Minister Miller mówi, że Ottawa musi rozstrzygnąć, co jest „uprawnioną”, a co „nieuprawnioną” dyskusją w sieci.
Kanadyjski minister tożsamości i kultury Marc Miller oświadczył, że rząd federalny będzie musiał określić, co stanowi „uprawnioną, a co nieuprawnioną dyskusję” w internecie. Wypowiedź, złożona przy okazji prac nad ustawą o bezpieczeństwie mediów społecznościowych, natychmiast wywołała ostrzeżenia, że gabinet premiera Marka Carney’a zbliża się do granicy, za którą regulacja „szkodliwych treści” staje się narzędziem politycznej kontroli mowy.
Miller przyznał, że linia jest cienka. „Musi istnieć przestrzeń na dyskusję w internecie” — powiedział. „To, co stanowi uprawnioną i nieuprawnioną dyskusję, to bardzo cienka granica, co do której ludzie mają bardzo różne poglądy, szczególnie gdy chodzi o tak ważne sprawy jak wolność wypowiedzi”. Dodał, że rząd prowadził „długie debaty polityczne o tym, co powinno znaleźć się w ustawie, a co nie. To kompromis. W tym kraju istnieją rozsądne ograniczenia praw”.
Projekt ustawy C-34, formalnie Safe Social Media Act, został złożony 10 czerwca 2026 r. i wciąż czeka na drugie czytanie. Przewiduje utworzenie federalnej Komisji ds. Bezpieczeństwa Cyfrowego z uprawnieniami regulacyjnymi i egzekucyjnymi wobec platform. Grożą im kary do 10 mln dolarów albo 3 proc. globalnych przychodów.
Ustawa definiuje siedem kategorii „szkodliwych treści”: niekonsensualne treści intymne (w tym deepfake’i), materiały wykorzystywania seksualnego dzieci, treści nakłaniające dziecko do samookaleczenia, treści służące nękaniu dziecka, treści „podżegające do nienawiści”, treści podżegające do przemocy oraz treści terrorystyczne lub ekstremistyczne. Platformy mają obowiązek ograniczać ekspozycję użytkowników na te kategorie — m.in. przez ostrzeżenia, obniżanie zasięgu, blokady i zgłoszenia. Dwie najcięższe kategorie muszą być w Kanadzie niedostępne.
Osobno projekt wprowadza zakaz posiadania kont w określonych serwisach społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia oraz obowiązek weryfikacji lub szacowania wieku. Krytycy wskazują, że w praktyce może to oznaczać żądanie dokumentów tożsamości od dorosłych użytkowników.
Rząd uzasadnia projekt ochroną dzieci. Premier Carney mówił o ofiarach wykorzystywania seksualnego, cyberprzemocy i skrajnej przemocy w sieci oraz o „zanieczyszczeniu” internetu mizoginią, antysemityzmem, nienawiścią i teoriami spiskowymi, które „przelewają się przez nasze wirtualne granice ze Stanów Zjednoczonych”. Jesienią 2026 r. gabinet zapowiada przyspieszenie prac.
Problem, który wyłania się z wypowiedzi Millera, nie dotyczy wyłącznie oczywistych przestępstw. Chodzi o to, kto i według jakich kryteriów zdecyduje, gdzie kończy się legalna, choć ostra, debata, a zaczyna „nieuprawniona dyskusja”. Definicja treści „podżegających do nienawiści” odwołuje się do przesłanek dyskryminacji z kanadyjskiej ustawy o prawach człowieka i kontekstu wypowiedzi. To sformułowanie jest na tyle elastyczne, że — zdaniem oponentów — może objąć niepopularne, transgresyjne lub politycznie niewygodne poglądy.
Pytany, czy system będzie oparty na skargach, Miller odparł, że „może być”. Na pytanie o fora Reddit odpowiedział: „mogą zostać objęte, a mogą nie”. Nie umiał też jednoznacznie powiedzieć, czy regulacje dosięgną forów, na których pojawiają się treści związane z samobójstwem.
Profesor prawa z Uniwersytetu Ottawskiego Michael Geist nazwał podejście „wszystko naraz”: zamiast wąskiej ustawy o ochronie dzieci rząd spiął w jeden pakiet wiele kontrowersyjnych mechanizmów i pozostawił komisji nieostre kryteria. Christine Van Geyn z Canadian Constitution Foundation określiła projekt jako „skryty atak na konstytucyjnie chronioną wolność wypowiedzi”. Rząd — jej zdaniem — wie, że nie może wprost zakazać niepopularnej mowy, więc przenosi cenzurę na platformy, tworząc „chłód regulacyjny”: firmy, obawiając się kar, będą usuwać więcej, niż wymaga prawo.
Ustawa zawiera klauzulę, że środki platform nie mogą „nierozsądnie ani nieproporcjonalnie” ograniczać wypowiedzi, a komisja ma brać pod uwagę wolność ekspresji. Krytycy odpowiadają, że takie zastrzeżenia nie usuwają principium: to państwo — poprzez komisję, wytyczne i groźbę miliardowych kar — będzie w praktyce rysować granicę między dyskusją uprawnioną a nieuprawnioną.
Właśnie to zdanie Millera stało się sednem sporu. Nie „czy chronić dzieci”, tylko „kto zdecyduje, która rozmowa w sieci jest jeszcze legalna”.

































































