Jedziemy ulicami Scarborough. Róg Kingston i Manse Rd. Kilka dni temu stały tu jakieś rusztowania.
Teraz wiem dlaczego; skręcając w lewo trzeba ominąć nowe wysepki forsujące kierowcę do ostrzejszego skrętu. Podobne „prace drogowe” przeprowadzono na wjeździe z południa, ze Scarborough Golf Club Road na Kingston. Prawy pas ruchu nagle zamieniono na początek trasy rowerowej i samochody mają tylko jeden pas ruchu, zamiast dwóch po każdej stronie. Całość „modernizacji” Scarborough Golf Club Road, w ramach której zamknięto po jednym pasie ruchu z każdej strony trwała kilka lat i kosztowała nas 13 milionów.
To przykłady. Wszędzie obniża się prędkość np. z 40 na 30 km/ godz. Miasto nie kryje się z tymi rewelacyjnymi usprawnieniami. Wystarczy spojrzeć na oficjalne strony internetowe.
Idę na przedwyborcze spotkanie z Trustees. Podchodzę do jednego, który akurat ubiega się o reelekcję. No i mówię, że nie zgadzam się z tym co robią z ulicami, i że nie zgadzam się, że wydają na to moje pieniądze, mało tego utrudniają nam życie zamiast je ułatwiać! Pan odpowiada, że za jego kadencji dokonano z półtorej tysiąca usprawnień w lokalnym ruchu drogowym.
Ponowny wyjazd dostarcza nam dodatkowych emocji. Patrzymy na oferty „upgradów” ale ceny jak przy sprzedaży. Sprawdzamy codziennie, lecz nie ma zmian. Dopiero jakieś trzy dni przed odlotem zaczyna się ruch, ale nie w tę stronę co trzeba: ceny „upgradów” podskakują powyżej ceny zakupu. O co tu chodzi? Chat wyjaśnia, że w ten sposób linie lotnicze blokują przed wykupieniem miejsca, które mogą być zarezerwowane dla jakiejś grupy czy instytucji. Wychodzi też na to, że internetowa wizualizacja kabiny nie koniecznie musi odwzorowywać w każdej chwili stan rzeczywisty. Całość jest porządkowana dopiero przed rozpoczęciem odprawy „On-line”. Wtedy też pokazują się albo nie, pozostałe miejsca w klasie Biznes czy Premium w cenach zależnych od popytu. Na wszystko są indywidualne algorytmy, o których my, pasażerowie nie mamy większego pojęcia.
Tak się składa, że wylatujemy w dzień Thanksgiving, czyli 12 – go października, w dzień po spotkaniu rodzinnym. Samolot opóźniony o dwie godziny. To akurat jest pomocne, bo nasz hotel nie byłby chyba w stanie przygotować dla nas pokoju wczesną poranną porą, pomimo wcześniejszego maila i telefonu, kilka dni temu. Pokazujemy się przed południem i po kilkunastu minutach okazuje się, że jednak się da i mamy miejsce do mieszkania na kolejne dwa tygodnie.
Mój francuski szef musi stawiać czoła wielu zmianom na niwie prywatnej. Wszystko zaczęło się od tego, że żona zmieniła pracę; na lepszą i lepiej płatną, ale też z dalszym dojazdem – czyli wcześniejszymi wyjazdami i późniejszymi powrotami do domu. Na dodatek z częstymi wyjazdami na delegacje.
Graeme musi więc codziennie zaprowadzić czteroletnią „Princessę” do przedszkola i potem ją stamtąd odebrać. Często też czeka na żonę z obiadem. Ale to nic w porównaniu z najnowszym pomysłem małżonki, czyli „la femme de ménage”, co dla niewtajemniczonych tłumaczy się mniej więcej jako „pani do sprzątania.” Termin ten jest tu dość popularny z powodu filmu i serialu telewizyjnego, który leci od lat. Wychodzi na to, że Graeme mógłby dodać własny scenariusz.
