Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 9

Zjeż­dżal­nia z naj­wyż­szej wie­ży

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Bajka i Mil­ka od same­go rana prze­szu­ki­wa­ły sys­te­ma­tycz­nie cały zamek. Baj­ka zaczę­ła od tego, że spraw­dzi­ła dokład­nie wszyst­kie staj­nie. Babu wysła­ła je po Wiel­kie­go Napraw­cze­go mówiąc, że zszedł do piwnic. 
Wyjąt­ko­wo myli­ła się, bo tam go nie było. Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca wyglą­dał wła­śnie z okna naj­wyż­szej wie­ży, w któ­rej spę­dzał czas już od kil­ku godzin. Kon­kret­nie był na jej naj­wyż­szym pię­trze, jedy­nym, któ­re mia­ło okna. Było ich tutaj za to aż dwa­dzie­ścia czte­ry. Pomiesz­cze­nie zaj­mu­ją­ce całe gór­ne pię­tro, duże i puste, dosko­na­le nada­wa­ło się na pra­cow­nię. Okna nie mia­ły oczy­wi­ście szyb ani ram.

Baj­ka i Mil­ka zoba­czy­ły Wiel­kie­go Napraw­cze­go wyso­ko w oknie kie­dy tra­ci­ły już siły i nadzie­ję. Zdy­sza­ne wbie­gły na naj­wyż­sze pię­tro. Napraw­czy wbi­jał wła­śnie ostat­nią pinez­kę w duży arkusz papie­ru. Bia­ły kar­ton, roz­pię­ty na desce, stał opar­ty o ścia­nę. W ręce, oprócz pine­zek, Wiel­ki Napraw­czy trzy­mał żół­ty ołó­wek ozna­czo­ny sym­bo­lem 4H. Na rysun­ku było jakieś skom­pli­ko­wa­ne urzą­dze­nie nary­so­wa­ne twar­dym ołów­kiem tech­nicz­nym z naj­mniej­szy­mi szcze­gó­ła­mi. Były tam też strzał­ki, opi­sy mały­mi wyraź­ny­mi liter­ka­mi i dużo cyfr.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Co robisz? — zapy­ta­ły dziew­czyn­ki rów­no­cze­śnie. Przy­szły na samą górę, żeby zaspo­ko­ić cie­ka­wość. Mogły po pro­stu zawo­łać go z dołu, ale wie­dzia­ły, że Wyna­laz­ca pra­cu­ją­cy samot­nie gdzieś na ubo­czu zwy­kle robił coś, co mogło oka­zać się inte­re­su­ją­ce. Wie­dzia­ły też, że czę­sto takie pro­jek­ty były zwią­za­ne z nimi osobiście.
- A, nic takie­go — odpo­wie­dział zamy­ślo­ny Wyna­laz­ca, co wca­le nie zbi­ło ich z tro­pu, bo, zna­jąc go, spo­dzie­wa­ły się usły­szeć wła­śnie coś w tym rodza­ju. Na całej pod­ło­dze okrą­głe­go pomiesz­cze­nia leża­ły sta­re meta­lo­we czę­ści. Mniej wię­cej poło­wa z nich była zaku­rzo­na, a resz­ta wypo­le­ro­wa­na szmat­ką na naj­wyż­szy błysk.
- Poroz­kła­da­łem sobie parę rze­czy do naoli­wie­nia — to też ich nie zdzi­wi­ło, bo Wyna­laz­ca czę­sto oli­wił. Jego pasją było roz­kła­da­nie skom­pli­ko­wa­nych mecha­ni­zmów pod pozo­rem oli­wie­nia. Naj­więk­szą przy­jem­ność spra­wia­ło mu skła­da­nie ich z powro­tem. Trak­to­wał je jak fascy­nu­ją­ce łamigłówki.
- Ale do cze­go ci to jest potrzeb­ne? — chcąc odpo­wie­dzieć na pyta­nie Baj­ki, Wyna­laz­ca bez sło­wa popro­wa­dził je do okna po prze­ciw­le­głej stro­nie. Z okna scho­dzi­ła w dół wypo­le­ro­wa­na do nie­moż­li­wo­ści zjeż­dżal­nia z poły­sku­ją­ce­go ruda­wo meta­lu. Koń­czy­ła się gdzieś w powie­trzu, wyso­ko nad tra­wą, a zro­bio­na była z zacho­dzą­cych na sie­bie płyt połą­czo­nych duży­mi nita­mi. Pięk­ny, duży, mądry i ener­gicz­ny, ale łagod­ny Pies Mil­ki, któ­ry wszedł na górę w ślad za nią, też wyj­rzał przez okno i zaczął wyć ze strachu.
- Nie bój się,  nie musisz zjeż­dżać — uspo­ko­iła go Milka.
- Będzie skła­da­na, co bar­dzo kom­pli­ku­je spra­wę — powie­dział z zado­wo­le­niem w gło­sie Wyna­laz­ca. Lubił kom­pli­ka­cje i wią­żą­ce się z nimi wyzwa­nia. — Widzi­cie, pły­ty wysu­wa­ją się jed­ne spod drugich.
- Ale po co ma być skła­da­na? — Mil­ka usi­ło­wa­ła sobie wszyst­ko dokład­nie wyobrazić.
- Bo będzie zwo­dzo­na! — tym razem twarz Wyna­laz­cy roz­pro­mie­ni­ła się do nie­moż­li­wo­ści.  — Będzie wyjeż­dża­ła z tego okna albo wjeż­dża­ła w nie z powro­tem w zależ­no­ści od potrzeb.
Widząc jaki jest szczę­śli­wy, dziew­czyn­ki nie pyta­ły już dalej, cho­ciaż mia­ły wąt­pli­wo­ści czy wyjaz­dy i wjaz­dy rze­czy­wi­ście będą koniecz­ne. Odwró­ci­ły się tyłem do okna i wte­dy dopie­ro zauwa­ży­ły sto­ją­cą na pod­ło­dze z gru­bych dech machi­nę, któ­ra wyglą­da­ła na przy­naj­mniej czę­ścio­wo skon­stru­owa­ną. Ogól­nie rzecz bio­rąc, machi­na skła­da­ła się ze sto­ją­cej pio­no­wo bar­dzo gru­bej meta­lo­wej rury, do któ­rej przy­twier­dzo­ne były róż­nej wiel­ko­ści rur­ki, kur­ki, pokrę­tła i zega­ry. Naj­bar­dziej podo­ba­ły im się wypo­le­ro­wa­ne meta­lo­we gał­ki na koń­cu drąż­ków. Mil­ka naci­snę­ła jeden z nich.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Nie ruszaj! — krzyk­nął Wiel­ki Napraw­czy pod­no­sząc ręce i robiąc wiel­ki sus w jej kierunku.
Z machi­ny wydo­stał się obło­czek pary, a Wiel­ki Napraw­czy ode­tchnął z wyraź­ną ulgą.
- Czas już chy­ba zejść na dół… — powiedział.
- A, wła­śnie. Babu cię szu­ka! — przy­po­mnia­ła sobie Bajka.
- No to my leci­my — przy tych sło­wach Mil­ka bie­gła już po krę­tych scho­dach, wie­dząc że poko­na­nie ich zaj­mie dłuż­szą chwilę.
- Jestem pew­na, że cho­dzi o coś wię­cej, niż pro­stą zjeż­dżal­nię w dół — wydy­sza­ła na kolej­nym zakrę­cie scho­dów. Mia­ła inży­nie­ryj­ne oko, któ­re pozwa­la­ło jej oce­niać takie rzeczy.
- Trze­ba będzie zba­dać tę spra­wę — przy­zna­ła jej rację Baj­ka, któ­ra lubi­ła zagad­ki do roz­wi­kła­nia. — Jak będzie­my mia­ły czas.
Wybie­gły z wie­ży przez drzwi wycho­dzą­ce pro­sto na fosę.
- Patrz, coś pły­nie — powie­dzia­ła mru­żąc oczy Milka.
Baj­ka zawró­ci­ła, cho­ciaż była już w dro­dze do staj­ni. Zna­la­zła gałąź i przy­cią­gnę­ła to coś do brzegu.
- Butel­ka po oran­ża­dzie! Ale faj­na… — odwró­ci­ła się, żeby obej­rzeć zna­le­zi­sko pod słoń­ce. Wie­dzia­ła jak wyglą­da butel­ka po oran­ża­dzie, bo inte­re­so­wa­ła się histo­rią, ale nigdy nie mia­ła cze­goś takie­go w ręce.
- Ja też chcę zoba­czyć! — Mil­ka otwar­ła zakręt­kę, któ­ra odsko­czy­ła sprę­ży­ście. Paty­kiem wyję­ły ze środ­ka kartkę.
- To ja ją wyję­łam! — Baj­ka chcia­ła obej­rzeć pierwsza.
- Ale ja zauważyłam!
Były pod­eks­cy­to­wa­ne, ale prze­sta­ły się kłó­cić, bo wie­dzia­ły, że w ten spo­sób pod­rą cen­ne znalezisko.
- Zup­nik kró­lew­ski… — Baj­ka powo­li odcy­fro­wy­wa­ła kan­cia­ste pismo z zakrę­ta­sa­mi. — Stro­na 1147. Zale­waya Nie­moż­li­wa do Zro­bie­nia y Szo­ku­ją­ca dla Pod­nie­bie­nia. Dalej nastę­po­wał dłu­gi i skom­pli­ko­wa­ny opis o wie­le mniej­szy­mi lite­ra­mi. Od razu wie­dzia­ły co zro­bić. W sekun­dzie zna­la­zły się w tym rejo­nie kuch­ni kró­lew­skiej, w któ­rym zwy­kle moż­na było zastać Babu. Pobie­gły tam zanim zza zakrę­tu fosy wypły­nę­ła następ­na butel­ka. To Wygrys zna­lazł ster­tę sta­rych papie­rów i bawił się w roz­bit­ka wysy­ła­ją­ce­go wiadomości.
Baj­ka poda­ła Babu kartkę.
- Czy mogła­byś nam to ugotować?
- Nie ma pro­ble­mu — powie­dzia­ła Babu rzu­ciw­szy tyl­ko okiem na przepis. 
- Z tym, że dla mnie z jed­nym dużym boro­wi­kiem albo z ogór­kiem kiszo­nym — szła za cio­sem Bajka.
- A dla mnie z jed­nym dużym pomi­do­rem obra­nym ze skó­ry — Mil­ka też nie chcia­ła być poszkodowana.
- Oczy­wi­ście — uspo­ko­iła je Babu, nic się nie martwcie.
- Jesteś kocha­na, Babu. Czy był już dzi­siaj Pan Janek? — spy­ta­ła Milka.
- Nie, a cze­mu pytasz?
- Po pro­stu, chcia­łam go  zoba­czyć. Jest w nim coś takie­go, że lubię kie­dy przychodzi.
Zała­twiw­szy pomyśl­nie spra­wę Zale­wai, dziew­czyn­ki wybie­gły na dzie­dzi­niec. Ich oczom uka­zał się nie­co­dzien­ny widok. Szy­mon Solid­ny i Jul­ka myli basz­tę wschod­nią pole­wa­jąc ją wodą z węża. Sta­ło się tak przy oka­zji mycia przez Szy­mo­na mułów i wozu przed dale­ką dro­gą. Do wody doda­li deli­kat­ny szam­pon do zabyt­ków, któ­ry Szy­mon Solid­ny miał w wozie. Poma­gał im Szy­mek Stra­żak. Przy takiej akcji nie mogło też oczy­wi­ście zabrak­nąć Wygry­sa, któ­ry już w pierw­szych chwi­lach cał­ko­wi­cie się zamo­czył. Wygrys zade­mon­stro­wał Szym­ko­wi strasz­li­we piski, któ­re umiał wyda­wać. Do złu­dze­nia imi­to­wa­ły syre­nę stra­żac­ką i Szy­mek jako stra­żak w peł­ni je docenił.
- Ja też coś takie­go umia­łem z sie­bie wyda­wać, ale to było daw­no, w dzie­ciń­stwie. Pamię­tam, że nikt tego wte­dy nie rozu­miał. A ja po pro­stu sygna­li­zo­wa­łem, że zosta­nę strażakiem.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Basz­ta cała lśni­ła. Wyglą­da­ła teraz jak nowa. Szy­mon Solid­ny pomógł przy oka­zji Wiel­kie­mu Napraw­cze­mu zamon­to­wać spa­da­ją­cy łań­cuch od mostu zwo­dzo­ne­go. Łań­cuch trze­ba było pod­no­sić w dwie oso­by. Zanim wyru­szył w dro­gę, urzą­dził jesz­cze dziew­czyn­kom kon­kurs: kto naj­szyb­ciej wej­dzie na śred­nią wie­żę (któ­ra nie mia­ła scho­dów) po nowo­cze­snej, skła­da­nej dra­bi­nie zewnętrz­nej, któ­rą zdjął z wozu. Dziew­czyn­ki bar­dzo się cie­szy­ły z wcho­dze­nia, ale potem rów­nie bar­dzo bały się zejść i sie­dząc na górze dłuż­szą chwi­lę żało­wa­ły, że wzię­ły udział w konkursie.
W tym cza­sie kró­lo­wa Awe­lia sta­ła już goto­wa do dro­gi i cze­ka­ła aż wyru­szą wozem Szy­mo­na Solid­ne­go. Tro­chę się nie­cier­pli­wi­ła, bo chcia­ła zdą­żyć do Kró­lew­skie­go Gro­du Pra­sta­re­go na godzi­nę otwar­cia skle­pu z kred­ka­mi. Myśl, że ktoś pil­nie potrze­bu­ją­cy jakąś kred­kę przyj­dzie i poca­łu­je klam­kę, była dla niej przy­kra. Babu, któ­ra przy­szła się z nią poże­gnać, zaba­wia­ła ją roz­mo­wą. Wygrys stał koło nich przy­gnę­bio­ny, bo Jul­ka powie­dzia­ła mu, że z tak duże­go zamo­cze­nia nigdy już cał­kiem nie wyschnie. Wie­dział, że w tym sta­nie nie będzie się mógł bawić z inny­mi. Mil­ka pró­bo­wa­ła go pocieszyć:
- Nie martw się, na pew­no wyschniesz. W naj­gor­szym razie, jeże­li będziesz dłu­go cho­dził nie­do­sch­nię­ty, zaczniesz śmier­dzieć kozą.
To go już zupeł­nie dobiło.
- Chodź, ja cię wysu­szę — Babu wycią­gnę­ła do nie­go ręce bez cie­nia obrzydzenia.
- Jak?!!!- chcia­ła znać szcze­gó­ły Jul­ka, któ­ra jako pierw­sza zeszła po dra­bi­nie z wieży.
- Nie bój się, ona ma swo­je meto­dy — Baj­ka wie­dzia­ła, że Babu moż­na zaufać w róż­nych sprawach.

To wła­śnie powta­rza­ła sobie Jul­ka w duchu chwi­lę póź­niej, kie­dy wbie­gła do zam­ku i z okna łazien­ki podzi­wia­ła widok, któ­ry roz­cią­gał się stąd dale­ko. Za krza­ka­mi czar­ne­go bzu zaczy­na­ły się łagod­ne pagór­ki, mię­dzy nimi pola, po lewej widać było las, a za nim osa­dę z kościo­łem z wyso­ką szpi­cza­stą wie­żą. Pogo­da była tak pięk­na, że widać było nie tyl­ko dzwon, ale nawet krzyż na wie­ży.  Jul­ka prze­tar­ła oczy. Kolo­ry owiec na pastwi­sku pod lasem, jak zwy­kle, zro­bi­ły na niej wiel­kie wra­że­nie. Za każ­dym razem kie­dy je widzia­ła, intry­go­wa­ło ją to bar­dziej. Zna­la­zła dziew­czyn­ki i po chwi­li wszyst­kie trzy bie­gły już krę­tą ścież­ką w stro­nę pastwi­ska. Babu pozwo­li­ła im na krót­ką wypra­wę. Baj­ka tyl­ko na sekun­dę wstą­pi­ła po dro­dze do staj­ni. Nikt nigdy z nią tam nie cho­dził, bo było rze­czą ogól­nie wia­do­mą, że w staj­ni wola­ła być sama.
- Wła­ści­wie mało wie­my o tych owcach z pod­zam­cza — przy­zna­ła Mil­ka. — Prze­waż­nie jeste­śmy za bar­dzo zaję­te spra­wa­mi wewnątrz murów.
Mil­ka nie po raz pierw­szy pomy­śla­ła, że Jul­ka zwra­ca im uwa­gę na rze­czy, któ­rych wcze­śniej nie zauwa­ża­ły. W duchu przy­zna­ła, że spoj­rze­nie z zewnątrz, takie jakie przy­no­si­ła Jul­ka, nie­wie­le wie­dzą­ca o ich świe­cie, było cenne.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Jak to się wła­ści­wie sta­ło, że wresz­cie do nas przy­je­cha­łaś? — zapy­ta­ła ją.
Pyta­nie było zaska­ku­ją­ce. Jul­ka zasta­na­wia­ła się jak stre­ścić Mil­ce zagma­twa­ne dzie­je jej zna­jo­mo­ści z koni­ka­mi w dwóch sło­wach. Opo­wie­dzia­ła o tym, jak była z nimi w skła­dzie sta­rych gra­tów i jak zna­la­zła mapę, a one globus.
- Sama się czę­sto zasta­na­wiam jak to wszyst­ko w ogó­le było moż­li­we… — zakończyła.
- W życiu nie ma przy­pad­ków. Wszyst­kim kie­ru­je Pan Bóg. Tak mówi Babu — powie­dzia­ła Mil­ka zeska­ku­jąc z kamien­ne­go mur­ka, po któ­rym szła.
Kie­dy pode­szły bli­żej, Jul­ka widzia­ła już wyraź­nie, że owiecz­ki są nie tyl­ko róż­no­ko­lo­ro­we, ale wręcz tęczowe.
- Ależ one cud­nie wyglą­da­ją… — wes­tchnę­ła Baj­ka. — Chęt­nie bym sobie cza­sem popasła.
Kie­dy zna­la­zły się cał­kiem bli­sko, zoba­czy­ły, że jeden baran sie­dzi na ubo­czu i płacze:
- Beee, beee, beeeee.
Napraw­dę aż przy­kro było słuchać.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Cze­mu beczysz? — zaczę­ła roz­mo­wę Jul­ka, któ­ra nie mogła znieść kie­dy ktoś pła­kał. Jej też od razu zakrę­ci­ły się łzy w oczach.
- Nie mogę się docze­kać aż mi runo odro­śnie po ostat­nim strzy­że­niu na weł­nę­ę­ę­ęę — baran roz­be­czał się na dobre — tak mi głu­pio obcię­li, że wyglą­dam jak w pod­ko­szul­ku bez rękawów.
- Ja też sobie kie­dyś sama obcię­łam kucy­ki i byłam w tej samej sytu­acji. Nie martw się. Jak szyb­ko odra­sta ci futro?
- Ruuuno — popra­wił baran i chlip­nął, ale już spo­koj­niej. Tro­chę to zaj­mu­je. Poza tym, zawsze chcia­łem mieć pro­ste wło­sy, a za każ­dym razem odra­sta­ją mi krę­co­ne. Beeeeeeeeeee… — zaczął znowu.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Uspo­kój się! — Baj­ka zda­ła sobie spra­wę, że mają do czy­nie­nia z bara­nem, któ­ry z nicze­go nie jest zado­wo­lo­ny i zawsze znaj­dzie powód, żeby pobe­czeć. Posta­no­wi­ła wziąć się za nie­go energicznie.
- Jakie­go uży­wasz szam­po­nu?- Baj­ka zna­ła się na kło­po­tach z krę­co­ny­mi włosami.
- Spe­cjal­ne­eego do bara­aanów, beee — Baj­ka zauwa­ży­ła, że beczy już tro­chę mniej smutno.
- Sto­su­jesz balsam?
- Sto­su­ję­ęę.
- Napraw­dę dużo?
- Tak. Cza­sem nawet bal­sam nawil­ża­ją­co-wysu­sza­ją­cy bez spłu­ki­wa­nia, a przed uro­czy­sty­mi oka­zja­mi płyn do zmięk­cza­nia weł­ny — wybe­czał już tym razem bez żad­nych dodat­ko­wych eee. Po czym dodał jeszcze:
- Inni w sta­dzie uży­wa­ją po pro­stu szam­po­nu do loków, ale ja nie chcę mieć loków, zawsze marzy­łem o pro­stych — wes­tchnął prze­cią­gle, ale już się nie roz­be­czał. Szcze­re zain­te­re­so­wa­nie dziew­czy­nek naj­wy­raź­niej dobrze mu zrobiło.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Coś ci powiem. Zna­my jed­ną dobrą duszę — teraz zwró­ci­ła się do nie­go Mil­ka mając na myśli Ibu­lin­kę —  któ­rej loki pew­ne­go dnia, zupeł­nie nagle, same się roz­pro­sto­wa­ły. W cał­ko­wi­cie natu­ral­ny sposób.
- Nie wie­rzę! — krzyk­nął roz­pro­mie­nio­ny baran, ale widać było, że wstą­pi­ła w nie­go nadzie­ja. — Jeste­ście bar­dzo faj­ne.  Chęt­nie dam wam weł­nę na swe­try. Oczy­wi­ście jak będę ją zno­wu miał… — tu zro­bił podkówkę.
- Dzię­ku­je­my, jesteś praw­dzi­wy baran — powie­dzia­ła Jul­ka, bo pomy­śla­ła, że będzie to dla nie­go naj­więk­szy komplement. 
Dziew­czyn­ki zaczę­ły się zasta­na­wiać jakie weł­nia­ne ubra­nia naj­bar­dziej by im się przydały.
- A jak to się dzie­je, że macie takie świet­ne kolo­ry? — zapy­ta­ła Jul­ka, któ­ra wie­dzia­ła już od Mil­ki, że Babu ma z tym coś wspól­ne­go, ale nie mogła sobie wyobra­zić jakim spo­so­bem osią­ga takie osza­ła­mia­ją­ce efekty.
- Nie wiesz? Wasza Babu nas far­bu­je. Nazy­wa­my to far­bo­wa­nie tęczo­we. Przy­cho­dzi do nas, kie­dy słoń­ce wyj­dzie po desz­czu i roz­pusz­cza w kału­żach natu­ral­ne barw­ni­ki. Desz­czów­ka jest zdro­wa. My się w tym potem tarza­my i to wszystko!
- Leżąc na ple­cach? — Mil­kę zain­te­re­so­wa­ły szcze­gó­ły techniczne.
- Oczy­wi­ście. Acha, cza­sem jesz­cze wska­ku­je­my do kil­ku kałuż po kolei, żeby uzy­skać cie­ka­we efekty.
- Ha! — Jul­ka była pod wra­że­niem. — Babu jest napraw­dę wieloczynnościowa!
- Mówi­ły­śmy ci. Cał­ko­wi­cie wszech­stron­na — potwier­dzi­ła Bajka.
- Strasz­nie chcia­ła­bym to zoba­czyć… Kie­dy macie następ­ne far­bo­wa­nie? — spy­ta­ła Julka.
- Nie mam poję­cia, to zale­ży od desz­czu i od Babu. Na wzmian­kę o Babu Baj­ka przy­po­mnia­ła sobie, że mia­ło ich nie być tyl­ko chwilę.
- Musi­my już wra­cać, ale na pew­no zno­wu przyj­dzie­my — obie­ca­ła gła­ska­jąc bara­na, któ­ry zno­wu zro­bił podkówkę.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Zawsze się mar­twię, że się sfil­cu­ję! — krzyk­nął za nimi. Dziew­czyn­ki obej­rza­ły się w jego stro­nę zrezygnowane.
- Albo, że kolor mi za szyb­ko zblaknie!
- Uszy do góry! Bądź dobrej myśli!  — odkrzyk­nę­ły dziew­czyn­ki, ale nie mia­ły już cza­su wracać.
Kie­dy doszły na dzie­dzi­niec, zasta­ły tam koni­ki bie­ga­ją­ce w róż­nych kie­run­kach w wiel­kim podnieceniu. 
- Chodź­cie! — Sza­ry pod­biegł do nich kłu­sem. — Przy­je­chał dok­tor Tomanyszewski!

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami