No po prostu już nie mogę. Za każdym razem kiedy coś takiego czytam, albo słyszę, to się wyłączam. Nie dam się więcej nabrać, że wystarczy łyżeczka, może kilka kropel, albo kilka ziarenek jakiegoś cudownego środka (oliwa, ziółko, tabletka, jakaś tajemna maź) wrzuconych pod roślinę (albo we mnie), a wszystkie problemy z ziemiórkami, żółknącymi liśćmi, rośliną która nie chce tak fantastycznie rosnąć jak powinna, albo ze mną znikną. To jest takie granie na potrzebie złotego środka, czyli magii.  Wystarczy jakiś olejek – ostatnio bardzo polecają olejek z różanecznika – wypić na czczo z rana i już! Nie ma problemów z tłuszczem na brzuchu. Żadne tam liczenie kalorii, żadne tam nudne gimnastyki, ani chodzenie do klubów, wystarczy tych kilka kropel i już –  wszystko jest naprawione. Takie machnięcie różdżką wróżki jak w filmie Disneya dla dzieci Kopciuszek. Tylko machnie i już karoca z dyni, tylko machnie i już myszy zamieniają się w rumaki, tylko machnie i podarte i brudne łachy zamienią się w piękną suknię, a włosy same się układają we fryzurę. Kogo oni chcą ogłupić? Sądząc po tym ile tych bzdur się publikuje to masowo  ogłupiają miliony. Co to znaczy?

To znaczy, że potrzebujemy magii,  oczekujemy  machnięcia różdżką, nie chcemy wiedzieć naprawdę, nie chcemy wiedzieć co jest przyczyną czego, nie chcemy wiedzieć jak to zmienić. Niedawno mój bardzo rozeźlony kuzyn skarżył się, że on właściwie to niepotrzebnie chodzi do tych lekarzy, bo oni zamiast go wyleczyć, to mu mówią, że może to, a może tamto. A oni mają go wyleczyć. Zdaje się że niepotrzebnie tłumaczę mu, że to jest teraz takie podejście do pacjenta, że to jest medycyna całościowa, gdzie pacjent jest najważniejszą częścią procesu leczenia i dlatego się mu te opcje przedstawia i je dyskutuje, bo każda opcja ma swoje dobre i złe strony. A ten nic – tylko swoje. Mówi że on idzie do lekarza po to żeby go lekarz wyleczył, a nie mówił może to, może sio. A ja mu mówię to ty idź do magika  albo idź do takiego, kogo się dawno temu nazywało ‘owczarz’. Moja babcia mówiła, że tam gdzieś pod Kłodą w Wielkopolsce był taki jeden owczarz. Jak się do niego szło to on tylko tak popatrzył, powąchał, coś tam patykiem pobazgrał w ziemi, i dawał coś w woreczku. I pomagało.

– A jak nie pomagało, babciu? – pytałam, ale odpowiedzi nie było.
Cała ta sprawa wywoływania magii nie dotyczy tylko lekarstw, ale może dotyczyć też spraw kulinarnych. Na przykład: wystarczy dodać pół łyżeczki oliwki do naleśników i wyjdą lekkie jak chmurka. Spróbowałam, wyszły jak zwykle, a na dodatek nie rozumiem po co naleśniki mają wychodzić lekkie jak chmurka? Ale widać to się sprzedaje i ma dużą oglądalność i klikalność, bo jest tego w sieci pełno.
Wiara pomaga, ale tylko wiara prawdziwa. Nie koniecznie wiara w siły niewiadome, czy nieczyste. Żadna magia nie jest potrzebna. Jeśli was przekonują inaczej, to po to abyście ponieśli porażkę i źle się czuli ze sobą. A to już samo w sobie jest złym urokiem, którego trzeba unikać i skropić diabła święconą wodą.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Michalinka, Toronto, 24 kwietnia, 2026