Roz­dział 5

Kola­cja po ciemku

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Obła­do­wa­ni pacz­ka­mi szli za Wiel­kim Napraw­czym krę­ty­mi wybru­ko­wa­ny­mi ulicz­ka­mi, cza­sem w górę, cza­sem w dół. Słoń­ce pra­wie już zaszło. Był cie­pły let­ni wie­czór. Zmę­cze­ni i głod­ni jak wil­ki zasta­na­wia­li się, czy Babu dzia­ła jesz­cze w kuch­ni. Wie­dzie­li, że Gród Pra­sta­ry od wie­ków odzna­czał się gościn­no­ścią, w związ­ku z czym dzia­ła­ły w nim gospo­dy z jedze­niem z całe­go świa­ta, ale o tej porze były już zamknię­te. Nagle usły­sze­li za sobą zgrzyt łań­cu­cha rowe­ro­we­go. Zaraz za nimi lecia­ła na rowe­rze dobra dusza Limon­ka, spe­cja­list­ka od zdro­we­go jedze­nia. Jej ulu­bio­ny czar­ny rower leciał tak szyb­ko, że łań­cuch aż war­czał. Rower uno­sił się może pół metra nad zie­mią, naj­praw­do­po­dob­niej wspo­ma­ga­ny tak prze­dziw­nie dla­te­go, że Limon­ka mia­ła wła­śnie zamiar zro­bić coś dobre­go. Siwek zwró­cił uwa­gę na to jak bar­dzo rower był sta­ry, sty­lo­wy i dobrze utrzymany. 

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Dobra dusza wyprze­dzi­ła ich wszyst­kich i w locie obej­rza­ła się przez ramię. Zsu­nę­ła ciem­ne oku­la­ry, żeby im się lepiej przyj­rzeć, a może poli­czyć. Wszyst­kim wyda­ło się, że poja­wi­ła się w cudow­ny spo­sób, wyczu­wa­jąc, że są w potrze­bie. Oni też nie­śmia­ło ją obser­wo­wa­li. Po pierw­sze rzu­cił im się w oczy jej naszyj­nik z pla­ster­ków ogór­ków, zawsze świe­żych, któ­re nigdy nie robi­ły się sfla­cza­łe. Duży pla­ste­rek cytry­ny w środ­ku naszyj­ni­ka wyraź­nie odci­nał się od jej gra­na­to­we­go pod­ko­szul­ka z krót­kim ręka­wem i roz­ta­czał pięk­ny cytry­no­wy zapach. Limon­ka mia­ła na sobie spód­ni­cę uszy­tą z tysią­ca powiew­nych chu­s­tek w róż­nych ostrych kolo­rach (każ­da w innym), któ­re trze­po­ta­ły w cza­sie lotu, ale wca­le nie wkrę­ca­ły się w szpry­chy rowe­ru. Ciem­ne wło­sy z krót­ką grzyw­ką upię­ła w kok, któ­ry nie roz­pa­dał sią mimo znacz­nej pręd­ko­ści, z jaką się poru­sza­ła. Z uszu, na mło­dych traw­kach, zwi­sa­ły jej kol­czy­ki ze świe­żych malin. Była peł­na werwy, kolo­ro­wa i przecudna.

Jeden facho­wy rzut oka znad ciem­nych oku­la­rów wystar­czył jej, żeby się zorien­to­wać jak bar­dzo są głod­ni. Widząc ich stan posta­no­wi­ła dzia­łać natych­miast. Ener­gicz­nie otwar­ła ple­cak i wyję­ła z nie­go bute­lecz­kę z ciem­ne­go szkła z napi­sem „mela­sa“.
- Wzmoc­nij­cie się cho­ciaż tro­chę, żeby­ście mie­li siłę dojść — powie­dzia­ła poda­jąc Jul­ce butel­kę, a Mil­ce gru­by pęk łyżeczek.
