Tak się stało, że niedomogłam. No cóż, każdemu coś tam od czasu do czasu nawali. Nic poważnego. Nie muszę uciekać od łopaty, ale czeka mnie cała seria diagnostyczno-lecznicza. No i nie czuję się za dobrze. A jak akurat mam atak to czuję się bardzo źle. Na całe szczęście ataki są w miarę rzadkie i z reguły nie trwają dłużej niż kilka godzin. Jednak są bolesne jak diabli. Więc całe moje plany letnie zostały zawieszone, bo przecież nigdy nie wiem, kiedy i gdzie mnie złapie. Próbuję jak mogę być pozytywna, zgodnie z zasadą, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Siedzę letnią porą w domu i sprzątam. Z reguły generalne sprzątanie, tak zwane po kątach, zostawiam na po-biesiadzie z indykiem, czyli na drugą połowę października. No, ale cóż robić? Trzeba się dostosować, bo to przecież niewielkie poświęcenie. Na całe szczęście coś mnie tknęło, i nie zarezerwowałam żadnego większego i płatnego wyjazdu. Miałam lecieć do Polski, ale zdecydowałam, że polecę dopiero na Wszystkich Świętych. Mam nadzieję, że do tego czasu się wykaraskam i że wojna się nie rozszerzy na Polskę i NATO.

        Ale, tak jak powiedziałam, moje zdrowie jest sprawą do naprawienia. Co prawda wizytę w specjalistycznej klinice mam dopiero na początku września, ale to znaczy, że jeszcze nie umieram, bo gdyby na podstawie dotychczasowych badań było bardzo źle, to zapewne znalazłoby się miejsce wcześniej, albo by mnie po prostu zostawiono w szpitalu. Jedna z moich córek (w zawodach medycznych) pociesza mnie, że to dobry znak, jeśli nie jestem na górze przypadków ostrych i najgroźniejszych. Sami więc widzicie, że staram się podejść do całej sprawy pozytywnie. No cóż, od czasu do czasu coś nam może dolegać.

        Jakoś tak wieść o mojej chorobie rozniosła się lotem błyskawicy.  Telefonom i współczuciu nie ma końca. I to jest miłe. Co było mniej miłe, to przymus wysłuchiwania szczegółów podobnych przypadłości u telefonujących, ich rodziny, a nawet znajomych. Jedna pani mi opowiedziała swoją historię sprzed pół wieku ze szczegółowymi detalami objawów, lekarstw, wizyt u lekarzy i w szpitalu. Jednym słowem wszystko w najdrobniejszych szczegółach od Lenino do Berlino – jak mawiał mój dobry znajomy o takich ludziach i ich szczegółowych opowieściach. W tej opowieści jedyną pozytywną rzeczą był PRL-owski antybiotyk biseptol. Miałam współspaczkę w akademiku, z ksywką biseptol. Wtedy nie wiedziałam co to znaczy, teraz się dowiedziałam. Ta współspaczka ciągle była chora, i ciągle się leczyła – zapewne biseptolem.  Po kilku podobnych telefonach przygotowałam się: zawsze przy telefonie stoi kubek z wodą do popicia, gdyby opowieść się przedłużała, a przedłużała się prawie zawsze jak schodzi na podobną chorobę tego kogoś, albo kogoś z rodziny, lub znajomego. Tym sposobem uzbierałam już ponad dwa tuziny dokładnych opowieści czyichś chorób podobnych do mojej. Na dodatek każda z długich opowieści kończyła się zaleceniem co robić. Oczywiście tego co ja mam robić, bo to pomogło komuś tam, dawno temu. Z reguły już jestem tak zmęczona wysłuchiwaniem o czyichś chorobach, że nie potrafię się bronić, że jestem pod opieką najlepszych na świecie lekarzy specjalistów, w kraju gdzie opieka medyczna jest niezła – nie doskonała, ale między niczym i doskonałością jest ‘good enough’. Przynajmniej tak wierzę, bo to mi pomaga. Porównajcie to sobie do opieki medycznej w innych krajach – oczywiście nie tej płatnej opieki. I tylko pod nosem potwierdzam, że dziękuję za rady i spróbuję. Ale gdzie tam! Nie spróbuję i już. Co mnie to każdy przez telefon będzie leczył? A jak zapytają, czy zastosowałam zalecaną kurację, która pomogła im samym, członkom ich rodziny, lub znajomym, to powiem, że tak. Nie będę się spierać, przecież robią to w dobrej wierze. Szkoda, tylko, że są mało zainteresowani moją chorobą. Ale jak powiedziałam, z powodu choroby mam trochę więcej czasu wolnego, to w ramach pomocy bliźniemu mogę wysłuchać długich wywodów o ich chorobach. Przynajmniej mają komu opowiedzieć.

MichalinkaToronto@gmail.com
Toronto, 22 lipca, 2023