W Hiszpanii też może być czasem trochę chłodniej. Dotychczas załączaliśmy kaloryfery pod koniec grudnia i na początku stycznia. Powód był prosty; akurat wtedy bywaliśmy w Salou. W lutym nie jest dużo cieplej i mieszkaniu i nam pomogłoby lekkie dogrzewanie. Sęk w tym, że obwód grzewczy piecyka gazowego nie działa. Wiemy to już od jakiegoś czasu i nie dziwota. Jak coś załącza się raz na kilka lat to trudno się spodziewać, że nie pojawią się kłopoty. Pompa niby się włącza, ale po kilku sekundach staje.
Kiedyś zaistniał podobny problem, ale widziałem jak mechanik firmowy odkręcił nieco śrubę odpowietrzającą, polało się trochę wody i pompa ruszyła. Nauka kosztowała 50 Euro. Rok czy dwa później skorzystałem z tej wiedzy i udało mi się samemu uruchomić ogrzewanie.
Tym razem to nie zadziałało. Jeszcze poprzedniego lata próbowałem wymienić termostat, ale i to niczego nie zmieniło. Teraz mamy tu być przez cały luty i kawałek marca.
Mógłbym zadzwonić znowu do firmy macierzystej w Reus – kiedyś był tam nawet ktoś władający francuskim, ale nieoceniony Pan Robercik poleca nam jakiegoś znajomego mechanika.
No i po dwóch dniach przychodzi. Ponoć miał też komunikować się po francusku, ale to jest raczej abstrakt. Na szczęście obywa się bez zbędnych konwersacji, a te niezbędne są na poziomie języka migowego, i to wystarczy. Okazuje się, że jest jeszcze jeden sposób użycia śruby odpowietrzającej. Trzeba ją po prostu całkowicie wykręcić. Okazuje się też, że w obudowie wirnika pompy, za śrubą jest szczelina. Majster włożył w nią końcówkę śrubokręta i zaczął kręcić. Zrazu szło bardzo opornie, bo wirnik był zastały ze względu na brak użytkowania. Poleciało trochę brudnej wody z jakimś osadem, ale po chwili pompa zaczęła się obracać lżej i można ją było załączyć. Producent chyba przewidział takie sytuacje, bo wyposażył urządzenie w możliwość odblokowania pompy bez niepotrzebnej wymiany. Otrzymałem kolejną lekcję za kolejne 50 Euro.
***
Konfederacja i inne organizacje biją na alarm. Ministerstwo Oświaty (Chciałoby się powiedzieć – nierządu) konsekwentnie wprowadza edukację zdrowotną i ogłosiło, że będzie ona przedmiotem obowiązkowym od nowego roku szkolnego. Dokładniej, w klasach od IV do VIII szkoły podstawowej oraz przez dwa lata w szkołach ponadpodstawowych. O tym, czy przedmiot będzie realizowany w klasach I i II, II i III czy w klasach I i III szkoły ponadpodstawowej, decydować będzie dyrektor szkoły.
Problematyka zwana tu „zdrowiem seksualnym” została, pod wpływem presji protestów, wyjęta z programu obowiązkowego; czyli uczestniczenie w tej części nauczania pozostaje w gestii rodziców albo pełnoletniej młodzieży.
Krytycy twierdzą, że kompromis to pozorny, bo cały styl nauczania i materiałów są przesycone treściami o charakterze LGBT. Redaktor Piekielnik jest bardziej dosadny dodając, że nauczanie seksualne ociera się o prostytucję.
Poseł Skalik wyjaśnia, że Ministerstwo wydało szczegółowy podręcznik instruktażowy dla nauczycieli. Wstęp do podręcznika tłumaczy, że został on przygotowany przez ekspertów, więc nauczyciele nie powinni mieć żadnych wątpliwości podając wiedzę programową do wiadomości uczniów. Szczególnie dotyczy to najnowszych prawd objawionych, które zapewne mogą być nowością także dla większości grona pedagogicznego. Oto przytaczane przykłady z podręcznika: „Masturbacja to normalny sposób poznawania własnego ciała i regulowania napięcia.”
Współczesna nauka rzekomo udowodniła, że: „rozmaite orientacje seksualne i płciowe to coś normalnego i naturalnego. Płeć to subiektywne odczucie, to, z czym ktoś się identyfikuje. Transseksualizm i transpłciowość to naturalne elementy ludzkiego funkcjonowania. Tranzycja, czyli kastracja, amputacja piersi i faszerowanie się blokerami hormonalnymi to poprawa jakości życia i coś, co trzeba uszanować. Homoseksualizm to norma psychologiczna, jedna z naturalnych odmian ludzkiej seksualności.”
