Ukraińcy robią się nerwowi, ofensywa, która miała ruszyć na wiosnę, słabo się materializuje, a to za sprawą coraz bardziej oczywistej relacji sił. Rosjanie przestawili produkcję na wojskową, mają dostęp do amunicji, a po drugiej stronie jest gorzej, nawet jeśli uwzględnić potencjał NATO. Sojusz od ładnych kilkudziesięciu lat odcinał kupony od pokoju i zaniedbywał zbrojenia. Nawet w Stanach Zjednoczonych pomimo całej supernowoczesnej machiny kompleksu zbrojeniowego brak jest mocy przerobowych do szybkiego wzrostu produkcji.

Na Ukrainie  wykrwawiają się tymczasem najbardziej patriotyczni Ukraińcy, ci właśnie,  których oskarża się o nacjonalistyczne przypadłości. Pozostali zagłosowali nogami i znajdują się w bezpiecznej odległości od frontu, w Polsce, w innych krajach europejskich, jak również tutaj, w Kanadzie, gdzie całkiem sprawnych ukraińskich mężczyzn nie brakuje. Ukraińcy robią się więc nerwowi i zaczynają szukać winnych, bo rozejm może być gorzki.  Mikhailo Podolyak wskazał niedawno na Stany Zjednoczone i ich kunktatorstwo. Wszak USA gwarantowały Ukrainie granice…

Ukraińcy coraz częściej zadają sobie pytanie o co się biją. Wielu odpowiada; że o swoją ziemię, problem w tym, że globalistyczna elita, która ukraińskich patriotów zagrzewa do walki, „ziemi” nie traktuje  „narodowo czy plemiennie”, lecz „korporacyjnie”; również tę na Ukrainie, gdzie megakorporacje już dzisiaj mają całkiem sporo, a prezydent Zełęski gotów sprzedać więcej zapraszając szerokim gestem BlackRock czy Vanguard do „inwestowania”.
Wychodzi na to, że narracja, którą  jeszcze nie tak dawno przypisywano „ruskim onucom” jest niestety prawdziwa; Ukraina stoi w obliczu rozejmu, a to prawdopodobnie będzie oznaczało podział jej dotychczasowego terytorium.

Czy rozwiązaniem będzie jakiś polsko-ukraiński twór federacyjny, powiedzmy z Ukrainą do Kijowa, a może ze stolicą we Lwowie? To zależy od tego jak armia rosyjska będzie sobie radzić.

Na razie radzi sobie tak sobie, ale jak przyznają wszyscy dookoła, bardzo szybko się uczy; biorąc zaś pod uwagę głębię strategiczną Federacji Rosyjskiej, jej „zdolności sojusznicze” z wieloma państwami świata, fakt że sankcje w żaden sposób nie wykończyły gospodarki Rosji, a wręcz przeciwnie, oraz to, że zmęczenie wojną bardzo wyraźnie na Ukrainie widać, no to może się okazać, że armia rosyjska chętna jest posuwać się dalej na zachód. Może nie „na Warszawę”, jak straszy sztandarowy buldog Kremla, były prezydent Miedwiediew, no ale  powiedzmy do połowy obecnego terytorium. I co wtedy?

Czy Warszawa jest gotowa na taki wariant? Mądra polityka nie powinna palić mostów, a pozostawiać furtki do negocjacji, tymczasem Warszawa gra do jednej bramki i prawdopodobnie, jak wiele razy w nowoczesnej historii,  będzie musiała zaakceptować to, co zostanie ustalone ponad jej głowami.  Mamy jakiś mankament mentalny w myśleniu o sobie. Nie wiem może idzie to aż od czasów pani Walewskiej, która dała Napoleonowi za darmo, bo i tak trzeba było spłacać  sumy bajońskie…

Nie wiem czy to szlachecką deklasacją i spsieniem można tłumaczyć to nadskakiwanie i wiszenie u klamki?

Ostatnie spory z Ukrainą wokół żywności też sporo obnażają, bo Warszawa bohatersko padła po trzech dniach embarga na przywóz żywności zza wschodniej granicy. A i tak wywołało to pomruki niezadowolenia w Kijowie.

Z przykrością można jedynie skonstatować, że ukraińscy politycy są wiele bardziej asertywnymi dużymi misiami, jeśli chodzi o uprawianie polityki państwowej. Polskim elitom po prostu ktoś przetrącił kręgosłup i do tej pory jedynie nielicznym udało się go wyprostować.

Tak czy inaczej, wiadomo że my Polacy z Ukraińcami musimy jakoś żyć, podobnie jak z Rosjanami, Czechami, Białorusinami. I powinniśmy mieć własną dalekosiężną wizję ułożenia tych stosunków; wizję która najlepiej, jak tylko to możliwe zabezpiecza polski interes narodowy.

No, powinniśmy, ale nie mamy.
Andrzej Kumor