Pamię­tam te cza­sy gdy jaz­da pocią­giem była czymś nie­zwy­kłym. Czę­sto bywa­ła mia­no­wi­cie kosz­mar­nym prze­ży­ciem zwłasz­cza na tych dal­szych tra­sach kie­dy to w nie­praw­do­po­dob­nym tło­ku prze­miesz­cza­ło się w żół­wim tem­pie set­ki kilo­me­trów będąc zda­nym na łaskę kon­duk­to­rów, mniej lub bar­dziej życz­li­wych współ­pa­sa­że­rów no i oczy­wi­ście naj­waż­niej­szych w tym towa­rzy­stwie – maszy­ni­stów. To w koń­cu oni pro­wa­dzi­li loko­mo­ty­wy, te sta­lo­we ruma­ki cią­gną­ce za sobą nie­prze­bra­ne ilo­ści wago­nów. Któż nie pamię­ta wier­szy­ka Tuwi­ma w któ­rym zawar­ta była cała magia tej nie­zwy­kłej maszy­ny. Spe­cy­ficz­ny zapach spa­la­ne­go węgla, bucha­ją­cej pary i naj­roz­ma­it­szych sma­rów do dzi­siaj towa­rzy­szy tym wspo­mnie­niom. Do tego wszyst­kie­go dobu­do­wa­na była legen­da przed­wo­jen­nych kolei, któ­re podob­no nie zna­ły poję­cia spóź­nień, a według przy­jeż­dża­ją­cych pocią­gów regu­lo­wa­no ponoć zegar­ki. Dzi­siej­sze poko­le­nie super szyb­kich Pen­do­li­no i im podob­nych nie ma o tym zie­lo­ne­go poję­cia i natu­ral­nie nie musi mieć, bo to zamierz­chłe cza­sy i one nigdy już nie powrócą.

        Tym, któ­rzy chcą zer­k­nąć „jak to drze­wiej bywa­ło” pole­cam dwie rze­czy: wyciecz­kę do nie­od­le­głe­go Tot­ten­ham gdzie moż­na odbyć prze­jażdż­kę w wago­nie cią­gnię­tym przez paro­wą loko­mo­ty­wę, albo obej­rze­nie fil­mu Andrze­ja Mun­ka „Czło­wiek na torze”, o któ­rym będę teraz pisał.         Ten fabu­lar­ny debiut reży­se­ra miał miej­sce w 1956 roku i jak wie­lu sądzi był pierw­szym fil­mem tak zwa­nej „szko­ły pol­skiej” — bez­sprzecz­nie naj­lep­sze­go okre­su w histo­rii naszej kine­ma­to­gra­fii. Munk wzbo­ga­cił póź­niej swój doro­bek o kil­ka innych wspa­nia­łych fil­mów z któ­rych nale­ża­ło­by wymie­nić „Ero­icę”, „Zezo­wa­te szczę­ście” i nie­do­koń­czo­ną „Pasa­żer­kę”. Tra­gicz­na śmierć reży­se­ra w 1961 roku prze­rwa­ła tę obie­cu­ją­cą karie­rę, któ­ra — kto wie — czy nie była na mia­rę innych gigan­tów rodzi­me­go kina jak cho­ciaż­by Waj­dy czy Hasa.

        To, że „Czło­wiek na torze” wszedł w ogó­le na ekra­ny trze­ba by przy­pi­sać na kon­to posta­li­now­skiej odwil­ży jaka na krót­ko zapa­no­wa­ła w PRL‑u. Dys­po­nen­tów od kul­tu­ry, a zwłasz­cza X‑Muzy musia­ła prze­cież draż­nić posta­wa przed­wo­jen­ne­go maszy­ni­sty Wła­dy­sła­wa Orze­chow­skie­go, któ­re­go etos pra­cy zupeł­nie nie przy­sta­wał do tego co chcia­ła komu­ni­stycz­na wła­dza. Orze­chow­ski, zna­ko­mi­ty przed­wo­jen­ny facho­wiec nie mógł się zgo­dzić z zale­ce­nia­mi prze­ło­żo­nych, by kosz­tem ludzi podró­żu­ją­cych w pro­wa­dzo­nych przez nie­go pocią­gach oszczę­dzać na węglu (oczy­wi­ście naj­niż­szej jako­ści) lub spraw­no­ści maszyn. Jego posta­wa, choć naj­bar­dziej słusz­na, nie­po­mier­nie wku­rza­ła pro­mi­nen­tów kolei. Munk pro­wa­dzi nar­ra­cję swo­je­go fil­mu w kon­wen­cji kry­mi­na­łu: Orze­chow­ski ginie pod koła­mi pocią­gu i teraz pozo­sta­je wyja­śnić dla­cze­go.  Nie jest to takie pro­ste bowiem pro­wa­dzą­cy śledz­two mają do zba­da­nia co naj­mniej czte­ry róż­ne wer­sje, z któ­rych tyl­ko jed­na jest praw­dzi­wa. Wie­lu kry­ty­ków doszu­ki­wa­ło się w tej kon­struk­cji podo­bieństw do arcy­dzie­ła japoń­skie­go reży­se­ra Aki­ro Kuro­sa­wy „Rasho­mon” i nawet jeśli film Mun­ka odsta­je  nie­co od tego for­ma­tu to prze­cież musiał budzić w onych cza­sach zachwyt.

reklama

        Cie­ka­wa jest tutaj kon­fron­ta­cja pro­fe­sjo­na­li­zmu maszy­ni­sty z tym co pre­zen­tu­je dróż­nik Sała­ta. Obaj są jak­by z róż­nych świa­tów zupeł­nie nie przy­sta­ją­cych do sie­bie, co w jakimś sen­sie jest ale­go­rią tam­tych cza­sów, albo raczej cza­sów któ­re dopie­ro mają nastą­pić. Rolę Orze­chow­skie­go zagrał już wte­dy nestor pol­skich akto­rów Kazi­mierz Opa­liń­ski. To praw­dzi­wy maj­stersz­tyk tego arty­sty, bez prze­sa­dy zasłu­gu­ją­cy na Osca­ra (gdy­by tyl­ko Pol­ska bra­ła wte­dy udział w wyści­gu po te sta­tu­et­ki). Dla lep­sze­go zro­zu­mie­nia tej roli zna­ko­mi­ty aktor spę­dził podob­no mnó­stwo cza­su jeż­dżąc na loko­mo­ty­wach. Ter­mi­nu­ją­cym u nie­go mecha­ni­kiem i zara­zem opo­nen­tem sta­rej szko­ły jest w fil­mie Zyg­munt List­kie­wicz (jako cie­ka­wost­ka: ojciec przy­szłe­go pre­ze­sa PZPN) zaś pala­czem, czy­li tym któ­ry dorzu­ca węgiel do pie­ca – Roman Kłosowski.

        Jed­nym ze zna­mion war­to­ści fil­mo­we­go dzie­ła jest to, że jest ono ponad­cza­so­we, nie­prze­mi­ja­ją­ce i i takim jest wła­śnie dzie­ło Andrze­ja Mun­ka, bo choć daw­no już nie ma paro­wo­zów, igno­ran­cja i ciem­no­ta są nie­ste­ty cią­gle wszechobecne.

Janusz Pie­trus

Link do filmu:

https://www.youtube.com watch?v=eharqmSU1vQ