Oryginalność dzieła zależy czasami od tego, czego jego autor nie umie robić.
Istnieje twórcza impotencja.
Nicolas Gomes Davila
Scholia do tekstu implicite

Poranny spacer koło wpół do szóstej przebiegał w dość jasnej jak na tę porę szarości, niechybnym znaku nadchodzącej wiosny. Zmatowiała szyba mojego auta świadczyła o nocnym mrozie, który teraz, wczesnym rankiem, jednak ustępował, podobnie jak ustępowały podmuchy sporego cyklonu, który znad Atlantyku i Morza Północnego ściągnął wczoraj i do nas. Teraz jedynie pojedyncze powiewy mrucząco-szumiącego wietrzyska gdzieś z oddali dochodziły do nas jak niespokojny oddech śpiącego bezkresu – apeironu – Jończyków. Nieco na lewo od nas, w górze, na szaro-czarniawe niebo wspinało się kilka wron, pomagając sobie w tym trudzie krakaniem. Poleciały w stronę wąskiego lasku na krańcu naszej uliczki, gdzie onegdaj w wielkich letnich skwarach chodziliśmy z sukami szukać błogosławionego, życiodajnego cienia.
Przy skwerku sąsiedzkim, na ostrolistnych niby-palmach a niby kaktusach, i na trawie przy nich, bieliły się mizerne resztki śniegu, który jeszcze parę dni temu zdobił lukrowo całą okolicę, a zwłaszcza nasz z K. maleńki ogródek, splatając gejzerki traw kucykowych w białe wieńce warkoczy. Gdy wrony odleciały zapadła na chwilę cisza, w której na jabłonkę u sąsiadów, tych zazwyczaj kopcących z pieca niemiłosiernie zimą, przeleciała dziwnie milcząca długoogoniasta sroka. Pod nią za siatką biegał malutki sznaucerek, daremnie próbując zwrócić na siebie uwagę naszych suk.
Na fragmencie trawy pod naszymi choinkami wychodziły z ziemi – z dawna wyczekiwane – krokusy. Parka żółtych, ostrych niby małe pałasze, kwiatków – tworzyła nieduże V – jakby kochające się małżeństwo odsuwające się od siebie nawzajem w lekkim sporze, wypisz wymaluj my z K. wczoraj. Dalej rosła większa czeredka fiołkowych ruloników, stulonych na noc, ledwie widoczna w szarudze rannej pochmurnego dnia po sztormie na tle ciemnych igieł i ziemi, pod sosnami przywiezionymi już naście lat temu z Teściowego Osiecka.
Podobne im kwiatki wyrastały w ogródku Pani Żony, liczna sześcio- czy siedmio-kwietna grupka fiołkowych buławek krokusowych z pięknymi złotymi sercami, które pokazywały się, gdy kwiatuszki otwierały swoje maleńkie podługowate czarki w stronę życiodajnego słońca. Zwarta ich czeredka pilnowała się u stóp krawężnika pod wąskim oknem, tym przy sprzęcie grającym, na początku zakątka ogródka uprawianym kiedyś przez Córcię Żabcię. Dalej wciąż rozwierały swoje wielopalczaste kwiatki małe iryski barwy fiołkowo-purpurowej z malutkimi białymi hieroglifami na krańcach wąziutkich płatków, przywodzącymi mi na myśl okulary, wypalone ponoć przez hinduskiego Brahmę na kapturach królewskich kobr. Irysy te rosły nieco bezładnie porozrzucane po całym zakątku ogródka, nieco dalej od okna mieszając się z małymi, perełkowatymi dzbanuszkami bielutkich przebiśniegów.
Inna natomiast grupka fiołkowych krokusików rosła przy zwartej kępce przebiśniegów pod naszą zieloną kosodrzewiną. Żółte krokusy wyrastały na rabatce mojej Ogrodniczki po lewej stronie od tarasu, podobnie jak przy uliczce, małą dwu- czy może trzy-kwiatową grupką. Później wychodzące z ziemi, nie miały jeszcze swojego dojrzałego krokusowego kształtu ni to berła, ni to podłużnej buławy hetmańskiej – teraz były zwinięte w ostry kształt jakby rycerskiej mizerykordii.
Popijałem niedzielną kawę kapucyńską z mlekiem z K.-owego nowego dwubarwnego  kubka, przy świecy z Monastiki z Matką Boską tulącą maleńkiego Jezuska, wyrzeźbioną przez siostry ze Wspólnot Jerozolimskich przy Łazienkowskiej. Słuchałem mszy Guillame’a Dufaya o bladej twarzy ukrzyżowanego Chrystusa na całunie Turyńskim – Missa Se la face ay pale. Rozpamiętywałem przy tym piątkową Drogę Krzyżową pod przewodem niezawodnego księdza Marcina w naszym Benedykcie, którą spajał motyw miłości Boga Syna do nas, winnych Jego kaźni i śmierci.
Szczególnie poruszył mnie moment spotkania niewiast Jerozolimskich, współczujących cierpieniu naszego Pana – i to, że samo takie współczucie nie jest jeszcze miłością, nie wystarcza by odpowiedzieć całym swoim sercem na boską najświętszą Ofiarę, składaną za nas, na nasze odkupienie przez Chrystusa – Bogu Ojcu. Samo współczucie nie wystarczy…
Podobnie poruszające dla mnie było współcierpienie Matki Bożej Bolesnej, która choć gotowa podzielić się  z Synem cierpieniami fizycznymi, tymczasem jednak uszanowuje boską misją Syna Boga i swojego, i tylko miłośnie i współczująco towarzyszy Synowi w Drodze na ofiarny ołtarz Krzyża. I współcierpi w sercu przebitym mieczem na widok męki jedynego Syna, zgodnie z proroctwem starca Symeona przy Ofiarowaniu. Ma to być i dla nas lekcją, że nie zawsze miłość oznacza usunięcie cierpienia najbliższych, że czasem owo cierpienie trzeba uszanować i przyjąć z łaski Opatrzności, i miłośnie towarzyszyć, wspierać, współczująco dzielić owo cierpienie jako drogę, jaką w ślad za naszym Zbawicielem i Jego Matką każdy z nas ma iść, oraz w swoim osobistym i pospólnym zarazem krzyżu naśladować.
Sama Droga Krzyżowa robiła dość wstrząsające wrażenie w ciemnościach zmierzchu w naszym oktagonalnym kościele, z niedużym światłem padającym na wysokie prostokątne ni to sgraffita, ni to płaskorzeźby, kolejnych stacji Drogi. Mimo nowoczesności formy były one w pewien pierwotny i bardzo ekspresyjny sposób stosowne, w tej ciemności, z której światło wydobywało głównie aureolę i zmarszczoną i zmienioną nie do poznania cierpieniem piękną twarz Naszego Pana, baranka Bożego, Boga wcielonego i przez nasze grzechy umęczonego w drodze na Kalwarię, a potem zamordowanego na Krzyżu zgodnie z bezbożnym wyrokiem na Niewinnym. Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…

AMDG