„Sto tysięcy tancerek rzeźbionych, jak bóstwa, zdeptało twoje serce i jego złą pychę” – napisała w poemacie „Paryż” Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. To dramatyczne wyznanie, bo zdeptane serce, to żadna przyjemność – ale taka widocznie jest cena zdeptania jego „złej pychy”. Zdeptanie „złej pychy”, mimo bolesnego charakteru operacji, ma walor uzdrawiający, podobnie, jak lekarstwo o bardzo gorzkim smaku – ale skuteczne.
A właśnie ten fragment przyszedł mi do głowy po obejrzeniu laboratoriów Uniwersytetu w Chicago, w którym pracuje nad doktoratem nasza młodsza córka. To ona nas po nim oprowadzała, pokazując rozmaite urządzenia, których przeznaczenia ani byśmy się domyślali – jak to profani. Tymczasem tam właśnie zgłębia się tajemnice życia, obserwując przez elektronowe mikroskopy w trzech wymiarach żywe komórki w działaniu. Co innego jest słyszeć o tym, a co innego – to zobaczyć. Taki widok uczy pokory, podobnie jak „sto tysięcy tancerek rzeźbionych jak bóstwa” wywołał wstrząs w umyśle subtelnej poetki. A na trawniku na tyłach gmachu – posąg Hipokratesa, pokazujący, że z tej perspektywy ocean czasu dzielący jego epokę od epoki współczesnej, nie ma żadnego znaczenia, że mamy do czynienia z ciągłością, która sprawia, że jeśli rozejrzymy się po obszarze jakieś szczytowego osiągnięcia, to przy uważnej obserwacji zauważymy tam strzałę grecką, a jeśli rozejrzymy się jeszcze dokładniej, to obok strzały greckiej zauważymy też strzałę chińską.
Następnego dnia byliśmy w innej części Uniwersytetu i oglądaliśmy inne laboratoria. Budynki tej części uniwersytetu stylizowane są na średniowieczne, niektóre obrośnięte dzikim winem. Wokół trawniki, na których z rzadka rosną dęby, a między nimi w jesiennym słońcu wylegują się na trawie studenci, słowem – sielanka. Tymczasem właśnie w takich miejscach powstają rzeczy, o których poeta pisze ze zgrozą: „owe cyfry niewinne, wykresy, równania, od tajnych słów Kabały stały się straszliwsze”. Czy nie w takiej właśnie scenerii zrodziło się „straszliwe E równa się M razy C do drugiej potęgi”? To na tej właśnie podstawie amerykański prezydent Truman mógł powiedzieć, że przeciwko Japonii „użyliśmy energii z której korzysta Słońce”. Może nie do końca było to ścisłe, bo bomba wodorowa, operująca energią fuzji, „z której korzysta Słońce” powstała trochę później – ale i wtedy wykorzystana została jedna z podstawowych energii Wszechświata. Co tu dużo gadać, to właśnie w takich miejscach, a nie na hałaśliwych targowiskach próżności politycznej i wszelkiej innej, decyduje się przyszłość świata, chociaż ci, którzy ją kształtują, wyglądają nader skromnie, więc przeważnie nie budzą nawet specjalnego zainteresowania, nie mówiąc już o podziwie. A jednak to właśnie o nich pisze w III części „Dziadów” Adam Mickiewicz: „Lecz te, co jutro rykną, czym są dzisiaj gromy? Iskrą tylko!”
Ta lekcja pokory przyszła w samą porę, bo tuż przed wylotem z Warszawy do Chicago przyjaciel odwożący nas na lotnisko powiedział mi, że niektórzy politycy Volksdeutsche Partei otwartym tekstem nawołują do wprowadzenia stanu wojennego pod pretekstem ruskich prowokacji. Tak właśnie myślałem, że po spektakularnym rozgromieniu Rosji przez Księcia-Małżonka, który podczas wizyty na Ukrainie zrobił minę tak straszną, że podobno Putin na ten widok struchlał, odstąpił od planów zaatakowania państw NATO, nawet w postaci mocarstw bałtyckich i tylko zamierza doskonalić się w prowokacjach.
I oto jedna z nich, o której pani Krystyna Kurczab-Redlich, w swoim czasie podejrzewana o tajną współpracę z bezpieczniakami, pisze, że jest „skandaliczna”. Rzeczywiście, w przypadku realizacji może ona wpędzić w niezłą konsternację nie tylko unisono beczące stado autorytetów moralnych, ale i rzesze mikrocefali, czerpiących swoją intelektualną zupę z kuchni Judenratu.
Chodzi o pomysł, by ruskie rafinerie ropy oraz koncern Łukoil sprzedać amerykańskim biznesmenom. Podobno rozmowy w tej sprawie stoczą się „od miesięcy” – podobnie jak „od miesięcy” Ukraina za pomocą swoich ponaddźwiękowych dzid te rafinerie niszczy i pali – a podejrzliwcy powiadają, że według wskazań amerykańskiego wywiadu. W rezultacie cena wywoławcza tych rafinerii może być znacznie niższa, niż gdyby żadna z nich nie była zniszczona – a i zimny ruski czekista mógł dojść do wniosku, że to i tak będzie korzystniej, niż ponosić koszty obrony tych wszystkich rafinerii.
Tymczasem gdyby ruskie rafinerie z dnia na dzień stały się rafineriami amerykańskimi, to prezydent Zełeński na samą myśl o obrzuceniu ich ponaddźwiękowymi dzidami splamiłby mundur, to znaczy – oczywiście nie żaden „mundur”, bo prezydent Zełeński jako „cywił” (cywił ci ja, cywił”) munduru nie nosi, tylko specjalne wdzianko paramilitarne, więc gdyby już miał coś splamić, to właśnie to. Mniejsza zresztą o niego, bo przecież nie musi niczego plamić, jeśli dopuściłby do głosu tak zwaną świadomą dyscyplinę, to znaczy powstrzymał się przed jakimikolwiek agresywnymi krokami przeciwko rus – to znaczy – już nie żadnym „ruskim”, tylko amerykańskim rafineriom na terenie Rosji.
Żeby zmniejszyć dolegliwości dla świata z powodu wojny ze złowrogim Iranem, rafinerie te musiałyby pracować pełną parą, eksportując benzyny i olej napędowy gdzie się tylko da – w tym również do naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie jak do Niemiec – być może nawet z użyciem wysadzonych w swoim czasie w powietrze gazociągów Nord Stream?
Tak by musiało być – ale co w tej sytuacji miałoby zrobić wspomniane stado autorytetów moralnych? Z jakiego klucza beczeć, z jakiego ćwierkać? Nie ma rady, tylko pan red. Michnik musiałby znowu udać się doi Klubu Wałdajskiego, korzystać tam z gościnności zimnego ruskiego czekisty Putina – ale wtedy chyba nie wypadałoby mu wymyślać. Najwyraźniej to samo ma na myśli pani red. Krystyna Kurczab-Redlich, bo rzeczywiście – perspektywa połykania własnego języka nikomu nie jest miła – ale czego się nie robi dla Polski? Zanim jednak nie padnie salwa, można sobie ponarzekać, że „skandal” – i tak dalej – ale jaki to znowu „skandal”. Czyż militaryści nie nawołują od lat, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny? Nawołują – a jakże – ale przecież z wojny też trzeba umieć korzystać.
Tacy na przykład Anglicy zawsze starali się wojować za pośrednictwem jakichś askarisów – o ile udawało im się ich znaleźć – bo jak nie, to zwyczajnie nie wojowali, tylko się układali. Nasi Umiłowani Przywódcy z wojny korzystać chyba nie umieją – o czym świadczą wyliczenia Forum Ekonomicznego w Karpaczu, na którym doliczono się 500 miliardów złotych – ale strat w latach 2022-2025 – tylko na wojnie na Ukrainie. No a co z wojną na Bliskim Wschodzie, która nie chce się zakończyć? Co tu ukrywać, dobrze to nie wygląda.
Stanisław Michalkiewicz


































