- Łyżecz­ki odda­cie mi na miej­scu — po tych zagad­ko­wych sło­wach zaczę­ła peda­ło­wać w powie­trzu z takim wigo­rem, że cho­ciaż była mniej­sza od kuzy­nek, wszy­scy musie­li przy­spie­szyć, żeby za nią nadą­żyć. Zauwa­ży­li, że do ple­ca­ka ma przy­tro­czo­ną lor­net­kę i hełm tro­pi­kal­ny. Domy­śli­li się, że musi czę­sto latać gdzieś dalej, niż tyl­ko po Kró­lew­skim Gro­dzie Prastarym.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Zapadł zupeł­ny zmrok i uli­ce oświe­tla­ły teraz wyso­kie sta­ro­daw­ne latar­nie. W pew­nym momen­cie Limon­ka znik­nę­ła w wyso­kiej, ciem­nej bra­mie, któ­rą mija­li.  Za sekun­dę poja­wi­ła się w środ­ku kamie­ni­cy, za drzwia­mi z szy­bą. Coś do nich mówi­ła gesty­ku­lu­jąc. Drzwi oka­za­ły się otwar­te, więc weszli, żeby zro­zu­mieć, o co jej chodzi.
- Nie będę zapa­lać świa­teł, bo jest już zamknię­te — powie­dzia­ła lata­jąc im nad gło­wa­mi w zupeł­nej ciem­no­ści i sadza­jąc wszyst­kich na nie­wi­docz­nych krze­słach przy nie­wi­docz­nych sto­li­kach. W powie­trzu pach­nia­ło jaki­miś zupeł­nie im nie­zna­ny­mi przy­pra­wa­mi. Czu­li się jak­by przy­je­cha­li do dale­kie­go kra­ju, o któ­rym nic nie wie­dzie­li. Byli nie tyl­ko peł­ni nadziei na zaspo­ko­je­nie gło­du, ale zafa­scy­no­wa­ni całą sytu­cją. Sie­dzie­li po ciem­ku, ale przez duże szy­by widzie­li wszyst­ko, co dzia­ło się na uli­cy, bo tam było tro­chę jaśniej od latar­ni i neonów.
- Gdzie my wła­ści­wie jeste­śmy? — szep­nął Jasno­sza­ry do sie­dzą­ce­go obok koni­ka w kolo­rze zaschnię­tej gli­ny, cho­ciaż nie wie­dział kto to jest.
Oczy przy­zwy­cza­ja­ły im się do mro­ku i zaczy­na­li się nawza­jem widzieć.
- Jesteś w praw­dzi­wej restau­ra­cji, ciem­nia­ku — odpo­wie­dział szep­tem Jasno­be­żo­wy sie­dzą­cy przy sąsied­nim stoliku.
W mię­dzy­cza­sie zaczę­ły do nich docie­rać coraz inten­syw­niej­sze, sma­ko­wi­te zapa­chy egzo­tycz­nych potraw, w tym pie­czo­nych i pra­żo­nych. Limon­ka lata­ła nad sto­li­ka­mi z zawrot­ną pręd­ko­ścią. Roz­kła­da­ła na nich malut­kie misecz­ki z dymią­cy­mi potra­wa­mi, po kil­ka przed każ­dym. Robi­ła to w taki spo­sób, żeby na środ­ku każ­de­go sto­li­ka zmie­ścił się też wiel­ki pół­mi­sek z chru­pią­cy­mi gorą­cy­mi plac­ka­mi o róż­nych smakach.
- Jak to wszyst­ko jest moż­li­we? — Jasno­sza­ry w dal­szym cią­gu nie mógł ogar­nąć myśla­mi tego, co się działo.
- Dobre dusze są w sta­nie robić takie rze­czy. Jesteś głod­ny, to jedz, nie martw się na zapas — odpo­wie­dział mu konik w kolo­rze pia­sko­wym, któ­ry zaspo­ko­ił już pierw­szy głód.
Jasno­sza­ry prze­stał się więc zasta­na­wiać, tym bar­dziej że Limon­ka zno­wu prze­le­cia­ła nad ich sto­li­kiem i pola­ła jego pla­cek jakimś nowym prze­pysz­nym sosi­kiem, tym razem w kolo­rze jasno­zie­lo­nym, odbla­sko­wym, więc widocz­nym w ciem­no­ści. Sosik tro­chę piekł go w język. Ponie­waż nakła­da­li potra­wy w ciem­no­ści, cią­gle spo­ty­ka­ły ich nie­spo­dzian­ki. Nie­któ­re plac­ki wyda­wa­ły się na przy­kład napom­po­wa­ne jak pił­ki, a po ugry­zie­niu wycho­dzi­ło z nich powie­trze i zosta­wał tyl­ko cien­ki, chru­pią­cy wafe­lek. Inne mia­ły w sobie zia­ren­ka o róż­nych smakach.
- Co to jest? — zapy­tał Jasno­sza­ry na widok kolej­nej czar­ki z dwo­ma uchami.
- Buk­ta­lan­ga łagod­na na gorą­co. Bez bem­bu­ri, bo się skoń­czy­ło, ale z kot­ma­lan­gą — zawo­ła­ła Limonka.
- Rozu­miem — odpo­wie­dział Jasnoszary.
- Nie nabie­raj tej puk­ta­lan­gi, bo nie zamkniesz dziś pasz­czy —  pora­dził mu konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmie­tan­ki, scep­tycz­ny jak zawsze.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Roz­mo­wy uci­chły. Wszy­scy byli pochło­nię­ci kon­tem­plo­wa­niem prze­pysz­ne­go jedze­nia. Sły­chać było tyl­ko chrzęst peda­łów rowe­ru Limon­ki w powie­trzu. Z uzna­niem popi­ja­li potra­wy purin­dą natu­ral­nie gazo­wa­ną. Ponie­waż zro­bi­ło się cicho, dotar­ło do nich, jak przy sto­li­ku pod ścia­ną Baj­ka tłu­ma­czy­ła Julce:
- Coś ty, a pew­no cię to nie pora­zi! Ona ma wszyst­ko zdro­we, natu­ral­ne i nie uży­wa półproduktów.
Jul­ka była zwy­kle wybit­nie ostroż­na, jeśli cho­dzi­ło o jedze­nie. Nie prze­pa­da­ła też za pró­bo­wa­niem nie­zna­nych potraw.
- Uwiel­biam takie rze­czy. Zde­cy­duj się, cze­ka cię praw­dzi­wa przy­go­da kuli­nar­na! — przy­łą­czy­ła się Milka.
- Co to są pół­pro­duk­ty? — zapy­tał Jasno­sza­ry, cho­ciaż sie­dział przy innym sto­li­ku. Wyda­wa­ło mu się, że pod­słu­chi­wa­nie nie jest nie­grzecz­ne, bo i tak pra­wie nic nie było widać.
- Póź­niej ci powiem — szep­nął do nie­go konik w kolo­rze pia­sku, bo sam nie wiedział.
- Nic z puszek ani z pude­łek. Tyl­ko to, co rośnie na świe­żym powie­trzu i co dotar­ło do nas w nie­zmie­nio­nej posta­ci — odpo­wie­dzia­ła im Limon­ka prze­la­tu­ją­ca z narę­czem plac­ków. Wyda­wa­ła się czy­tać w myślach wszyst­kich sie­dzą­cych przy sto­li­kach i facho­wo speł­nia­ła naj­skryt­sze życze­nia ich podniebień.

Ciem­ność nie wyda­wa­ła im się już tak nie­prze­ni­kli­wa jak na począt­ku. Być może po pro­stu przy­zwy­cza­iły im się oczy. Nie­wy­klu­czo­ne też, że przy­pra­wy nie tyl­ko prze­tka­ły im noz­drza, ale tak­że wyostrzy­ły wzrok. Jasno­sza­ry zauwa­żył na wszyst­kich ścia­nach olbrzy­mie zdję­cia syp­kich przy­praw sprze­da­wa­nych w otwar­tych worach na ruchli­wym tar­gu. Przy­pra­wy ze zdjęć mia­ły ostre kolo­ry i moc­no pachniały.
Limon­ka wylą­do­wa­ła na pod­ło­dze i zapar­ko­wa­ła rower pod ścia­ną. Odsap­nę­ła z ulgą. Chwi­lę wcze­śniej, lecąc z kuch­ni, rzu­ci­ła na nich tyl­ko jed­no spoj­rze­nie i wie­dzia­ła, że nie są już głod­ni. Konie kró­lew­skie były nie tyl­ko naje­dzo­ne, ale wręcz pod­eks­cy­to­wa­ne. Nowe sma­ki wpro­wa­dzi­ły je w stan eufo­rycz­ny. Wra­ca­ły z podró­ży w nieznane.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Prze­pra­szam, ale sto­isz mi na balon­ce — powie­dzia­ła Limon­ka do Kasz­ta­na i wyję­ła mu spod kopy­ta koniec jed­nej z powiew­nych chu­s­tek, z któ­rych uszy­ta była jej dłu­ga spód­ni­ca. Po czym wsko­czy­ła zno­wu na rower i, lata­jąc, bły­ska­wicz­nie poście­ra­ła sto­li­ki pach­ną­cą szma­tą, bo nie zno­si­ła  roz­mo­czo­nych okru­chów. Z doświad­cze­nia wie­dzia­ła, że moż­na je było w tej chwi­li zna­leźć na wie­lu sto­li­kach, mimo że w panu­ją­cym mro­ku bla­ty wyda­wa­ły się ide­al­nie czy­ste. Nagle znie­ru­cho­mia­ła w powie­trzu i zaczę­ła się wpa­try­wać w szy­bę. Po opu­sto­sza­łej uli­cy cho­dził tam i z powro­tem męż­czy­zna słusz­nej postu­ry. Zwró­cił jej uwa­gę głów­nie dla­te­go, że prze­cha­dzał się koło okien już siód­my raz.