Ten podręcznik to w rzeczywistości instrukcja systemowej deprawacji polskich dzieci i niszczenia ich niewinności. Deprawatorzy doskonale wiedzą, co robią; sposobią następne pokolenie, albo zboczeńców albo ofiar.
Jedna z rzeczy, której się ta banda zboczeńców trochę boi to pozwy sądowe i wielkie odszkodowania. Najlepiej w Stanach, bo tam prawem rządzi w takich sytuacjach precedens. „Vatican News” z lutego podaje wiadomość, że „specjaliści medyczni” uznani zostali winnymi nieodwracalnych skutków operacyjnej tranzycji; zasądzono 2 miliony odszkodowania. Wyrok może ośmielić ofiary szeregu podobnych przypadków do wystąpienia na drogę sądową.
https://www.vaticannews.va/pl/swiat/news/2026-02/historyczny-wyrok-w-usa-milionowe-odszkodowanie-po-przerwanej-t.html
***
W podręczniku wykorzystany jest mechanizm mieszania treści fałszywych z innymi, niebudzącymi podejrzeń i wątpliwości. To temat sam w sobie.
Taką samą metodę stosują rząd i Unia proponując ustawy w których pomieszane są sprawy istotne z łajdackimi. Oprócz oszukiwania obywateli, jest to także pułapka na Prezydenta, który wetując niektóre z nich zmuszany jest do wylewania przysłowiowego dziecka z kąpielą, co stawia go automatycznie w złym świetle. Rząd może wówczas z łatwością pokazywać palcem i prawie udowadniać narodowi, że Prezydent działa na szkodę ich i Państwa.
Tak było też z ustawą o ochronie małoletnich przed dostępem do treści szkodliwych w Internecie. Przy okazji przemycono tu prawa pozwalające na inwigilację społeczeństwa. Po prezydenckim wecie w telewizji np. odbyła się cała kampania reklamowa przeciw Panu Nawrockiemu.
SAFE jest w istocie rzeczy skonstruowany podobnie. Ważna dla Państwa i obronności temat spętany jest stryczkiem na szyję narodu w postaci zbójeckiego finansowania i innych, związanych tym mechanizmów unijnej kontroli. Można w ten sposób manipulować społeczeństwem, któremu naświetla się głównie potrzebę samej modernizacji wyposażenia armii pomijając np. sprawę finansów.
W tym ostatnim temacie działa moim zdaniem jeszcze jeden czynnik, który jest skwapliwie wykorzystywany, a mianowicie, relatywnie niedostateczne obycie społeczeństwa z mechanizmami finansowymi takimi jak pożyczki, ich spłaty czy oprocentowanie. Twierdzę tak na własnym, niejako, przykładzie. Przyjeżdżając do Kanady mieliśmy o tym blade pojęcie. Jakiś tam kredyt na meble nie dawał wystarczającego obrazu. Dopiero biorąc kredyt na dom, na samochód itp., wchodziło się w temat. Owszem, „frankowicze” przypuszczalnie przerobili go, młodsze pokolenie już też, ale spora grupa starszych Polaków nie miała zbyt wiele okazji do spłacania pożyczek, a to nie pomaga w zrozumieniu takich tematów jak SAFE, a przynajmniej jego strony finansowej.
***
Dopiero po kilku dniach pobytu w mieszkaniu, wchodząc do łazienki spojrzałem na sufit. Farba na środku częściowo odlazła odsłaniając strop. Widać ślad po lekkim zalaniu, który zdążył już jednak podeschnąć. Idziemy do administracji, która na szczęście jest niedaleko. Mamy przecież ubezpieczenie. Próbują dzwonić na numer właściciela, ale bez skutku.
Idę piętro wyżej. Mieszkanie nad nami jest takie same i łazienka jest w tym samym miejscu. Otwiera młody człowiek. Potwierdza, że mieli jakąś awarię w łazience i że uszkodzenie już zostało usunięte. Przez uchylone drzwi wejściowe widzę ścianę łazienki z plackiem świeżego tynku na wysokości umywalki.
Młodzieniec przyniesie później aktualny numer telefonu właścicielki. Powiadamiamy też nasze ubezpieczenie i zaczyna się walka z czasem. Wiemy, kiedy wyjeżdżamy i do kiedy musimy się ze sprawą uporać. Inaczej zostanie albo nam na głowie, albo będziemy musieli korzystać z uprzejmości znajomych.
Ubezpieczenie chce wiedzieć, kiedy tamten problem zaistniał, bo tutaj generalną zasadą jest odczekanie dwóch tygodni po usunięciu usterki, aby dać czas na wyschnięcie.