Wprawdzie pomysł wyszedł od pracującej żony, ale egzekucja detali spoczęła na nim. Trzeba też dodać, że był on dość oburzony całym pomysłem, bo sprzątanie było i tak na jego liście rzeczy do zrobienia i wydawało mu się, że wywiązywał się z tego nie najgorzej. Teoretycznie powinno być łatwiej, mało tego, przeszli chyba pozytywnie okres próbny, polegający na tym, że właściciele robią nerwowo porządki zanim „la femme de ménage” pojawi się w mieszkaniu”. Sęk w tym, że pani domu nie chce zostawić tamtej pani samej w mieszkaniu, ustaliła więc, że małżonek, będzie raz w tygodniu, na trzy godziny przechodził na tryb pracy zdalnej, czyli będzie akurat w mieszkaniu, gdy owa kobieta zjawi się do pracy. Logistyka pozornie prosta, bo z biura do domu ma około kilometra, ale zawsze coś wypada. Właśnie kilka dni temu w środku okienka na sprzątanie wypadło spotkanie ze wspólnym szefem. Graeme poleciał do domu, za pół godziny był z powrotem na spotkaniu, a potem znowu pobiegł do domu pilnować sprzątaczki. Wychodząc powiedział „-Tylko nie mów nic Louise”
Ponieważ jesteśmy w hotelu dość długo, trzeba czasem coś wyprać. Nie ma tu stosownego serwisu, ale są pralki i suszarka Miele sprzężone z automatem do ściągania pieniędzy z karty kredytowej i to działa. Pani Basia zrobiła właśnie pranie, które czeka na włożenie do suszarki. Idę sprawdzić, bo wyznaczony czas minął. W suszarce światełko, ale nic się nie kręci, zaglądam, jest czyjeś pranie. Z korytarza pojawia się facet, pod T-shirtem widać, że nie marnuje czasu na siłowni. Podchodzi i ostrym głosem pyta, czy otwierałem suszarkę. Mówię, że sprawdzałem, czy była wolna. Facio się wścieka i w zasadzie krzyczy, żebym nie dotykał jego rzeczy. Całość konwersacji leci po angielsku. Tłumaczę, że sprawdzałem suszarkę, ale on swoje. Trzeba przyznać, że ja też jakby półprzytomny, bo brnę w tej rozmowie w ślepy zaułek.
Facet ma wielki czarny worek, aby zabrać te swoje rzeczy. Brzeg worka się zagina i widać, że przerzucanie skotłowanego prania do tego worka jest utrudnione. Wyciągam ręce i mówię, że mu pomogę, ale znowu dostaję zimny prysznic abym nie tykał jego rzeczy, bo on jest ze Stanów i jego własności nie wolno dotknąć bez pozwolenia. Bronię się, że jestem z Kanady, ale to oczywiście głupi pomysł i uświadamiam sobie, że z powodu podkoszulków jakiegoś faceta, mógłbym dostać po ryju. Na szczęście na tym się kończy.
Nie przestaję jednak żyć niebezpiecznie. Od dwóch miesięcy drzwi wejściowe do hotelu otwierają się automatycznie całą dobę, czyli też w nocy, czyli gdy na recepcji nie ma nikogo. Teoretycznie winda jest na kartę i ta blokada działa, ale na parterze też są pokoje i my właśnie w jednym z takich mieszkamy. Zresztą, na jednym z pięter drzwi ze schodów awaryjnych się nie domykają, więc można wleźć wszędzie. Na dodatek, drzwi do pomieszczenia na śmieci i pościel do prania są i tak kompletnie otwarte całą dobę.
Czyli bajzel, za to z czterema gwiazdkami. Trzyma nas tu basen z sauną, duże pokoje z aneksem kuchennym i bliskość Auchana.
Zagaduję o te drzwi obsługę i dodaję, że byłem tu dwa miesiące temu i nic się nie zmieniło? Okazuje się, że ktoś przeciął kabel na ulicy więc to grubsza naprawa i czeka. Pytam o dyrektorkę. No i po kilku dniach dyrektorka jest w okolicy. Pytam o drzwi! Pani odpowiada gładko, że są w naprawie. Dodaję, że to trwa od dwóch miesięcy i hotelowy system bezpieczeństwa przeciw potencjalnym intruzom jest fikcją. Zaprowadzam ją na drugie piętro pokazując zacinające się drzwi awaryjne. Pani dalej opowiada coś o drodze przeciwpożarowej, czyli o opuszczaniu hotelu w czasie potencjalnej awarii, np. pożaru. Ale ja mówię o złodziejach, którzy mogą tu się pojawić na kilka sposobów. W końcu macham rękami i kończę konwersację. Dyrektorka jest typową biznesową profesjonalistką. Ma odpowiedź na każde pytanie, to, że kompletnie nie na temat to już nie ma znaczenia.
Jednak wieczorem, gdy wracamy do hotelu, drzwi od śmietnika i bramka od ulicy są zamknięte. Główne wejście bez zmian; ale ten problem przypuszczalnie wymaga koordynacji z miastem i może odbywają się jakieś telefoniczne konsultacje i naprawa zostanie przyspieszona, choć poprzednie dwa miesiące to bardzo dużo czasu, a taka sprawa powinna być załatwiona w kilka dni.
Ciekawe czy dadzą mi tu pokój następnym razem?
My w Vélizy, kilkanaście kilometrów od Paryża a tam i w innych miastach Francji, od kilku tygodni rozgrywa się akcja, której końca czy skutków nie w sposób jeszcze przewidzieć. Ale jeśli ktoś myśli, że to tylko rozgniewani studenci, to jest w błędzie. Być może, tak było na początku, ale potem nastąpiło stopniowe przejęcie tego protestu. Pojawienie się w Saint Denis Grety Thunberg z chustką „arafatką” (kefiją) na szyi nie pozostawia wątpliwości, że chodzi nie tylko o stan francuskiego szkolnictwa. Włączyły się już związki zawodowe i inne grupy, w tym pewno pospolici chuligani. Świadczą o tym wybite szyby sklepów i obrabowane ich wnętrza. Greta świetnie wybrała miejsce, bo Saint Denis to dzielnica zamieszkiwana w dużej mierze (30%) przez imigrantów. Mówi się o 135 narodowościach choć w dużej mierze to społeczności pochodzenia północno afrykańskiego, nawet już w trzecim pokoleniu.
W niedzielę rano (18 października), dzień po sobotniej fali rozruchów, idziemy z metra na Madeleine, do polskiego kościoła przy Saint-Honoré. Naprzeciw magazynu Decathlon ekipa wkłada nowe okna sklepowe, jakieś 2 na 3 metry, w miejsce tych wybitych wczoraj. Przed hotelami, rozwalone wielkie donice w których często hodują tu oliwki czy bukszpany. Sklep Celine obok przeżył bez szwanku, ale zawczasu usunięto z półek wszystkie produkty.
A we Francji blisko wyborów. W czasie paryskich demonstracji odnotowano już obecność Jean-Luca Mélenchona i innych przedstawicieli raczej mocno lewicowej partii LFI (La France Insoumise – Francja Nieujarzmiona). Widać więc, że ugrupowania wszelakiej maści próbują upiec kawałek własnej pieczeni na tym roznieconym ogniu. Podobnie, jest w innych miejscach. Przecież włoska premier, Pani Meloni, po zamieszkach w Mediolanie stwierdziła, że około połowa zatrzymanych jest „obcego pochodzenia”.
No a Polska”? W październiku miały miejsce dwa napady w polskich szkołach. W powiecie wyszkowskim, zginęła jedna osoba. W Ostrołęce uczeń zaatakował kilka osób maczetą, miał też w plecaku jakiś ładunek wybuchowy.
Nie wiem czy to może być powiązane z Francją czy to np. efekt gier komputerowych. Potem jeszcze w sieci mówiło się o „wywożeniu dzieci ze szkół”. To są mniej więcej fakty. Czy ktoś próbuje wyprowadzić młodych z Europy a ulice? W tym i w Polsce?  Moje pokolenie pamięta rok 68. Młodzież, z natury rzeczy skłonna do buntu w tym okresie życia, będzie zawsze potencjalnym celem specjalistów od rewolucji.
Jedną wspólną cechą rozruchów w Europie zachodniej jest też duży procent osób napływowych. W Polsce to nie ma miejsca. Jeszcze, ale wiemy, że fachowcy od imigrantów dwoją się i troją, aby te proporcje zmienić, co właśnie uczyniłoby społeczeństwo dużo bardziej podatnym na stany zapalne. Skonsolidowane rodziny wielopokoleniowe, kościół, stabilność zamieszkania; wszystko to czyni społeczność mniej podatną na uczestniczenie w rozróbie. Zauważmy, że nawet zastrzyk kilku milionów uchodźców z Ukrainy, jak na razie nie rozregulował społeczeństwa, choć wielu mówi o zagrożeniach. Oby się to nie zmieniło.
Historia pokazuje, że lewicowym rządom rozruchy są często na rękę, bo daje to podstawę do wprowadzenia ustaw graniczących ze stanem wyjątkowym. O dziwo, takie przepisy pasują też rządom podającym się za prawicowe, bo pozornie lewackie obostrzenia im także nie przeszkadzają.
No i już wiemy, że Tusk chce nam napisać najnowszą historię.
Leszek Dacko
PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU