Dwie szcze­gól­nie cno­ty potrzeb­ne są każ­de­mu czło­wie­ko­wi, co chce napraw­dę słu­żyć Panu Bogu i dobić się Nie­ba: zapar­cie się sie­bie i miłość Pana Boga. O pierw­szej mówi sam Pan Jezus: Jeśli kto chce za Mną iść, niech sam sie­bie zaprze. A o miło­ści naucza św. Jan Ewan­ge­li­sta: Kto nie miłu­je, trwa w śmier­ci; a dobit­niej jesz­cze św. Paweł: Jeśli kto nie miłu­je Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa, niech będzie prze­klęc­twem. Z tych dwóch zaś cnót, miło­ści Boga i zapar­cia się sie­bie wyra­sta jed­na z naj­pięk­niej­szych, ale nie­ste­ty też bar­dzo rzad­kich cnót: wiel­ko­dusz­ność, czy­li wspa­nia­ło­myśl­ność chrze­ści­jań­ska. Mówię, że to rzad­ka jest cno­ta, ale nie mię­dzy Świę­ty­mi, któ­rzy nam licz­ne jej przy­kła­dy pozo­sta­wi­li. Nie­któ­re z nich tu przy­to­czę; dopo­mo­gą one za łaską Bożą do zro­zu­mie­nia isto­ty tej cno­ty i do szcze­re­go sta­ra­nia się o nią.

 Tak mię­dzy inne­mi czy­ta­my w życiu św. Jana Gwal­ber­ta, że był to rycerz walecz­ny i boga­ty. Zda­rzy­ło się, że w naj­nie­spra­wie­dliw­szy spo­sób zamor­do­wa­no mu jedy­ne­go bra­ta; św. Gwal­ber­to­wi przy­zna­no według ówcze­snych zwy­cza­jów pra­wo zabi­cia mor­der­cy, gdzie­kol­wiek­by go spo­tkał. W sam Wiel­ki Pią­tek, oto­czo­ny licz­nym orsza­kiem zbroj­nych ludzi spo­tkał się z mor­der­cą swe­go bra­ta na dro­dze. Ten nie mogąc bro­nić się ani rato­wać uciecz­ką, pew­ny już śmier­ci, padł na kola­na i pole­ca­jąc duszę swo­ją Bogu, roz­cią­gnął ręce na krzyż. I oto przez cześć dla krzy­ża i z miło­ści dla Pana Jezu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go Gwal­bert daro­wał wino­waj­cy życie, a nad­to przy­brał go za bra­ta w miej­sce zabi­te­go. Kie­dy bez­po­śred­nio potem przy­był do kościo­ła i tam klęk­nął przed wize­run­kiem Pana Jezu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go, Pan Jezus cudow­nym spo­so­bem z wize­run­ku owe­go skło­nił do nie­go gło­wę i wycią­gnął ręce. Za cóż tak wiel­ka nagro­da i łaska nad­zwy­czaj­na? Nie za co inne­go, jeno za to, że Gwal­bert wiel­ko­dusz­nie zaparł się żądzy zemsty i dla miło­ści Pana Jezu­sa prze­ba­czył temu, co prze­ciw bra­tu jego i nie­mu zawinił.

Roz­waż, czy­byś nie mógł i ty zasłu­żyć sobie na podob­ną, jeśli nie taką samą łaskę? Nikt ci wpraw­dzie bra­ta nie zabił; ale nie­raz ludzie w róż­ny spo­sób prze­ciw tobie zawi­ni­li, tak że ser­ce two­je zawrza­ło gnie­wem i zemstą; i nie­raz jesz­cze to ci się przy­tra­fi. Umiej dla miło­ści Pana Jezu­sa tak odpusz­czać, jak pra­gniesz, żeby Pan Bóg i tobie odpu­ścił, umiej za złe odpła­cać dobrem; a jak św. Gwal­ber­to­wi to jed­no prze­ba­cze­nie sta­ło się począt­kiem życia, odtąd już zupeł­nie Bogu odda­ne­go, tak i ty jed­nym takim dobro­dusz­nym aktem, prze­ba­cze­niem krzyw­dy sobie wyrzą­dzo­nej, wię­cej uzy­skasz u Pana Boga niż śmiesz się spodziewać.

Wiedz o tem, że żywić żal do kogo­kol­wiek, mścić się za krzyw­dy, a gorzej jesz­cze za lada drob­ne przy­krost­ki nam wyrzą­dzo­ne, wyga­dy­wać na tych, któ­rych nie lubi­my, albo któ­rzy nam jak­kol­wiek wcho­dzą w dro­gę, tak samo jak inne tym podob­ne grze­chy, to nie­za­wod­na cecha ludzi cia­sne­go ser­ca, niz­kie­go umy­słu i samo­lub­ne­go jeśli nie pod­łe­go cha­rak­te­ru. Prze­ciw­nie, praw­dzi­wy chrze­ści­ja­nin, mają­cy w sobie bodaj szczyp­tę wiel­ko­dusz­no­ści, o tyle tyl­ko myśli o bliź­nich swo­ich bliż­szych i dal­szych, ile potrze­ba, żeby im ze szcze­re­go ser­ca dobrze życzyć albo dobrze czy­nić. Pomyśl, czy ty nale­żysz do chrze­ści­jan wiel­ko­dusz­nych, czy też do tych ludzi cia­sne­go ser­ca, niz­kie­go umy­słu i liche­go cha­rak­te­ru? Do któ­rych wolał­byś, żeby cię zali­cza­no? Za jakie­go pra­gniesz, by miał cię Pan Bóg, prze­ni­ka­ją­cy ser­ce i wnętrz­no­ści czło­wie­ka, sko­ro się zja­wisz na sądzie Jego?

Bło­go­sła­wio­ny Igna­cy Aze­we­do zebrał kil­ku­dzie­się­ciu mło­dych kle­ry­ków i bra­cisz­ków z Zako­nu Jezu­so­we­go, któ­rzy wszy­scy ofia­ro­wa­li się opu­ścić kraj rodzin­ny, a pójść do Bra­zy­lii, wów­czas cał­kiem jesz­cze dzi­kiej, by poga­nom opo­wia­dać Ewan­ge­lię. Bło­go­sła­wio­ny wsiadł z 39 towa­rzy­sza­mi w Lizbo­nie na okręt. Kie­dy już wypły­nę­li dale­ko na morze, opa­dli ich kor­sa­rze, któ­rzy byli zacię­ty­mi here­ty­ka­mi i wszyst­kich kato­li­ków, zwłasz­cza księ­ży, a naj­wię­cej zaś Jezu­itów nie­na­wi­dzi­li. Kor­sa­rze ci zdo­byw­szy okręt, zagro­zi­li śmier­cią bło­go Igna­ce­mu i towa­rzy­szom jego, jeśli­by natych­miast nie wypar­li się św. Wia­ry kato­lic­kiej. Ani na chwi­lę nie zawa­hał się Bło­go­sła­wio­ny, a do towa­rzy­szów swo­ich ode­zwał się w te krót­kie sło­wa: „Nie odra­dzaj­my się od wspa­nia­łych myśli synów Bożych.“ I wszy­scy czter­dzie­stu ponie­śli chwa­leb­ną śmierć męczeń­ską. W tej­że chwi­li św. Tere­sa mia­ła obja­wie­nie, w któ­rem widzia­ła, jak dusze tych 40 Męczen­ni­ków z wiel­ką chwa­łą wstę­po­wa­ły do Nieba.

Nie będę ci tu mówił, jak wiel­kiej duszy i dziel­ne­go ser­ca potrze­ba tym, co dosłow­nie speł­nia­jąc radę Boskie­go nasze­go Zba­wi­cie­la, opusz­cza­ją ojca, mat­kę, bra­ci i wszyst­ko, żeby bied­nym, ciem­nym poga­nom gło­sić Imię Pana Jezu­so­we, a nawet dla­te­go z nara­że­niem wła­sne­go zdro­wia i życia gdzieś na odlud­nych miej­scach zamy­ka­ją się z trę­do­wa­ty­mi, byle tyl­ko przy­chy­lić im Nie­ba. Potrze­ba na to więk­szej duszy i więk­szej odwa­gi, niż żeby dla bojaź­ni przed bie­dą w domu, lub dla doro­bie­nia się mająt­ku poje­chać za morze. Te ludz­kie zabie­gi, dla tego same­go tyl­ko, że są ludz­kie i docze­sne, koniecz­nie muszą być bar­dzo dro­bia­zgo­we; i cóż osta­tecz­nie zna­czą wobec Boga i wiecz­no­ści? Św. Aloj­zy powie­dział­by o nich: „Cóż mi po tem wszyst­kiem w wieczności?“

O to głów­nie cho­dzi, żeby­śmy wszy­scy dobrze zro­zu­mie­li, jak wspa­nia­ła to wobec Boga i ludzi rzecz, być tak uspo­so­bio­nym, że wolę zgi­nąć na miej­scu, wolę gło­wę pod topór poło­żyć, niż zaprzeć się Pana Boga moje­go. A do tego mamy pra­wie co chwi­la spo­sob­ność. Bo cho­ciaż w naszych cza­sach, chy­ba w Chi­nach zda­rza się spo­sob­ność do śmier­ci męczeń­skiej (któ­rą Kościół świę­ty nazy­wa „skró­co­ną dro­gą do Nie­ba“), prze­cież i dziś, na wła­snej naszej zie­mi nie rzad­ko zda­rza­ją się wypad­ki, że ludzie nie­do­wa­rze­ni, albo poczy­tu­ją­cy nie­do­wiar­stwo za szczyt nowo­cze­snej oświa­ty, już to w kół­ku zna­jo­mych, już też publicz­nie natrzą­sa­ją się z poboż­no­ści, z pra­wych oby­cza­jów, albo nawet z Kościo­ła kato­lic­kie­go i całej wia­ry jego. Jeśli jesteś mało­dusz­nym, zamilk­niesz w takich wypad­kach i stchó­rzysz, a może nawet zachwie­jesz się w swo­ich zasa­dach; ale jeśli nie odro­dzi­łeś się od wspa­nia­ło­myśl­no­ści synów Bożych tj. praw­dzi­wych chrze­ści­jan, nie będziesz się krył ze swo­ją wia­rą, ale jak ów ojciec Macha­bej­czy­ków Mata­ty­asz śmia­ło się ode­zwiesz: Choć wszyst­kie naro­dy słu­cha­ją Anty­ocha kró­la, aby każ­dy odstą­pił od nabo­żeń­stwa zako­nu… ja i syno­wie i bra­cia moi będzie­my posłusz­ni zako­no­wi ojców naszych. Niech nam Bóg będzie miło­ściw; nie jest nam poży­tecz­no odstą­pić zako­nu nasze­go i spra­wie­dli­wo­ści jego. A nie tyl­ko tak się ode­zwiesz, ale też w czy­nach two­ich będziesz twar­do stał przy praw­dzie i spra­wie­dli­wo­ści Bożej.

Czę­ściej jesz­cze zda­rzy się, że świat, cia­ło lub czart będą cię poku­sa­mi swe­mi odwo­dzi­li od Pana Boga, a pocią­ga­li do pożą­da­nia rze­czy ziem­skich nie two­ich, do uży­wa­nia roz­ko­szy zaka­za­nych, do pychy i kłam­stwa. Wten­czas nie upa­daj na duchu; nie wda­waj się też w mało­dusz­ne z poku­są tar­gi, ale od razu zwróć się do Pana Boga, a kusi­cie­lo­wi wdzie­ra­ją­ce­mu się do ser­ca powiedz z Panem Jezu­sem: Pójdź precz sza­ta­nie; albo­wiem napi­sa­no jest: Panu Bogu twe­mu kła­niać się będziesz, a Jemu same­mu słu­żyć będziesz.

Czy­ta­my w Ewan­ge­lii u świę­te­go Mar­ka: A sie­dząc Jezus prze­ciw skarb­ni­cy, patrzał jak rze­sza kła­dła pie­nią­dze do skar­bu; a wie­le boga­czów wie­le kła­dli. A przy­szedł­szy jed­na wdo­wa ubo­ga, wło­ży­ła dwa drob­ne pie­nią­dze. A zwo­ław­szy uczniów Swych, rzekł im: Zapraw­dę powia­dam wam, iż ta ubo­ga wdo­wa wię­cej wło­ży­ła, niź­li wszy­scy, któ­rzy kła­dli do skar­bu. Albo­wiem wszy­scy z tego, co im zby­wa­ło, rzu­ca­li, a ta z nie­do­stat­ku swe­go wszyst­ko co mia­ła wrzu­ci­ła, wszyst­ką żyw­ność swo­ją. Dawać czy to na kościo­ły, czy na ubo­gich, czy wresz­cie na dobre cele z tego co zby­wa, ści­słym jest każ­de­go obo­wiąz­kiem; ale ogra­ni­czać swo­je potrze­by aż do ujmo­wa­nia sobie od ust: to rzecz wiel­ka i god­na praw­dzi­we­go chrześcijanina.

Rad­bym wię­cej jesz­cze ci mówić o tej wiel­ko­dusz­no­ści chrze­ści­jań­skiej, bo to cno­ta tak pięk­na, tak wznio­sła, a przedew­szyst­kiem Panu Bogu nasze­mu tak dziw­nie miła, że nie wiem, czy któ­ra inna jej dorów­na. Wszyst­kim innym cno­tom ona doda­je kra­sy i war­to­ści; bo lepiej niż inne wszyst­kie spo­łem odsła­nia nam taj­ni­ki Naj­słod­sze­go Ser­ca Jezu­so­we­go, któ­re w wiel­ko­dusz­no­ści Swo­jej spra­wi­ło, że Pan Jezus za nas umarł na krzy­żu, Sie­bie nam daje w Prze­najśw. Sakra­men­cie i uczy­nił nas współ­dzie­dzi­ca­mi Kró­le­stwa Swo­je­go. Ale nie śmiem, bo boję się, żebym roz­wo­dząc się dłu­żej o tej tak uro­czej cno­cie sie­bie i cie­bie nie roz­ma­rzył, — i nie spra­wił tego, aby­śmy snu­jąc pięk­ne myśli o szla­chet­nem uspo­so­bie­niu i wiel­kiem ser­cu, że ponie­waż mamy jakie­kol­wiek poję­cie o wiel­ko­dusz­no­ści, to też tem samem jeste­śmy rze­czy­wi­ście wiel­ko­dusz­ny­mi, albo gorzej jesz­cze, że poczę­li­by­śmy wie­le mówić o wiel­kich poświę­ce­niach i wspa­nia­ło­myśl­nych ofia­rach, — i że chcie­li­by­śmy przed ludź­mi ucho­dzić za takich, co każ­dej chwi­li goto­wi się poświę­cić dla każ­dej dobrej i wiel­kiej spra­wy, a w rze­czy­wi­sto­ści czy­ny i całe życie nasze było­by ogo­ło­co­ne nie tyl­ko z chrze­ści­jań­skiej wiel­ko­dusz­no­ści, ale i z wszel­kiej szcze­rej szla­chet­no­ści, a nawet z naj­prost­szej rze­tel­no­ści i uczciwości.

Wolę tedy poprze­stać na tem com napi­sał, a dodać tę jed­ną tyl­ko radę: Dla miło­ści Naj­słod­sze­go Ser­ca Jezu­so­we­go spró­buj przy­naj­mniej raz na mie­siąc, w pierw­szy pią­tek mie­sią­ca, zdo­być się na cokol­wiek, co się Panu Jezu­so­wi podo­ba, np. żeby od razu prze­ba­czyć obmo­wy, sło­wa obraź­li­we i inne przy­kro­ści, jakie ci kto­kol­wiek wyrzą­dził, — żeby oddać rze­tel­ną przy­słu­gę, zwłasz­cza takim, któ­rych nie lubisz, — żeby ująć sobie czy to gro­sza, czy przy­jem­no­ści, czy wygo­dy, aby pora­to­wać bliź­nie­go, oddać mu przy­słu­gę i tym podob­ne: ale cokol­wiek takie­go uczy­nisz, uczyń to tak, żebyś za to nie pra­gnął, ani żądał żad­ne­go w tem życiu wyna­gro­dze­nia lub wdzięcz­no­ści od Pana Boga, a tem mniej od ludzi: jedy­ną two­ją nagro­dą niech będzie to, żeś bodaj raz cokol­wiek uczy­nił wyłącz­nie dla Pana i Boga twe­go. Tym spo­so­bem stop­nio­wo coraz lepiej poznasz, na czem pole­ga wiel­ko­dusz­ność chrze­ści­jań­ska, i co waż­niej­sza jesz­cze, do niej się powo­li zaprawisz.

Za Żywo­ty Świętych