- Zna­cie chy­ba Wuja? — zapy­ta­ła Mil­kę, nad któ­rą aku­rat zawisł jej rower. Cha­rak­te­ry­stycz­ną cechą Kró­lew­skie­go Gro­du Pra­sta­re­go było to, że wszy­scy ludzie miesz­ka­ją­cy w nim i oko­li­cy zna­li się nawza­jem albo przy­naj­mniej mie­li wspól­nych znajomych.
- Oczy­wi­ście, to NASZ Wuj! — Mil­ka zerwa­ła się od sto­li­ka i pocią­gnę­ła za rękaw Baj­kę. Zaraz za Wiel­kim Napraw­czym wszy­scy wyszli szyb­ko na uli­cę, żeby poga­wę­dzić z Wujem. Nie­któ­rzy nawet podo­su­wa­li porząd­nie krze­sła do sto­li­ków zanim wyszli, bo byli napraw­dę peł­ni wdzięcz­no­ści i podzi­wu dla Limon­ki. Dobra dusza żegna­ła się z nimi przed drzwia­mi czę­stu­jąc orzeź­wia­ją­cy­mi cukier­ka­mi poże­gnal­ny­mi, któ­re wycią­ga­ła z bocz­nej kie­sze­ni ple­ca­ka. Wszy­scy siłą rze­czy sku­pi­li się naoko­ło Wuja, któ­ry, jak się oka­za­ło, pra­co­wał wła­śnie jako klucz­nik zamy­ka­ją­cy na noc bra­my Grodu.
- Czy woła pan: Już 10 na zega­rze, idź­cie do snu gospo­da­rze? — zapy­tał ze znaw­stwem konik w kolo­rze sko­rup­ki od jajka.
- Nie, teraz już krzy­czę tyl­ko jeże­li ktoś nie ści­szy muzy­ki po 10.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Poga­węd­ka się prze­cią­gnę­ła, bo daw­no się nie widzie­li i Wuj miał im dużo do opo­wie­dze­nia. Do zam­ku doje­cha­li póź­ną nocą. Odci­nał się jasną bry­łą na tle gra­na­to­we­go nie­ba. Okna miał pod­świe­tlo­ne od środ­ka, każ­de na inny kolor, ale tak, że świet­nie się ze sobą kom­po­no­wa­ły. Jul­ka nie była pew­na czy nie zasu­ge­ro­wa­ła się wizy­tą w skle­pie z kred­ka­mi, ale okna wyglą­da­ły jak pudeł­ko farb, któ­rych nikt jesz­cze nie uży­wał albo jak nowe kred­ki uło­żo­ne w opa­ko­wa­niu dokład­nie tak jak powin­ny. Pięk­no zam­ku widzia­ne­go o tej porze zapar­ło jej dech.
- Okna pod­świe­tla nam Docho­dzą­cy Spe­cja­li­sta od Nowo­cze­sno­ści w Zam­ku i Oko­li­cy, Szy­mon Solid­ny. Przy­jeż­dża zawsze kie­dy  jest potrzeb­ny i odpo­wia­da za efek­ty spe­cjal­ne — szep­nę­ła Mil­ka widząc jej zachwyt.
Okna pod­świe­tlo­ne na róż­ne kolo­ry przy­po­mnia­ły Jul­ce jej wła­sną wie­żę. Liczy­ła na to, że mama i tato zro­zu­mie­li, że jej wyjazd był pil­ny i nie mar­twi­li się o nią, ale pomy­śla­ła też, że dobrze było­by spraw­dzić czy wszyst­ko u nich w porządku.
- Do tak dobrze zor­ga­ni­zo­wa­ne­go zam­ku jak ten, musi docie­rać jakiś goniec — szep­nął do niej Sza­ry, któ­ry domy­ślił się co jej leży na sercu.
Z nadzie­ją, że uda jej się wysłać wia­do­mość i zapy­tać co u nich sły­chać, spo­koj­nie poszła spać.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami