Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 12

Dra­stycz­ne przemeblowanie

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Następ­ne­go dnia nie­spo­dzie­wa­nie zaczę­ło lać. Burze prze­wa­la­ły się nad zam­kiem aż do wie­czo­ra. Bure chmu­ry wisia­ły nisko. Wyda­wa­ło się, że z czub­ka naj­wyż­szej wie­ży moż­na by ich było dotknąć. Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca sie­dział w naroż­nej kom­na­cie w dale­kim skrzy­dle zam­ku. Zamie­rzał spę­dzić ten dzień na ubo­czu, z dala od wyda­rzeń zam­ko­wych. Szył cięż­ką kota­rę, któ­ra mia­ła zasło­nić wszyst­kie okna w kom­na­cie naraz. Kon­kret­nie 37 okien.  Na doda­tek u dołu przy­szy­wał frędz­le, któ­re musiał roz­mie­ścić w ide­al­nie rów­nych odstę­pach. Uży­wał do tego szpi­lek wbi­tych w spe­cjal­ne­go jeży­ka na szpil­ki, czy­li w nie­spo­dzian­kę, któ­rą zro­bi­ła mu Baj­ka z masy sol­nej. Jeżyk miał dziur­ki, w któ­re trze­ba było powkła­dać szpil­ki. Wyma­ga­ło to pre­cy­zji, a Wiel­ki Napraw­czy lubił zaję­cia ćwi­czą­ce cier­pli­wość. Jeżyk ślicz­nie wyglą­dał z kolo­ro­wy­mi głów­ka­mi szpi­lek. Wiel­ki Napraw­czy usta­wił maszy­nę do szy­cia koło jed­ne­go z okien, żeby cokol­wiek widzieć, bo w kom­na­cie mimo przed­po­łu­dnio­wej pory było pra­wie cał­kiem ciem­no. Dzię­ki temu zauwa­żył lecą­cą w stru­gach desz­czu postać w pele­ry­nie w mili­tar­ne wzo­ry masku­ją­ce, któ­ra opi­na­ła jej się na wypcha­nym ple­ca­ku. Mimo pele­ry­ny i wzo­rów masku­ją­cych widać było ster­czą­ce z ple­ca­ka podłuż­ne przed­mio­ty, może listew­ki. Na nogach postać mia­ła zgni­ło­zie­lo­ne gumia­ki na gru­bej pode­szwie z traktorem.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi okna­mi. Sce­ny takie jak ta, Jul­ka pamię­ta­ła ze snów z bar­dzo wcze­sne­go dzieciństwa.

„Wybra­ła się w taką pogo­dę” zdzi­wił się Wiel­ki Napraw­czy. “Cie­ka­we, czym impre­gnu­je skrzy­dła…”. Napraw­czy, któ­ry sam nie lubił mok­nąć, miał na myśli spe­cjal­ne zabez­pie­cze­nie anty­za­ma­kal­ne, kóre sto­so­wał budu­jąc mode­le lata­ją­ce. Wpa­tru­jąc się w okno, zaczął mru­gać z nie­do­wie­rza­niem. Postać nie mia­ła nicze­go, co by wyglą­da­ło na skrzydła.

Lecą­cą w pele­ry­nie oso­bą była dobra dusza Mylin­ka. Uno­si­ła ją sama dobroć. Mylin­ka lecia­ła wyświad­czyć Babu przy­słu­gę, i odpo­wie­dzia­ła na jej wezwa­nie bez waha­nia, jak to mia­ła w zwy­cza­ju. Mimo pakud­nej pogo­dy. Babu cze­ka­ła na nią, sto­jąc przy oknie, i dawa­ła zna­ki napro­wa­dza­ją­ce. Macha­ła z tajem­ne­go przej­ścia, pro­wa­dzą­ce­go z zachod­niej czę­ści zam­ku do połu­dnio­wej. Kra­sno­lud­ki, któ­re zapo­wie­dzia­ły, że tego dnia zaczy­na­ją spe­cja­li­stycz­ne pra­ce kon­ser­wa­tor­skie, zmo­bi­li­zo­wa­ły ją do zaję­cia się wystro­jem zam­ku. Babu wie­dzia­ła, że odważ­ne prze­me­blo­wa­nie połą­czo­ne z deko­ro­wa­niem może powie­rzyć tyl­ko Mylin­ce. Bez­zwłocz­nie wezwa­ła ją w myślach. Mylin­ka poczu­ła, że Babu pil­nie potrze­bu­je jej pomo­cy i w cudow­ny spo­sób poja­wi­ła się w zam­ku natychmiast.
- Całe szczę­ście, że mam kap­tur z opusz­cza­ną szyb­ką. Łatwiej by było dzi­siaj pły­nąć! — Mylin­ka zesko­czy­ła z para­pe­tu i powie­si­ła pele­ry­nę na opar­tej  o ścia­nę halabardzie.
- A skąd­żeś ty wytrza­snę­ła coś takie­go? — Babu przy­glą­da­ła się kap­tu­ro­wi z szybką.
- Z demo­bi­lu woj­sko­we­go. Kom­bi­ne­zon też mam stam­tąd. Zresz­tą ple­cak i gumia­ki też. Wybierz się kie­dyś. Napraw­dę war­to. Zobaczysz!

Na tle ciem­no­zie­lo­ne­go kom­bi­ne­zo­nu jed­no­czę­ścio­we­go z dłu­gim ręka­wem, wspa­nia­le odci­nał się naszyj­nik Mylin­ki z dużych, róż­no­ko­lo­ro­wych krąż­ków farb. Były to zresz­tą praw­dzi­we akwa­re­le, któ­rych Mylin­ka uży­wa­ła przy deko­ro­wa­niu. Obszer­ny kom­bi­ne­zon z kie­sze­nia­mi na narzę­dzia wyglą­dał na bar­dzo wygod­ny. Dzię­ki pele­ry­nie, ple­cak Mylin­ki i to, co w nim przy­wio­zła, było zupeł­nie suche. A było tego spo­ro. Na wszyst­kie stro­ny ster­cza­ły listew­ki, kle­je, papie­ry we wzo­ry, pędz­le, i inne rze­czy, bez któ­rych Mylin­ka nigdzie się nie rusza­ła. Babu zasta­na­wia­ła się, skąd w demo­bi­lu woj­sko­wym taki nie­wiel­ki roz­miar. Ale nie prze­bi­ła się z pyta­niem, bo Mylin­ka, lata­jąc koło niej, cały czas mówiła.
- To co byś chcia­ła, fre­ski? — zapy­ta­ła, roz­glą­da­jąc się po suficie.
- Może pła­sko­rzeź­by… — doda­ła, maca­jąc ścianę.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Pocze­kaj, nie tutaj, zacznij­my od przo­du zam­ku — Babu popro­wa­dzi­ła ją wąskim kory­ta­rzy­kiem. Poko­na­nie go trwa­ło dłu­go, koło 15 minut, a Mylin­ka lecąc umi­la­ła im czas mówie­niem. Lubi­ła opo­wia­dać. Zre­la­cjo­no­wa­ła Babu, jak przez pół poprzed­niej nocy, pie­kła cia­sta na kier­masz w pie­kar­ni­kach wszyst­kich sąsia­dów w kamie­ni­cy, bo mia­ła tyl­ko jeden własny.
- Nie prze­szka­dza­ło im to? — Babu nie mogła wyjść z podzi­wu dla jej przedsiębiorczości.
- Skąd. Prze­cież i tak spa­li! — Mylin­ka była słyn­na z nie­stan­dar­do­wych roz­wią­zań zadań, któ­re sta­wia­ło przed nią życie.

Pie­cze­niem zaj­mo­wa­ła się tyl­ko w nocy, bo dzień wypeł­nia­ły jej, mię­dzy inny­mi, zaję­cia deko­ra­tor­skie. Mia­ła dużo róż­nych zajęć i cią­gle ich przy­by­wa­ło, z cze­go była bar­dzo zado­wo­lo­na. Jej pogo­da ducha, nie­spo­ży­ta ener­gia i radość, jaką czer­pa­ła z prze­by­wa­nia z inny­mi spra­wia­ły, że Mylin­ka zawsze mia­ła naoko­ło sie­bie dużo ludzi. Co ją cie­szy­ło, i nigdy nie męczy­ło. Była zrów­no­wa­żo­na, i nigdy się na niko­go nie gnie­wa­ła. Wszy­scy zgod­nie przy­zna­wa­li, że nie tyl­ko bar­dzo atrak­cyj­nie wyglą­da, i opo­wia­da fascy­nu­ją­ce histo­rie, ale jest przy tym przeurocza.

- Niczym się nie przej­muj. Ja ci tu wszyst­ko tak prze­me­blu­ję, że wła­snych kom­nat nie poznasz — zade­kla­ro­wa­ła, pod­wi­ja­jąc ręka­wy kom­bi­ne­zo­nu. — Potem się tyl­ko w tym odnaj­dziesz, i to wszyst­ko. No i wytłu­ma­czysz innym, że tak ma być. Jak­by coś, przy­ślij ich do mnie.
Do paska mia­ła przy­tro­czo­ne nożycz­ki, któ­re dyn­da­ły na sprę­żyn­ce, zawsze pod ręką. Babu, słu­cha­jąc, podzi­wia­ła jej ślicz­ne paznok­cie u nóg, któ­re poka­za­ły się, kie­dy Mylin­ka zdję­ła gumia­ki. Każ­dy był inne­go kolo­ru, i ukła­da­ły się w tęczę.

W koń­cu Babu uda­ło się wtrą­cić w jej opowiadanie:
- Zasta­na­wia­łam się, czy cię poznam, bo nie wie­dzia­łam, jaki masz teraz kolor włosów.
- Aku­rat taka byłam zala­ta­na, że przez parę dni nie zmie­nia­łam — odpo­wie­dzia­ła Mylin­ka, bez­wied­nie prze­cze­su­jąc ręką krót­kie wło­sy, w wyjąt­ko­wo jak na nią sto­no­wa­nym i spo­koj­nym zie­lon­ka­wym odcie­niu kha­ki. — Poza tym, nie wiem, czy lep­sze będą poma­rań­czo­we czy niebieskie.
Dotar­ły do dużej kom­na­ty, na środ­ku któ­rej stał podłuż­ny kró­lew­ski stół i krze­sła z wyso­ki­mi opar­cia­mi. Miesz­kań­cy zam­ku nazy­wa­li ją jadal­nią zapasową.
- Tutaj jemy, kie­dy jest brzyd­ka pogo­da — powie­dzia­ła Babu — albo kie­dy nie ma już miej­sca przy sto­łach na zewnątrz.
Mylin­ka poki­wa­ła gło­wą ze zro­zu­mie­niem. Wie­dzia­ła, że kuch­nia Babu, oprócz sta­łych miesz­kań­ców zam­ku, kar­mi też codzien­nie wędrow­ców, tury­stów, i wszyst­kich innych potrze­bu­ją­cych. Któ­rzy korzy­sta­ją też z zam­ko­wych noc­le­gów, cza­sem przez dłuż­szy czas. Babu znaj­do­wa­ła zawsze tyle miejsc, ile było potrzeba.
Mylin­ka uno­si­ła się teraz w górę i w dół przy ścia­nie, i doty­ka­ła jej w róż­nych miejscach:
- Nie masz grzy­ba. Myślę, że naj­lep­sze będą freski.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Babu mia­ła zamiar jesz­cze się zasta­no­wić, ale Mylin­ka roz­grze­ba­ła już cały ple­cak i zabra­ła się do pra­cy. Od razu poja­wił się przy niej Wygrys, któ­ry wyczuł moż­li­wość pobru­dze­nia się w dużym stop­niu. Mylin­ka roz­sta­wia­ła pusz­ki z gęstym pły­nem, do któ­rych pozwo­li­ła mu wsy­py­wać poda­ne przez sie­bie prosz­ki. Miał mie­szać powo­li i uważ­nie. W tym cza­sie Mylin­ka zaczę­ła myć ścia­ny gąb­ką. Robo­ta jej nie męczy­ła. Przy pra­cy, z zaró­żo­wio­ny­mi policz­ka­mi, robi­ła się jesz­cze wesel­sza i piękniejsza.
- Myślę, żebyś mie­szał tro­szecz­kę wol­niej, bo tymi far­ba­mi możesz się pobru­dzić na zawsze.
- No i cóż z tego? — mruk­nął Wygrys lek­ce­wa­żą­co. Dla pobru­dze­nia zawsze był się gotów poświę­cić, a nawet znieść ewen­tu­al­ną burę.
Na Mylin­ce jego uwa­ga nie zro­bi­ła naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Umia­ła obcho­dzić się z dzieć­mi, a jej żela­zne ner­wy spra­wia­ły, że nigdy się na niko­go nie dener­wo­wa­ła. W każ­dym razie, nie dawa­ła tego po sobie poznać.

Kom­na­ta zaczę­ła się wypeł­niać. Wieść o przy­lo­cie Mylin­ki roze­szła się szyb­ko. Zaraz za Baj­ką, Jul­ką i Mil­ką przy­szły konie kró­lew­skie i teraz wszy­scy słu­cha­li dobrej duszy, któ­ra pra­cu­jąc ani na chwi­lę nie prze­sta­wa­ła opo­wia­dać prze­róż­nych histo­rii. Sypa­ła nimi jak z ręka­wa. Jed­na histo­ria jesz­cze się nie skoń­czy­ła, a już wpla­ta­ła się w nią kolej­na. Pięk­ny, duży, mądry i ener­gicz­ny pies Mil­ki spał spo­koj­nie pod sto­łem, a zasłu­cha­ne koni­ki zwi­sa­ły z krze­seł w takich pozy­cjach, jakie im naj­bar­dziej odpo­wia­da­ły. Mylin­ka była towa­rzy­ska, więc ta sytu­acja tyl­ko poma­ga­ła jej w pra­cy. Kie­dy skoń­czy­ła mycie ścian, pod­le­cia­ła pod sufit i rzu­ci­ła stam­tąd okiem na całą komnatę:
- Wyglą­da­cie bar­dzo malow­ni­czo. Spró­buj­cie się nie ruszać.

Nie prze­sta­jąc mówić, zaczę­ła szki­co­wać węglem posta­cie wszyst­kich sie­dzą­cych na krze­słach, na ścia­nach za nimi. Po chwi­li ścia­ny zapeł­ni­ły się podo­bi­zna­mi sie­dzą­cych w poko­ju. Koni­ki były zachwy­co­ne, ale też zdrętwiałe.
- Czy może­my się już poru­szyć? — zapy­tał żało­śnie Kary. — Mro­wi mnie pod kopytami.
- Oczy­wi­ście — krzyk­nę­ła weso­ło Mylin­ka. — Mam nadzie­ję, że teraz tro­chę mi pomo­że­cie. Poko­lo­ruj­cie ze mną szkice.

To podo­ba­ło im się jesz­cze bar­dziej, zwłasz­cza że musie­li uży­wać dra­bin, bo posta­cie były duże, aż do same­go sufi­tu. Mylin­ka lata­ła mię­dzy nimi, cza­sem coś popra­wia­jąc. Ani na chwi­lę nie prze­sta­wa­ła zasy­py­wać ich fascy­nu­ją­cy­mi opo­wie­ścia­mi. Kie­dy skoń­czy­li, prze­nie­śli się do następ­nej kom­na­ty. Teraz dziew­czyn­ki i koni­ki zabra­ły się do mycia ścian gąb­ka­mi. W mia­rę postę­po­wa­nia prac, ścia­ny robi­ły się coraz bar­dziej sza­re i jak­by brud­niej­sze. Myli z coraz więk­szym samo­za­par­ciem. Mylin­ka, któ­ra lata­ła po całej kom­na­cie, kaza­ła im prze­rwać pracę:
- Odejdź­cie od ścia­ny i popatrzcie.
Kie­dy cof­nę­li się o parę kro­ków i rzu­ci­li okiem na ścia­nę z więk­szej odle­gło­ści, zamiast brud­no­sza­rych zacie­ków zoba­czy­li wyraź­ne zary­sy koni. Po chwi­li dal­sze­go mycia mie­li przed sobą wiel­kie malo­wi­dło przed­sta­wia­ją­ce gru­pę koni w pięk­nych stro­jach, mię­dzy cho­rą­gwia­mi i pro­por­ca­mi. Wpa­try­wa­li się w nie bez sło­wa. Koni­ki mia­ły poczu­cie donio­sło­ści chwi­li. Sza­ry pierw­szy zaczął coś szep­tać o przod­kach. Odkry­cie było sen­sa­cyj­ne. Od tego momen­tu aż do wie­czo­ra do kom­na­ty cią­gle przy­cho­dził ktoś nowy, żeby popa­trzeć i pood­dy­chać histo­rią. Kie­dy ścia­na pode­schła, Babu zauwa­ży­ła w rogu napis:

Pro­szę was, aby­ście nie pod­ci­na­li sami
tych korze­ni, z któ­rych wyrastamy.

- To Jan Pawel II. Homi­lia na Bło­niach… Byłam tam i nigdy tego nie zapo­mnę — szep­nę­ła do sie­bie Babu, ale sto­ją­ca obok niej Baj­ka dobrze ją usłyszała.
Wszy­scy oprócz Wygry­sa zro­bi­li się teraz reflek­syj­ni i w tym nastro­ju chęt­nie poma­ga­li Mylin­ce w dal­szych dzia­ła­niach. Czu­li, że uczest­ni­czą w waż­nych pra­cach, któ­re na pew­no przy­da­dzą się komuś w przy­szło­sci. Cały zamek nabrał dla nich inne­go wymia­ru. Czu­li się podniośle.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Dobra dusza, któ­ra prze­sta­wia­ła teraz meble, namó­wi­ła ich do pasto­wa­nia tych frag­men­tów pod­łóg, na któ­rych zacho­wa­ły się posadz­ki. Zapach pasty roz­szedł się pra­wie po całym zam­ku. Jed­nym podo­ba­ło się to bar­dziej, innym mniej, ale zapach szyb­ko wie­trzał, bo w więk­szo­ści okien dalej nie było ani szyb, ani nawet ram.
Mylin­ka przy­cze­pi­ła sobie uszy­tą z bor­do­we­go aksa­mi­tu brosz­kę w kształ­cie pan­to­fel­ka, któ­rą zna­la­zła prze­su­wa­jąc komo­dę na nowe miej­sce. Przy­po­mnia­ło jej to, jak kró­lo­wa Awe­lia opo­wia­da­ła jej, że coś takie­go nazy­wa­ło się koty­lion, i że wła­śnie koty­lion w kształ­cie pan­to­fel­ka uszy­ła sobie na pierw­szy bal. Myśl, że zna­la­zła ozdo­bę zgu­bio­ną przez mło­dziut­ką Awe­lię w cza­sie balu na zam­ku, była dla niej wzru­sza­ją­ca i eks­cy­tu­ją­ca. Mylin­ka na każ­dym kro­ku znaj­do­wa­ła zapo­mnia­ne przed­mio­ty i  wkła­da­ła je do kie­sze­ni spodni wie­dząc, że dla kogoś będą na pew­no cen­ną pamiąt­ką. Póź­niej poroz­da­wa­ła je wła­ści­wym oso­bom. W ten spo­sób kró­lo­wa Kry­sta­lia odzy­ska­ła klucz od sza­fy, któ­ry zosta­wi­ła kie­dyś w zam­ku na prze­cho­wa­nie. Klucz zgi­nął, a bez nie­go sza­fa sta­ła bez­u­ży­tecz­na od lat. Póź­niej, kie­dy Kry­sta­lia dzię­ki Mylin­ce odzy­ska­ła klucz, zna­la­zła w sza­fie swo­je toreb­ki, tor­by i kosme­tycz­ki z mło­do­ści.  Wszyst­kie wyszy­wa­ne dro­gi­mi kamie­nia­mi. Z rado­ścią roz­da­ła je miesz­ka­ją­cym w zam­ku wędrow­com, któ­rym bar­dzo się przydały.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Tym­cza­sem deszcz nie prze­sta­wał padać. Wcze­snym popo­łu­dniem do zam­ku przy­szły owiecz­ki. Chcia­ły się upew­nić, czy na pew­no, jak zwy­kle, zaraz po desz­czu, będzie far­bo­wa­nie, bo nie mogły się już docze­kać. Nie lubi­ły mok­nąć, więc chęt­nie sko­rzy­sta­ły z zapro­sze­nia Babu i zosta­ły na tro­chę. Teraz jeź­dzi­ły po całym zam­ku na wła­snych sie­dze­niach i fro­te­ro­wa­ły pod­ło­gi, sta­ra­jąc się ich nie zary­so­wać kopy­ta­mi. Naj­bar­dziej podo­ba­ło im się zjeż­dża­nie po scho­dach, ale scho­dy były kamien­ne, więc Mylin­ka zaga­nia­ła je do kom­nat, gdzie na reszt­kach pod­łóg drew­nia­nych, robi­ły napraw­dę dobrą robo­tę. Dosko­na­le się przy tym bawiły.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Muszę zna­leźć baran­ka Smut­ne­go i zoba­czyć, czy już mu lepiej — powie­dzia­ła Jul­ka do Mil­ki i po chwi­li wypa­trzy­ła go w kącie, gdzie sie­dział smęt­nie, nie froterując.
- Czy ty się zawsze czymś mar­twisz? — zapy­ta­ła sama pra­wie już pła­cząc ze współczucia.
- Raczej tak.
- A czy zamiast tego nie mógł­byś zacząć się cie­szyć jaki­miś inny­mi rze­cza­mi? — zapy­ta­ła szcze­rze Jul­ka, któ­ra czę­sto się z cze­goś napraw­dę cieszyła.
- Na przy­kład z cze­go? — zapy­tał zszo­ko­wa­ny baranek.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Mógł­byś po pro­stu spró­bo­wać pomy­śleć o kimś dobrym, kogo znasz albo o czymś weso­łym, cze­go się spo­dzie­wasz, na przy­kład  o far­bo­wa­niu. Jakie­go odcie­nia chciał­byś nabrać tym razem?
- Naj­bar­dziej chciał­bym być takie­go kolo­ru jak Wygrys. Nie dość, że ma mali­no­we futer­ko, to  jesz­cze na nim te ślicz­ne żół­te krop­ki. To jest nie­spra­wie­dli­we — zaczął robić podkówkę.
- Nie powin­no się niko­mu zazdro­ścić. Może po pro­stu poproś Babu, żeby Cię tak zafarbowała?
- Na krę­co­nych wło­sach to nie wyj­dzie — wes­tchnął smut­ny bara­nek, ale widać było, że wstą­pił w nie­go cień nadziei:
- Poszu­kam jej — powie­dział roz­pro­sto­wu­jąc kopyta.
Jul­ka poszła za nim, wie­dząc, że bara­nek nie zna dobrze zam­ku. Minę­li koni­ki, któ­re za kana­pą zna­la­zły drew­nia­ne­go konia na bie­gu­nach i pró­bo­wa­ły nauczyć go jeź­dzić do przo­du. Ponie­waż po pro­stym za dobrze mu nie szło i  cały czas wra­cał do buja­nia, teraz posta­no­wi­ły zepchnąć go ze scho­dów. Robi­ły to mimo, że Jul­ka już kie­dyś w Tudii usi­ło­wa­ła im wytłu­ma­czyć, że taka zaba­wa źle się kończy.
- Osza­le­li­ście? Prze­cież się zabi­je! — Jul­ka chwy­ci­ła konia na bie­gu­nach za uzdę w ostat­nim momencie.
- Chy­ba nas tro­chę ponio­sło — przy­zna­ły jej rację koni­ki i zaję­ły się pie­czę­cią kró­lew­ską z pod­ko­wą, któ­rą zna­la­zły na pod­ło­dze, kie­dy Mylin­ka prze­sta­wi­ła kolej­ny kufer. Posta­no­wi­ły zało­żyć pudeł­ko z naj­waż­niej­szy­mi rze­cza­mi, któ­rych im się już tro­chę nazbierało.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Idąc ze smut­nym baran­kiem, któ­ry zro­bił się w mię­dzy­cza­sie cał­kiem weso­ły, Jul­ka zgu­bi­ła zupeł­nie dro­gę, ale po zapa­chach poczu­ła bli­skość kuch­ni kró­lew­skiej. Prze­cu­dow­ne aro­ma­ty podob­ne do tych roz­cho­dzi­ły się zawsze, kie­dy bawi­ła się z dziew­czyn­ka­mi przed zam­kiem, w oko­li­cy kuch­ni. Teraz nie chcia­ło jej się wycho­dzić na tra­wę, któ­ra musia­ła być zupeł­nie zamok­nię­ta, cho­ciaż myśla­ła o tym, bo stam­tąd zna­ła już dobrze dro­gę do Babu. W koń­cu dopro­wa­dzi­ła baran­ka do kuch­ni któ­rymś z wewnętrz­nych tajem­nych przejść, któ­re krzy­żo­wa­ły się ze sobą i sta­no­wi­ły tak pogma­twa­ną sieć, że nie spo­sób było zapa­mię­tać skąd i dokąd bie­gły. Wiel­ki Napraw­czy usi­ło­wał w wol­nych chwi­lach nanieść je na spe­cjal­nie w tym celu spo­rzą­dzo­ny przez sie­bie plan zam­ku. Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca mie­rzył przy tym dłu­gość każ­de­go przej­ścia, żeby pre­cy­zyj­nie nanieść je na mapę. W związ­ku z tym był to pro­jekt długoterminowy.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Przy tyl­nych drzwiach do kuch­ni, Jul­ka z baran­kiem wpa­dli na Baj­kę i Mil­kę, któ­re też szu­ka­ły Babu. Wyszły wła­śnie z inne­go tajem­ne­go przej­ścia i patrzy­ły na Jul­kę i baran­ka, nie mniej zasko­czo­nych od nich samych.
- Też idzie­cie do Babu? Mam nadzie­ję, że gotu­je zno­wu tę zupę z Wiel­kie­go Zup­ni­ka Kró­lew­skie­go. Już mi głu­pio pro­sić — roz­ma­rzy­ła się Julka.
- A mnie nie. Jak chcesz to popro­szę — ode­zwa­ła się w pół­mro­ku kory­ta­rza Mil­ka. — Zale­wayę, tak?
- Yhm…
- Przy oka­zji poroz­ma­wiaj o przy­naj­mniej jed­nym ogór­ku kiszo­nym dla mnie i pomi­do­rze dla cie­bie — przy­po­mnia­ła jej Bajka.
- Co Babu trzy­ma w tym schow­ku? — Jul­ka wska­za­ła na prze­strzeń pod scho­da­mi zamknię­tą trój­kąt­ny­mi drzwiczkami.
- Prób­ki róż­nych rze­czy, któ­re przy­sy­ła­ją jej sprze­daw­cy. W sło­icz­kach albo meta­lo­wych pude­łecz­kach ze sta­ro­daw­ny­mi anioł­ka­mi na wiecz­kach. Bar­dzo faj­ne, chcesz sobie pooglą­dać? — Mil­ka wyda­wa­ła się znać każ­dy zakamarek.
- Lepiej zapy­taj­my Babu — ostrze­gła je Baj­ka. — Wyda­je mi się dzi­siaj tro­chę roz­draż­nio­na, chy­ba się zazię­bi­ła nocą w wieży.
- Nie, ja wiem dla­cze­go Babu jest cho­ra. Zarzą­dza­jąc kuch­nią musi tak dużo mówić, że poły­ka wszyst­kie wir­ki i bak­ter­ki, któ­re krą­żą w powie­trzu — powie­dział do Mil­ki Wygrys, któ­ry lubił wyja­śniać róż­ne zjawiska.
- Tak czy owak, chodź­my do niej, na pew­no się ucie­szy — Baj­ka naci­snę­ła klam­kę. Zawsze chęt­nie odwie­dza­ły kuch­nię, jako kra­inę wiel­kich tajem­nic i moc­nych przeżyć.
- Pocze­kaj! — zła­pa­ła ją za rękę Jul­ka. — Nie myśla­ły­ście o tym, żeby na zawsze zostać na waka­cjach? — Pomysł ten przy­szedł jej kie­dyś do gło­wy i sta­wał się coraz inten­syw­niej­szy, w mia­rę jak zbli­żał się wrzesień.
- To może nie być takie pro­ste, ale my też bar­dzo lubi­my tu być. Dobrze, że ty też. Pomy­śli­my o tym. — powie­dzia­ła ze zro­zu­mie­niem Baj­ka, wcho­dząc do kuch­ni. Rów­no­cze­śnie pomy­śla­ła, że dobrze by było skon­tak­to­wać się w tej spra­wie z Biu­rem Wytłu­ma­czeń. Uży­wa­ły tego okre­śle­nia z Mil­ką jak szy­fru, bo tyl­ko one dwie wie­dzia­ły, że cho­dzi o Mamu­się. Jul­ka też o Niej wie­dzia­ła, od kie­dy Baj­ka dopu­ści­ła ją do tajemnicy.

* * *

W cza­sie obia­du, poda­wa­ne­go z powo­du desz­czu w jadal­ni zapa­so­wej, koni­ki nie mogły jeść. Cały czas odwra­ca­ły się do tyłu, żeby oglą­dać na ścia­nie swo­je wła­sne podo­bi­zny, jesz­cze nie cał­kiem wyschnię­te. Same je poko­lo­ro­wa­ły, głow­nie meto­dą odbi­ja­nia pie­czą­tek kopy­tem i malo­wa­nia ogo­nem. Zaraz po obie­dzie wszy­scy poże­gna­li się z Mylin­ką, któ­ra odle­cia­ła w poczu­ciu, że dobrze wywią­za­ła się z powie­rzo­ne­go jej zada­nia. Zamek został prze­me­blo­wa­ny w takim stop­niu, że wcho­dząc do każ­dej kom­na­ty dozna­wa­ło się szo­ku. Zmia­ny wpro­wa­dzo­ne przez Mylin­kę pole­ga­ły głów­nie na wydo­by­ciu na świa­tło dzien­ne daw­nych, zapo­mnia­nych ele­men­tów wystro­ju. Tu coś odku­rzy­ła, tam wypo­le­ro­wa­ła, gdzieś indziej odma­lo­wa­ła na jakiś zaska­ku­ją­cy kolor. Na tyle, na ile mogła, przy­wra­ca­ła przed­mio­tom daw­ną świet­ność. Poprze­sta­wia­ła też pra­wie wszyst­kie meble i przy tej oka­zji zna­la­zła ukry­te malo­wi­dła na ścia­nach i kosz­tow­no­ści za mebla­mi. Tego popo­łu­dnia nikt nie pla­no­wał już wię­cej prac. Nie licząc kra­sno­lud­ków, któ­re w dal­szym cią­gu stu­ka­ły i puka­ły w skrzy­dle zachodnim.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Widzie­li­ście jak one moc­no walą kilo­fa­mi? — zapy­tał Jasno­sza­ry w ciem­ne łaty kie­dy wsta­wa­li od sto­łu. Był w dal­szym cią­gu zafa­scy­no­wa­ny krasnoludkami.
- Tak — przy­zna­ła Babu. — Wyglą­da­ją na bar­dzo sil­ne, ale czy zwró­ci­li­ście uwa­gę, że ich stu­ka­nie nie jest wca­le męczą­ce dla uszu?
- No wła­śnie, też o tym myśla­łam! — z pod­nie­ce­niem przy­zna­ła Jul­ka. — Brzmi raczej jak muzy­ka, niż hałas. Teraz wszy­scy wsłu­cha­li się w stu­ki i przy­zna­li im rację. Wyda­wa­ło im się, że słu­cha­ją muzy­ki z gigan­tycz­nej pozytywki.
Popo­łu­dnie zapo­wia­da­ło się cie­ka­wie. Każ­dy miał jakieś pla­ny. Owce posta­no­wi­ły przed pój­ściem do domu prze­spać się w staj­ni, bo w związ­ku z leją­cym wciąż desz­czem, chcia­ły jak naj­bar­dziej odsu­nąć od sie­bie powrót. 

Mil­ka skon­tak­to­wa­ła się z Biu­rem Wytłu­ma­czeń w paru spra­wach, któ­re ją nur­to­wa­ły, a potem, razem z Jul­ką, wycią­gnę­ły albu­my ze zdjęciami:
- Oglą­dasz z nami? — zapy­ta­ła Mil­ka siostrę.
- Nie, poprzy­szy­wam guzi­ki z Babu — Baj­ka była star­sza i chcia­ła spę­dzić tro­chę cza­su na poważ­nej pra­cy. To wła­śnie Babu nauczy­ła ją przy­szy­wa­nia guzi­ków. Baj­ka cie­szy­ła się na popo­łu­dnie spę­dzo­ne z Nią sam na sam. W staj­ni posie­dzia­ła już przez chwi­lę przed południem.
- Czy mogę się poba­wić z Sumą? — zapy­tał Wygrys Mil­ki. Z kufra w Misiow­ni przy­niósł nale­żą­cą do Mil­ki małą pumę, któ­ra umia­ła doda­wać i w ogó­le była dobra z matematyki.
- Baw się z kim chcesz, tyl­ko się nie pobrudź i nie zamocz.
- Pocze­kaj — Mil­ka zwró­ci­ła się teraz do Jul­ki, zeska­ku­jąc z kana­py. — Zanim zacznie­my, muszę tyl­ko jesz­cze wziąść tego kota. — Mia­ła na myśli kota, któ­re­go wycho­wy­wa­ła, kie­dy sobie o nim przy­po­mnia­ła, a któ­ry w tej chwi­li spał w rogu komnaty.
Korzy­sta­jąc z tego, Jul­ka zano­to­wa­ła ołów­kiem w rogu albu­mu coś, co cho­dzi­ło jej po gło­wie i cze­go posta­no­wi­ła nigdy nie zapomnieć:

Pod­ko­pu­jąc wła­sne korze­nie, pod­ko­pu­jesz same­go siebie.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Czy on się nazy­wa Wal­tek? — zapy­tał Mil­kę Wygrys, któ­ry pod­słu­chał kie­dyś jej wycho­waw­czą roz­mo­wę z kotem.
- Tak — odpo­wie­dzia­ła Mil­ka, gra­mo­ląc się z powro­tem na kana­pę. — Wal­tek, Wal­tuś — mówi­ła, dra­piąc go za usza­mi. — Musisz zostać ska­za­ny. Oczy­wi­ście nie na śmierć, ale dosta­niesz man­dat za to, że ucie­kłeś mnie i mojej siostrze.
- Dobrrrr­ra — mru­czał Wal­tek z zado­wo­le­niem. Bar­dzo lubił, kie­dy Mil­ka go wycho­wy­wa­ła. Nie przej­mo­wał się tym, co mówi­ła, ale wyso­ko sobie cenił jej dra­pa­nie. Poza tym, w takich chwi­lach, prze­pły­wa­ło do nie­go od niej tyle dobrych uczuć, że już od tego same­go, popra­wiał się nie do poznania.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami