„Szczurowisko” – wór ambiwalencji od wspaniałości do zawstydzającej mnie grafomanii! Czy nie lepiej byłoby uwolnić się od tych swoich ambicyjek, żyć jak inni harujący, żrący i wydalający (wyłącznie), wolni od intelektualnych podniet, wątpliwości i wahań szarpiących ich wnętrza. Żyć życiem nieskomplikowanym…

Jeszcze jedna ułuda.

        Wciąż myślę o „Dzienniku 1954” – Tyrmanda, żyję tym czytając po kilka stron dziennie. Nasładzam się nim – używając sformułowania autora. Dlatego odkładam na coraz dalsze „później” to czytanie. Smakując rozkosze tej prozy niemal czuję zapach miasta, w którym spędziłem ponad 30 lat życia. Odnajduję coś więcej niż tylko miejsca, odnajduję w jego pisaniu jakąś niemą skargę, żałosny skowyt poturbowanego przez Historię człowieka. Dlatego, nam dwóm (i nie tylko nam) emigracja wydawała się stanowić remedium na nasz ból i paradoksalnie stała się ona przyczyną innego bólu, nierzadko o wiele gorszego, niż tamten ból, bo ten dzisiejszy zmieszany jest z żalem nieukierunkowanym, po prostu… żalem.

        Poprzez czytanie „Dziennika 1954”, poza identyfikowaniem się z bólem jego autora, zbliżam się do PRAWDY, która ma mnie wyzwolić. A może to tylko PRÓBA zdefiniowania czegoś, co z pewnością jest niejednoznaczne i z upływem czasu przybierze jeszcze jakąś inną formę?

Może?

        Kot-Dakota także w straszliwych kocich mękach. Strzyże uszami w swej bezradności, bo świergoczące ptaki w swoim szaleństwie i witalnej ruchliwości, są dla niej nieosiągalne. Na nic obserwacje, na nic czajenie się, na nic „przycupy”, jakby w gotowości do skoku… Wszystko na nic, wobec szyby i wyżyn naszego balkonu. Mimo tych niemożliwości upolowania jakiegokolwiek ptaszka, czarno-biały kot-Dakota nie rezygnuje z dalszej obserwacji. Cóż znaczy potęga instynktu – motoru życia!

Wobec tego hasło dnia brzmi:”SAVE MOUSE EAT A PUSSY!” [„OCAL MYSZ ZJADAJĄC KOTKA!”]

        Jest w tym coś niestrawnego, coś z narcyzmu, kiedy pisarze-pieszczochy są zapytywani dla kogo piszą. Podejrzewam, że nawet pytają się o to samych siebie, jeśli nikt wcześniej nie zada im tego pytania. A więc dla kogo? Czy mają obraz swojego czytelnika? Oczywiście, że mają, uważając, że nie wypada im odpowiedzieć, że nie mają. I zaraz zaczynają się rozwodzić nad obrazem swego odbiorcy, który dzięki reklamie ich twórczości  z jednej strony, a snobizmowi odbiorcy z drugiej, może nawet dałby się sprecyzować. Bajdurzeniu ich przysłuchują się inni adepci smętnego glimglania lub prowokacyjnego łechtania gustu tzw. szarego człowieka, (który w pojedynkę nie jest wcale taki znowu szary), mówią niby do rzeczy „dla kogo piszą”.

        A dla kogo ja piszę? Odpowiadam krótko i beznamiętnie: Piszę dla CIEBIE, który to ciągle jeszcze masz ochotę czytać. Kiedyś, kiedy mniemałem o swoim pisaniu dość pyszałkowato, twierdziłem, że piszę np. dla pani Ziuty z Pcimia, albo bibliotekarki ( z wypiekami na twarzy z powodu czytania moich wynurzeń, poza moimi plecami przez innych nazywanymi <elukubracjami>) czy też dla księgowego lub nauczyciela o wyglądzie Koszałka – Opałka wg. ilustracji Jana Marcina Szancera.

        Dla kogo, do cholery, można by tu jeszcze pisać?!

        Kamień z serca, bo A. trochę pogodniejsza, trochę bardziej „swojska” – no i zaraz lżej się robi na duszy. Z powodu jej wciąż nieustającego bólu, poprosiła mnie o zakręcenie jej włosów. Ileż to było radości i śmiechu z tych moich dwóch lewych rąsi! Bo dla kobiet kręcenie włosów to jak dla mężczyzn codzienne golenie się. Poproście kiedyś swoją żonę, jak macie wystarczająco dużo odwagi, żeby was ogoliła i nie zapomnijcie spojrzeć jaką na to zrobi minę!

        Wobec moich nieudacznych prób zakręcenia jej włosów, mimo bólu, A. poszła zakręcić sobie włosy sama. Każda kobieta, która postanowi, że musi „zrobić się na piękną”, aby osiagnąć swój cel, pokona wszelkie trudności, nawet najgorszy ból.

        Kot siedzi na swoim miejscu czyli na kanapie i mrużąc ślepia zdaje się pytać bezgłośnie: „Czy jest jakiś problem?” Jedyne normalne stworzenie w całym domu. Kropka!

 NIEDZIELA; 7 MAJA ‘89

        U J-ów. Nudnawo i tak jakoś, jakby te nasze rozmowy były wymuszone. Jo. (siostra Ag.) kiedy wychodziłem na papierosa, ona niepaląca, wyszła razem ze mną na balkon w przeraźliwe zimno. Może wyszła dla zamanifestowania czegoś wobec siostry? Swojej odrębności, chęci choćby chwilowego odskoku od reszty towarzystwa? A może, ona się także z nimi nudziła? Bo przecież nie wyszła, jak ja, w celu zaspokojeni nikotynowego głodu.

        Wieje, wieje nachalnie i złowieszczo. Tegoroczna wiosna, to jakby próba sił – kto kogo przetrzyma. No i ja wysiadam, bo mnie taka pogoda degraduje psychicznie, spycha w cierpiętniczą otchłań! Już nie wiem czy mam płakać, czy ryczeć!

        Zby. wrócił z wyprawy do Niagara Falls bez grosza, spłukany z dwutygodniowych zarobków. Wcześniej oddał nam dług. On, może bardziej niż my cierpi. Bo my mamy siebie, a on jest sam, mimo iż ma nas dwoje, ale to nie jest rozwiązanie w jego przechodzeniu okresu „pryszczatości”. W jego oczach bywamy, bez wątpienia, prześladowcami żyjącymi z nim pod jednym dachem.

        Jakoś to wszyscy musimy przetrzymać. Czy jest inne wyjście?

        Najbliższe otoczenie, a i to za oknem też, stężało w niedzielnym dosypianiu, bo zimno, bo dzień od początku obleczony barwą ołowiu. I pozostała jedynie nadzieja w Bogu, w pokornej modlitwie do Niego o łaskę wiary i miłości… i lepszego samopoczucia.

Amen.

SOBOTA; 13 MAJA ‘89

        Skończyłem czytanie „Dziennika 1954”. Nie ma tam ani jednej nuty płaczliwej, ckliwego ubolewania nad swoim losem. Stamtąd zionie tragedią człowieka zamkniętego w klatce.

        Menażeria osobistości i osobników peerelowskiego światka, warszawsko-krakowskiego zaścianka z europejskimi aspiracjami, obrzyganego mazią totalizmu. Mimo, iż minęło już od tamtego czasu trzydzieści pięć lat, jest to jeszcze bardziej krwiste, jędrne i żywe niż było, jak sądzę w 54-ym roku, kiedy miałem zaledwie sześć lat, ale dobrze pamiętam dzień, w którym ogłoszono śmierć Stalina, pamiętam tamtą atmosferę gęstego, obezwładniającego całe społeczeństwo, strachu. Nie wyłaczając – jak przypuszczam – sługusów tamtej władzy. I samej władzy!

        Liczy się tylko taka sztuka, która przetrwa próbę czasu! Reszta jest milczeniem. Wiem, wiem, że to truizm!

        Mógłby ktoś zapytać o sens grzebania się w tym wszystkim. Wiadomo gnój. Było – minęło. Należałoby o tym zapomnieć. Ja tak nie umiem. Przez cały czas próbuję zdefiniować tego najnowszego Jeźdźca Apokalipsy. Który to już z rzędu? Z pewnośią nie ten ostatni. Jak długo będzie istniał ten świat, to bez wątpienia, przygalopują następni. Z pewnością tak będzie. Znowu zaskoczą ludzkość, śpiącą, szczęśliwą – chwycą ją za gardło, styranizują i porzucą.

        I tak będzie aż do naszego następnego odrodzenia się czyli zmartwychwstania.

        W rozpaczliwej szamotaninie. Jeśli miarą sukcesu mają być zarobki, to w moim przypadku jest to do kitu. Prawie każdy dzień poszarpany nieregularną pracą, ciułaniem. Choć lepsze to niż praca w fabryce, niż jakakolwiek praca z szefem patrzącym na ręce, w strachu przed otrzymaniem ostatniego czeku i z perspektywą szukania sobie nowego zajęcia.

        Dziś miałem „tylko” pięć lekcji. Pięć godzin w niesamowitym napięciu, bo uczyć początkującego, „zielonego” kierowcę, a jeszcze do tego nieprzewidywalnego w swoich reakcjach, to jak znaleźć się w środku strzelaniny i… ten pośpiech przy dojazdach do kolejnego klienta, który może nie tolerować moich spóźnień, niedokładności czy innych wad i zmienić sobie instruktora.

        Dzwonił R.Ż. Będą u nas w przyszłym tygodniu. A już ich podejrzewałem, że mają nas, nieudaczników dosyć,  gdyż G. osiągnęła co chciała (a co chciała – nie znaju), a z kolei R. zaczął na dobre sprzedawać domy i chlusnęło im forsą. Tak sobie myślałem, na swój własny użytek i okazało się, że bardzo nieładnie sobie myślałem, wręcz nieprzyzwoicie!

        Za dwa tygodnie my, z kolei wybieramy się do nich, do Peterborough.

        Wczoraj w TV, na piątce w Journal zaprezentowano amerykańską pisarkę Alice Walker, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, nie mówiąc już o czytaniu czegokolwiek z jej twórczości.

I znowu jest mi wstyd przed samym sobą! Ha! Ha!

        Wyszedł nowy film o wojnie wietnamskiej. Według krytki – nalepszy z dotychczasowych, po „Apocalypse Now”, „Platoon” i „Full Metal Jacket”. Podobno film ten wywołuje u widza taki sam stopień lęku jak u żołnierza biorącego udział w działaniach wojennych (sic!). Bzdura! Bo czyż oglądając film pokazujący nawet najbardziej wstrząsające obrazy, osiągniemy to samo wrażenie gdybyśmy w tym uczestniczyli  naprawdę? Nie sądzę.

        Teraz jest pytanie o to, dlaczego wojna w Wietnamie tak bardzo wstrząsnęła Amerykanami? Czy dlatego, że była wyjątkowo okrutna, czy też jest w tym duża zasługa lewicowej propagandy typu:”Make love, no war [„Nie wojuj, a kochaj”]? A może jedno i drugie miało na to wpływ. Poza tym, jak sadzę, każda „ostatnia” wojna jest wojną najokrutniejszą. Z pewnością czynnik czasu ma tu niebagatelne znaczenie. Przecież wcześniej Amerykanie walczyli na frontach dwóch wojen światowych, a potem w Korei – wcale nie mniej okrutnych od tej w Wietnamie.

        Może nie powinienem zabierać głosu na ten temat, gdyż, dzięki Bogu, nie było mi dane uczestniczyć w żadnej wojnie.

        Podszedł do mnie kot o potarganej sierści, zaspanych, lekko zaropiałych ślepiach i stał przy mnie przez chwilę jakby chciał mi przekazać, że jest głodny i czas najwyższy, żebym wreszcie otworzył mu drzwi, a kiedy to zrobiłem wcale nie poszedł do kuchni, tam gdzie jest jego „zżeralnia” w kąciku pod stołem, lecz poszedł sobie gdzie indziej. Widocznie mieliśmy dwie różne rzeczy na myśli.

        Skończyła się cisza. Muszę i ja kończyć to swoje gryzdanie, dziś tylko tego dziennika, a nie powieści będącej ciut-ciut przed końcem. Poza tym i mnie niedługo przyjdzie ruszyć „za chlebem”, w pogoni za kilkudziesięcioma dolarami.

        Za oknem mgła, więc ta wiosna jest dziś całkiem jesienna.