Premier Quebecu Francois Legault został oskarżony o kupowanie głosów po tym, jak obiecał wysłanie czeków do wszystkich mieszkańców prowincji pod warunkiem, że zostanie wybrany na druga kadencję. Na początku roku rząd Legaulta podarował czeki na kwotę 500 dol. wszystkim dorosłym mieszkańcom Quebecu zarabiającym mniej niż 100 000 dol. rocznie. Celem akcji miało być łagodzenie skutków inflacji. Wydatek ten był przewidziany w budżecie.

Wybory w Quebecu odbędą się w październiku. Już pierwsza odsłona akcji z czekami była uważana za przekupywanie wyborców. Złożona w minionym tygodniu obietnica wysyłania kolejnych stała się podstawą do kolejnych oskarżeń.

Lider Konserwatywnej Partii Quebecu, Eric Duhaime, stwierdził, że gdyby premier rzeczywiście chciał pomóc obywatelom w radzeniu sobie z inflacją, zlikwidowałby akcyzę na paliwo i obniżył podatki. Legault woli jednak obiecać 500 dol. za oddanie głosu na jego partię. To po prostu nieprzyzwoite i niegodne premiera, podsumował Duhaime.

Poseł Parti Québécois, Pascal Bérubé, powiedział, że z czymś takim jeszcze się w swojej karierze politycznej nie spotkał.

Prowincyjnas minister skarbu, Sonia LeBel, broniła obietnicy premiera i twierdziła, że Coalition Avenir Québec (CAQ) nie kupuje głosów. Według niej rząd jest odpowiedzialny i realizuje swoją strategię przeciwdziałania sytuacji, która dotyka mieszkańców prowincji. Czeki mają być lekiem na rosnące koszty utrzymania i obywatele mogą wydać te pieniądze tak, jak im najlepiej pasuje.

Wykładowca ekonomii z Concordia University, Moshe Lander tłumaczy, że jeśli czeki rzeczywiście mają służyć zmniejszeniu odczucia inflacji, to niestety ale przyniosą efekt odwrotny. Osoby, które dostaną pieniądze, raczej ich nie zaoszczędzą, tylko czy prędzej pójdą na zakupy, żeby je wydać. A gospodarka i tak jest rozgrzana, już mamy trudności z zapewnieniem dostaw i zaopatrzeniem sklepów.