed bie­giem na Księ­życ powstrzy­mu­ją je wyłącz­nie modli­twy oraz siła woli ludzi, któ­rzy w przy­szło­ści uzna­ni zosta­ną za świę­tych. Tak uważam.

Spójrz­my tyl­ko na to, co dzie­je się dooko­ła nas, ale patrz­my uważ­niej niż zazwy­czaj. Od jesie­ni daj­my na to, pro­ble­mem numer jeden ludu nad­wi­ślań­skie­go wyda­je się być tak zwa­na “nie­wy­dol­ność sys­te­mu ochro­ny zdro­wia”, co w prze­kła­dzie na codzien­ność ozna­cza­ło, że z począt­ku nikt nie wie­dział, co robić z ambu­lan­sa­mi pogo­to­wia ratun­ko­we­go, wożą­cy­mi pacjen­tów oraz ich zwło­ki mię­dzy szpi­ta­la­mi. Skok licz­by zara­żo­nych koro­na­wi­ru­sem, a co za tym szło, gwał­tow­ny wzrost ilo­ści zgo­nów, zatrwa­ża­ły, budząc gro­zę i oba­wy o przy­szłość. Zwłasz­cza gdy wie­dzieć, jak umie­ra się na śród­miąż­szo­we zapa­le­nie płuc.

 

STERTOWISKO

Otóż umie­ra się dra­ma­tycz­nie, dusząc się, stąd dla pacjen­ta lepiej, gdy nakar­mić go mor­fi­ną z dodat­ka­mi. Udu­si się wcze­śniej czy póź­niej, ale przy­naj­mniej nie zoba­czy­my, że cier­pi. Nowo­cze­sność pod rękę z postę­pem zna­ją swo­je pra­wa i pomo­gą jak mogą.

Ludzie dusi­li się więc, na śmierć, a w tym samym cza­sie rząd zwo­ły­wał kon­wen­ty­kle tak zwa­nych spe­cja­li­stów, roz­wa­ża­ją­cych, gdzie wła­ści­wie będzie się ukła­da­ło zmar­łych, żeby było dobrze. Zmar­łym, ktoś pyta? Ale tam. Rzą­do­wi prze­cież. War­to przy tym zauwa­żyć, że mimo wspo­mnia­nych kon­sul­ta­cji, na wspo­mnia­ny temat rząd tyle tyl­ko wie­dział, ile widział via tele­wi­zor, w Lom­bar­dii czy w Nowym Jor­ku. Mia­no­wi­cie, że w ster­ty, w kon­te­ne­rach chłod­ni­czych. Rzą­dzą­cy poję­cia nie mie­li rów­nież (tu zało­żę się, bo kto nie lubi wygry­wać), jak wspo­mnia­ne ster­ty nale­ża­ło­by następ­nie utylizować.

Czy­li, pod­su­muj­my jesień, jak mia­ło być? W ster­ty, obok każ­de­go z szes­na­stu naro­do­wych szpi­ta­li, a popio­ły do Wisły, do Odry, do War­ty, w bagna nad Bie­brzą, w knie­je Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej, w Bory Tuchol­skie, hen? “Ochro­na zdro­wia jest dla nas prio­ry­te­tem”, powta­rzał tym­cza­sem pre­mier Mora­wiec­ki swo­je, wyuczo­ne, a powie­ka mu przy tym nie drża­ła. Nie tra­fi­ła go pani Apo­plek­sja. Pani Hipo­kry­zja z kolei, Apo­plek­sji przy­ja­ciół­ka naj­droż­sza, nie zabi­ła na miej­scu pio­ru­nem ude­rza­ją­cym z nie­bios. Wresz­cie pan Przy­pa­dek ode­słał pana pre­mie­ra na kwarantannę.

 

PRZEZ PRÓG

Uogól­nia­jąc odro­bi­nę: fabu­ły rodem z powie­ści scien­ce-fic­tion coraz czę­ściej tra­fia­ją pod nasze strze­chy nie zapra­sza­ne, a sce­na­riu­sze fil­mów kata­stro­ficz­nych zado­ma­wia­ją na uli­cach nad­wi­ślań­skich miast i wsi. Nato­miast co do listo­pa­da, wyda­rze­nia galo­po­wa­ły prę­dzej od fawo­ry­ta przed metą Wiel­kiej Par­du­bic­kiej, a im bar­dziej absur­dal­ne takie wyda­rze­nie jed­no z dru­gim się oka­zy­wa­ło, tym bar­dziej nie­ra­cjo­nal­na decy­zja rzą­dzą­cych nastę­po­wa­ła w odpo­wie­dzi. I tym wię­cej pew­no­ści było w nas, że naj­gor­sze może jed­nak nastąpić.

Mówiąc ina­czej: nie­wy­obra­żal­ne wciąż pozo­sta­wa­ło nie­wy­obra­żal­nym, a nie­moż­li­we nie­moż­li­wym, a prze­cież jed­no i dru­gie nie tyl­ko, że mogło się zda­rzyć, lecz wła­śnie się wyda­rza­ło. Hor­ror wręcz pukał nam do drzwi i pchał się przez próg, nie dba­jąc o przyzwolenie.

A spró­bo­wał­byś, czło­wie­ku, drzwi nie­chcia­ne­mu nie uchy­lić. Spró­bo­wał­byś nie­chcia­ne ode­słać precz. Tego czy tam­te­go bzdur­ne­go zarzą­dze­nia do domu nie wpu­ścić. Zaraz wra­ca­ło z naka­zem płat­no­ści od urzę­du skar­bo­we­go, z naka­zem pra­cy od woje­wo­dy, z naka­zem admi­ni­stra­cyj­nym z sane­pi­du. Czy tam z innym pole­ce­niem od inne­go decy­den­ta, pew­ne­go swo­ich racji i prze­ko­nu­ją­ce­go, że dla nasze­go dobra nas upodla­ją. Ale gdy wła­dza nasza uko­cha­na powta­rza, że trosz­czy się o dobra oby­wa­te­li, wów­czas ty, oby­wa­te­lu, swo­je dobra chroń, ukry­wa­jąc co możesz gdzie tyl­ko się da, same­mu ucie­ka­jąc w te pędy. Czy tam gdzie tam.

 

DOSŁOWNIE ULANY

Co było nam robić zatem, co robić? Ucie­kać, gło­śno krzy­cząc? Ale ucie­kać dokąd? Prze­cież nie wystar­czy szyb­ko ucie­kać, żeby uciec. Nie wystar­czy biec, żeby dobiec. Roz­sąd­nie było­by, naj­praw­do­po­dob­niej, dowie­dzieć się wpierw, czy prze­bie­ra­jąc noga­mi, prze­bie­ra­my nimi we wła­ści­wym kie­run­ku? Tak? Czy nierozsądnie?

“Nasza stra­te­gia to przede wszyst­kim tak budo­wać życie spo­łecz­ne i gospo­dar­cze, by móc żyć, a jed­no­cze­śnie nie zamy­kać gospo­dar­ki”. Tak brzmi cytat dosłow­ny. Dosłow­nie ula­ny, moż­na powie­dzieć. Wprost ula­ny z ust same­go pana pre­mie­ra nasze­go, Mora­wiec­kie­go Mate­usza. Czy tam pre­mie­ra, nasze­go pana. Ale to tyl­ko jed­na stro­na meda­lu. Do tego ta, któ­ra pora­dzi sobie nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści. Zapre­zen­tuj­my tę dru­gą: “Z bie­żą­cą obsłu­gą pacjen­tów nie wyra­bia­li­śmy przed pan­de­mią, a teraz to jest w ogó­le dra­mat” – powie­dział por­ta­lo­wi money.pl war­szaw­ski lekarz. Ano­ni­mo­wo. Jak wska­zał Głów­ny Urząd Sta­ty­stycz­ny w opar­ciu o dane Urzę­dów Sta­nu Cywil­ne­go, mię­dzy 2. a 29. listo­pa­da zmar­ło dwa razy tyle Polek i Pola­ków, co w listo­pa­dzie roku 2019. Podob­no naj­wię­cej od roku 1945.

Ucie­kaj­cie, mówię. Ucie­kaj­cie, nawet jeśli wyda­je się wam, że nie ma dokąd. Ucie­kaj­cie, gło­śno krzy­cząc, by bliź­nich ostrzec przed sza­leń­stwem postę­pu­ją­cym ku nam nie­ubła­ga­nie. Sza­leń­stwem rzą­dzą­cych i głu­po­tą tak zwa­nej opo­zy­cji, pro­szę zechcieć zauważyć.

 

WINTER IS COMING

Tym­cza­sem rzą­dzą­cy Pol­ską dekla­ru­ją co rusz, powta­rza­jąc za pre­mie­rem bez­myśl­nie mam wra­że­nie, że “nie zamie­rza­ją zamy­kać gospo­dar­ki”, ale zro­bią wszyst­ko “byśmy mogli żyć”. Szcze­rze mówiąc, efekt będzie taki, że gospo­dar­ka nad­wi­ślań­ska moc­no weź­mie po łbie, a Pola­cy i tak umie­rać będą maso­wo. Tak mówi­łem i wła­śnie zaczę­ło się spraw­dzać. Powsta­ły pierw­sze umie­ral­nie, zwa­ne dla nie­po­zna­ki szpi­ta­la­mi polo­wy­mi. Mnó­stwo nowo­cze­snych łóżek, przy każ­dym kar­dio­mo­ni­tor, czy tam dwa, czy tam jeden respi­ra­tor i jeden kar­dio­mo­ni­tor, a obok żoł­nierz WOT i pie­lę­gniar­ka prze­szka­la­ją­ca nie­szczę­śni­ka w obsłu­dze nowi­nek tech­nicz­nych, sama po paro­go­dzin­nym prze­szko­le­niu. Obo­je ze stra­chem w oczach stu­diu­ją pro­ce­du­ry. Czy tam sami je piszą.

Oni sobie nie radzą. Pań­stwo, owszem. W każ­dym razie z pozo­ru. Buch, wzrost akcy­zy na papie­ro­sy i alko­hol. Ciach, poda­tek cukro­wy. Łup, wzrost ceny za ener­gię elek­trycz­ną. Dalej wyż­szy poda­tek od nie­ru­cho­mo­ści. Abo­na­ment radio­wo tele­wi­zyj­ny. Opła­ta za psa. Wywóz śmie­ci. I goto­we, już sobie pora­dzi­ło. Pań­stwo. Już mia­ło na wspar­cie dla arty­stów. Dla ban­ków. Dla przed­się­bior­ców. Tego zwol­ni­ło od skła­dek zna ZUS, tam­te­mu umo­rzy­ło poda­tek, a ja, prze­pra­szam, to u wozu koło pią­te? Czy moje pań­stwo, o jed­nych myśląc, a innych lek­ce­wa­żąc, to jest trak­tu­jąc zawar­to­ścią rzą­do­we­go pęche­rza moczo­we­go, czy tam pęche­rzy, więc czy moje pań­stwo, dba­jąc o jed­nych, i igno­ru­jąc innych, moje ci ono jest, czy raczej nie moje, a han­dla­rzy bro­nią daj­my na to?

 

ŁYŻKA DZIEGCIU

Bo co? Bo ja, bo my, oby­wa­te­le, podat­ków nie pła­ci­my? Han­dlarz bro­nią też nie zapła­cił podat­ku. Żeby o nie dostar­czo­nych respi­ra­to­rach nie wspo­mi­nać. Pro­szę? Że jed­nost­ka niczym, pań­stwo wszyst­kim? Przed­się­bior­com nale­ży poma­gać, bo to podat­ki od nich utrzy­mu­ją pań­stwo, nie ja, nie my, nie ludzie zwy­kli, zwy­kła­sy zna­czy? Że takie­go zwy­kła­sa moż­na na drut nani­zać, tłusz­czem maznąć, pie­przem dopra­wić i solą, i nad ogni­sko? Bo “eko­no­mia first”?

Jak­by wszyst­kie­go powyż­sze­go było mało, w grud­niu leka­rze ujaw­ni­li, że na każ­dą set­kę pacjen­tów, któ­rzy tra­fia­ją do szpi­ta­li z obja­wa­mi śród­miąż­szo­we­go zapa­le­nia płuc, w lecze­niu któ­rych zasto­so­wa­no intu­ba­cję oraz respi­ra­tor, z każ­dej set­ki takich pacjen­tów, powta­rzam, aż osiem­dzie­się­ciu pię­ciu nigdy nie roz­in­tu­bo­wa­no. To zna­czy przed zgo­nem. To napraw­dę dane zwa­la­ją­ce z nóg.

Ale i to nic. Boć prze­cież: szcze­pion­ka już jest. Wresz­cie naresz­cie. Nawet gdy powszech­nie wia­do­mo, co z becz­ką mio­du potra­fi zdzia­łać łyż­ka dzieg­ciu. Czy jakoś podob­nie. Dopo­wia­da­jąc: nie wia­do­mo, ile dawek szcze­pio­nek kupi­ła oby­wa­te­lom Unii nasza pani, Komi­sja Euro­pej­ska. Czy tam pani nasza. Nie wia­do­mo też, ile na zakup pie­nię­dzy prze­zna­czy­ła. Czy też ile wyło­ży­li­śmy na wcze­śniej­sze bada­nia. Bruk­se­la odma­wia bowiem upu­blicz­nie­nia frag­men­tów umów, zawar­tych z kon­cer­na­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi, ukry­wa­jąc dane naj­waż­niej­sze z punk­tu widze­nia wspólnoty.

 

BIG PHARMA GÓRĄ

Pani komi­sarz Kyria­ki­des, odpo­wie­dzial­na za zdro­wie Euro­pej­czy­ków, reagu­je na wąt­pli­wo­ści zgła­sza­ne Komi­sji przez euro­de­pu­to­wa­nych, swe­go rodza­ju para­wa­ni­kiem, zaty­tu­ło­wa­nym: “Brak zgo­dy pro­du­cen­tów na udo­stęp­nie­nie informacji”.

Onet dono­sił: “Mark Ecc­le­ston-Tur­ner, wykła­dow­ca pra­wa na Uni­wer­sy­te­cie Keele, ostrze­ga, że rzą­dy zda­ją się pła­cić rachu­nek za te szcze­pion­ki dwu­krot­nie. Po pierw­sze, kra­je żyru­ją wydat­ki na bada­nia i roz­wój, aby zrów­no­wa­żyć to, co pro­du­cen­ci leków okre­śla­ją jako ogrom­ne kosz­ty pro­duk­cji, zanim doj­dzie do zatwier­dze­nia przez orga­ny regu­la­cyj­ne. Następ­nie kra­je ponow­nie pła­cą za zakup goto­wych pro­duk­tów, gdy tyl­ko oka­żą się one sku­tecz­ne i zosta­ną zatwier­dzo­ne do użycia”.

Per­pe­tu­um mobi­le? Coś w tym guście. Zaraz po poja­wie­niu się w prze­strze­ni publicz­nej infor­ma­cji o pozio­mach sku­tecz­no­ści szcze­pio­nek, war­tość akcji Big Phar­my wzro­sła nie­mal z dnia na dzień. Wów­czas sze­fo­wie Moder­ny oaz Pfi­zer-BioN­Tech sprze­da­li część posia­da­nych pakie­tów, zara­bia­jąc na tym milio­ny. Co jesz­cze cie­kaw­sze i o czym w tym miej­scu wspo­mnieć nale­ży koniecz­nie, dopie­ro w dru­giej kolej­no­ści wystą­pi­li o udzie­le­nie zgo­dy na dopusz­cze­nie szcze­pio­nek do użycia.

Zosta­wia­my jed­na­ko­woż, co za nami. Pol­ska nad­wi­ślań­ska nabie­ra albo­wiem roz­pę­du, prze­kra­cza­jąc próg kolej­nej deka­dy. “Wiel­ki Reset” pora zacząć. Czy tam jak tam mądrzej­si od nas nazy­wa­ją wszyst­ko to, co ku nam zmierza.

 

NOWOEPOKA

Obie­cu­ją, że będzie to epo­ko­wa deka­da. Że w nową epo­kę wkra­cza­my, napo­mi­na­ją. W takim razie chciał­bym zauwa­żyć, nie­co opty­mi­stycz­niej na spra­wy spo­glą­da­jąc, że prze­ży­li­śmy już epo­kę nie­ja­kie­go Pali­ko­ta – tu musia­łem zapy­tać wuj­ka Googla, jak ów pan miał na imię – więc prze­ży­li­śmy epo­kę nie­ja­kie­go Pali­ko­ta Janu­sza, prze­ży­li­śmy epo­kę Petru Ryszar­da z jego sze­ścio­ma kró­la­mi, a przed nami rysu­je się już epo­ka kolej­na, epo­ka Hołow­ni Szy­mo­na, któ­ry jest za, popie­ra­jąc sprze­ciw. Pre­cy­zu­jąc: wobec wszyst­kie­go będąc za i każ­dy popie­ra­jąc sprze­ciw. W języ­ku, któ­ry upior­nie wiel­ka część moich roda­ków uwa­ża za język poli­ty­ki, nazy­wa się to “budo­wa­niem zdol­no­ści”. Ewen­tu­al­nie “przej­mo­wa­niem zaso­bów”. Ewen­tu­al­nie “kształ­to­wa­niem obra­zu”. I tak dalej, i tak dalej. Będzie się działo.

Pod­su­mo­wu­jąc: swoi prze­sta­li być nasi, ześli­zgnąw­szy się do pozio­mu obcych. Obcy dla nie­po­zna­ki przej­mu­ją oko­py swo­ich. To zna­czy byłych naszych. Swoi byli nasi dla odmia­ny, zręcz­nie fał­szu­ją rze­czy­wi­stość, łżąc, że kon­tro­lu­ją całość. I łżą nie po to bynaj­mniej, by całość rze­czy­wi­ście kon­tro­lo­wać, lecz w tym celu jedy­nie, byśmy ich ze sce­ny nie zmie­tli. Czy tam ze sce­ny nie zmie­tli, a z oko­pów wyrzu­ci­li. Nie­na­si zaś zapew­nia­ją, że nie­waż­ne sytu­acje, jakie­kol­wiek. Że zapa­nu­ją nad każ­dą, a to z tej ich miło­ści nie­przy­tom­nej do nas, boć kocha­ją nas niemożliwie.

 

CO ZA BAJZEL

Pew­nie, że kocha­ją. Na Kaczyń­skie­go z Suskim spójrz­cie. Popa­trz­cie na Cza­rza­ste­go i Zand­ber­ga. Oni kocha­ją nas na zabój, moż­na powie­dzieć. Naj­chęt­niej przy­tu­li­li­by nas do pier­si i koły­san­kę zaśpie­wa­li, teraz, zaraz, już, natych­miast. Do ostat­nie­go odde­chu by nas utu­la­li. Nasze­go ostat­nie­go, nie ich. Nie przy­tu­lą jed­na­ko­woż i nie przy­trzy­ma­ją. Ktoś wie, cze­mu? Bo to my im pła­ci­my. Do naszych port­fe­li się­ga­ją. Nikt nie mor­du­je kur, zno­szą­cych zło­te jaj­ka. Prócz głup­ców. A wymie­nie­ni to nie są idioci.

Powtórz­my jesz­cze pyta­nie fun­da­men­tal­ne, w cha­rak­te­rze swym zaiste szek­spi­row­skie: co robić, co robić? Ucie­kać, gło­śno krzy­cząc? Ale ucie­kać dokąd? Pamię­ta­my: nie wystar­czy szyb­ko biec, żeby dobiec, nale­ża­ło­by rów­nież wie­dzieć, bie­gnąc, czy bie­gnie­my we wła­ści­wym kie­run­ku. A tu? Gdy nie wia­do­mo, kto wróg, kto przy­ja­ciel? Gdy nie wia­do­mo, kto strze­la do nas, a do kogo my powin­ni­śmy otwo­rzyć ogień poje­dyn­czy, a komu odpo­wie­dzieć seria­mi? Czy tam w kogo rzu­cać i czym? Miło­ścią wro­ga ata­ko­wać? Bom­bar­do­wać nie­przy­ja­cie­la miło­sier­dziem? To już może lepiej bez­li­to­śnie takich zagła­ski­wać? Na śmierć, pod włos? No co za bajzel.

I na koniec. Pisa­rza scien­ce-fic­tion, Raya Bradbury’ego, zapy­ta­no kie­dyś, dla­cze­go w swo­ich książ­kach snu­je apo­ka­lip­tycz­ne wizje. Na co ten odpo­wie­dział: “Nie piszę o tym dla­te­go, że tak myślę. Piszę o tym, żeby­ście wie­dzie­li, jak tego unik­nąć”. Dobrze powiedziane.

Krzysz­tof Ligęza

Kon­takt z auto­rem: widnokregi@op.pl