W końcu zadzwonią wykonawcy, ale pierwszy termin będzie już po naszym wyjeździe. Tłumaczę, że wyjeżdżamy na dość długo. Facet pyta się – „na ile?”. Odpowiadam, że na dwa miesiące! Potem cisza w słuchawce; co, jak odpowie, że przyjdą później? Przecież nas nie będzie znacznie dłużej! Ale udaje się, przyjdą na naprawę dwa dni przed wyjazdem.
Przyjdą faktycznie, majster z pomocnikiem. Ten drugi, widać, że jest biedakiem z jakimś stopniem upośledzenia umysłowego, ale przecież to szczęście, że ma jednak jakąś pracę, bo inaczej to pewno nędza i ulica. Całość „remontu” nie trwa nawet godziny.
Zastanawiałem się już wcześniej, jak poradzą sobie z malowaniem, czy użyją jakichś piętnastominutowych gipsów? Ale majster rozwiewa moje wątpliwości – sufit musi wyschnąć, a najbliższy termin na malowanie to za tydzień. Negocjacje nie pomagają. W końcu ustalamy, że zadzwonimy pod wskazany numer jak będziemy tu znowu. I znowu operujemy czasem dwóch miesięcy.
Potem jednak podejmiemy decyzję; pomalujemy sufit sami. I znów Pan Robercik jest nieoceniony. Okazuje się, że w Salou jest jeszcze jeden sklep remontowy i większy od tego, który znamy na Via Roma. Idziemy po małą puszkę białej farby do sufitu łazienkowego i po inne drobiazgi; tu i ówdzie są jakieś szpary czy pęknięcia i wypada to wszystko poprawić. Na koniec damy znać ubezpieczeniu, że malowanie zrobiliśmy we własnym zakresie i że mogą całą sprawę zamknąć.
***
Ten pobyt jest też pod znakiem hiszpańskiej szynki, przynajmniej dla mnie. Sklep Mercadona ma na nie nawet osobną ladę. Większość czasu jest tam co najmniej jedna osoba, który cienko skrawa szynkowe płatki, z różnych odmian wędzonych nóg i pakuje w pakieciki kosztujące od kilku do kilkunastu Euro. Tutejsze szynki (jamón) klasyfikuje się głównie według rasy świń, diety i czasu dojrzewania. Najlepszą dietą są żołędzie. Najdłuższy czas dojrzewania to 36-48 miesięcy. Mięso jest wtedy ciemniejsze, a tłuszcz po prostu rozpływa się w ustach.
Ogólnie, szynka Serrano pochodzi od świń białych, jest łagodniejsza w smaku i tańsza. Najlepsza jest szynka Iberyjska (Jamón Ibérico), produkowana z rasy czarnych świń iberyjskich, karmionych żołędziami i wypasanych na pastwiskach. Wyróżnia się intensywnym smakiem i orzechowym aromatem. Jakość szynki poznaje się też po kolorze etykietek, no i po cenie. Najtańsze szynki mają etykiety białe, potem zielone i czerwone. Najdroższe mają etykiety w czarnym kolorze. Jeśli chodzi o szynkę, to jestem hiszpańskim patriotą.
***
Dochodzimy do wniosku, że luty i początek marca to nie są okresy wakacyjne, a pomimo częstej bytności tutaj jednak liczyliśmy podświadomie na słońce i ciepło, chodzenie wzdłuż plaży, czy lekkie ubiory. Tymczasem wieje. Okresami dość mocno, fale są wysokie i pada. Kilka pierwszych dni przywitało nas słońce i ciepłem, ale potem wpadliśmy w huśtawkę pogodową.
Z początkiem marca, stało się jeszcze jedno. Właściciele hoteli i lokali restauracyjnych wylegli na zewnątrz i nagle pojawiły się rusztowania budowlane, zaimprowizowane warsztaty stolarskie i kamieniarskie. Wszyscy szykują się do sezonu turystycznego. Działa tu jeszcze jeden czynnik – miasto nie zezwala na jakiekolwiek remonty w pełni sezonu turystycznego.
Pogoda jest trochę w kratkę, czyli jakby „barowa”. Spotkamy się kilka razy z Panem Robercikiem i Januszem. I tu widać przyczynę, dla której bary, jak tu, w Hiszpanii są pełne. Kieliszek wina to dwa euro. Rachunek dla czterech osób za piwo, dwa kieliszki wina i herbatkę dla Pani Basi to 11 Euro. Nie do zrealizowania np. w Toronto.
Leszek Dacko



































































