Świętujemy jubileuszową datę w życiorysie wielkiej polskiej aktorki. Równocześnie świętujemy jubileusz teatru, który dawał przedstawienia na najwyższym poziomie artystycznym, głosząc w ten sposób dobre imię Polski w Kanadzie, w Ameryce Północnej i Południowej, w Europie i w kraju rodzinnym, a także popularyzując polską kulturę, w tym szczególnie polską poezję. Skarbiec ten otwierany był zresztą również dla widzów obcojęzycznych.
Prof. Kazimierz Braun
Jubileusze to są święta pamięci. Jubileusze mają wielką wartość. Może szczególną dla Polaków, bo nasza historia tyle razy była rwana, szarpana, a także całymi okresami, czy to zaborcy w XIX wieku, czy okupanci niemieccy, czy rządzący krajem komuniści – kazali o wielu sprawach, wydarzeniach, dokonaniach, dziełach przeszłości zapominać, a wielu wielkich Polaków obkładać milczeniem. Pod zaborem rosyjskim w XIX wieku cenzura nie pozwalała pokazać na scenie polskiego munduru, skreślała w dramatach jakiekolwiek wzmianki o Polsce niepodległej. Okupując Polskę Niemcy burzyli pomniki – jak Pomnik Grunwaldzki w Krakowie. Pod rządami komunistycznymi wykreśleni z nauki historii literatury byli zarówno Norwid, jak Wierzyński, Herling-Grudziński, Gombrowicz i inni. Więc dobrze jest pamiętać. Przypominać. Szczególnie na emigracji pamięć jest wielką wartością.
Już była mowa, a może jeszcze będzie mowa, o początkach, a potem historii tego teatru, którego oficjalna nazwa brzmi Salon Poezji, Muzyki i Teatru im. Jerzego Pilitowskiego w Toronto, a zwany jest po prostu „Teatrem Nowotarskiej”. I słusznie. Bowiem Maria Nowotarska go stworzyła i napędzała go latami swoją niesamowitą energią. A gdy dawniej, dodawał do tego swój wielki wkład pracy, nigdy niezapomniany, Jerzy Pilitowski, oraz gdy, prawie od samego początku, tworzyła ten teatr druga polska, znakomita aktorka, Agata Pilitowska, to teatr ten stał się żywo gorejącym ogniskiem – polskiej sztuki teatru.
Dla mnie, wieloletni okres współpracy z Teatrem Nowotarskiej, z dwoma, znakomitymi polskimi aktorkami, Marią i Agatą, to była jedna z najważniejszych ścieżek, po których stąpałem, od czasu, gdy znalazłem się za granicą, bo w Polsce dla mnie pracy zabrakło – o tym nie chcę teraz mówić. Chcę natomiast Państwu opowiedzieć, jak to w ogóle się stało, że mój emigracyjny los tak ściśle związany był przez wiele lat z Teatrem Nowotarskiej.
Otóż, konkretnie i praktycznie, zaczęło się to tak, że w wydawanym w Nowym Jorku „Nowym Dzienniki”, którym współpracowałem i sam często w nim publikowałem, przeczytałem w 1990 roku wywiad z Marią Nowotarska przeprowadzony przez Różę Nowotarską. Byłem wtedy już od kilku lat w Stanach Zjednoczonych, już byłem profesorem na Uniwersytecie w Buffalo. Z tego wywiadu dowiedziałem się, że Maria Nowotarska mieszka teraz w Toronto. Niedaleko.
W tym wywiadzie Maria wspomniała miło naszą krakowską znajomość i współpracę w Za kulisami Norwida w Teatrze im. J. Słowackiego w 1970 r. Istotnie, ta świetna aktorka grała w tym przedstawieniu główną, podwójną rolę kobiecą, wielkiej damy europejskich salonów XIX w., Lii, w Za kulisami, oraz kapłanki w starożytnych Atenach, Eginei, w Tyrteju. (Za kulisami to dramat złożony dwóch części: Za kulisami i Tyrtej, połączonych strukturą „teatru w teatrze”).
Ale to nie było nasze pierwsze spotkanie. Bowiem dokładnie 10 lat wcześniej, po raz pierwszy pracowałem z Marią. Było to tak, że studiowałem wtedy reżyserię w Warszawie i byłem równocześnie asystentem wielkiego reżysera, dyrektora Teatru Współczesnego, Erwina Axera. Wyreżyserował on sztukę Pierwszy dzień wolności trzeciorzędnego literata, ale potężnego komunistycznego działacza, Leona Kruczkowskiego.
Pierwszy dzień wolności to sztuka zła artystycznie, kłamliwa historycznie, prymitywnie propagandowa. Autor podejmuje w niej niby to dyskusję o granicach wolności. Ale dyskusja o wolności jest tam fundamentalnie zakłamana. Dla Kruczkowskiego nie istnieje w ogóle fakt, że akurat w tym samym czasie, kiedy toczy się akcja Pierwszego dnia wolności, Polska wcale nie osiąga wolności, tylko przechodzi spod niewoli niemieckiej pod niewolę sowiecką. Choć jedni polscy oficerowie wychodzą z oflagów niemieckich, to inni polscy oficerowie, z AK, z NSZ, są przez Sowietów rozstrzeliwani, wsadzani do więzień, wywożeni w głąb Rosji. Nie warto mówić o tej sztuce.
Ale przywołałem ją, ponieważ w czasie jej realizacji w Warszawie byłem asystentem Axera. Zaraz po premierze warszawskiej, postanowiono gdzieś wysoko, żeby wielkie dzieło komunistycznego prominenta powtórzyć natychmiast w Krakowie, w Teatrze im. Słowackiego. Ale Axer nie miał czasu, aby tę sztukę ponownie reżyserować i zlecił mnie, asystentowi, przeniesienie inscenizacji warszawskiej do Krakowa. Wszystko się we mnie buntowało. Ta sztuka Kruczkowskiego była dla mnie wręcz obraźliwa. Ale była to zarazem wielka szansa dla studenta reżyserii, bo przeniesienie przedstawienie oznaczało praktycznie reżyserię i to w doskonałym teatrze, jakim był Teatr im. Słowackiego. Zresztą Axer nie pytał mnie o zgodę. Po prostu zlecił mi tę pracę.
Pojechaliśmy z Axerem do Krakowa. Wraz z Bronisławem Dąbrowskim, dyrektorem Teatru im. Słowackiego, Axer dokonał obsady. Na pierwszej próbie zostałem przedstawiony zespołowi jako „reżyser-asystent”. Nie asystent reżysera, ale właśnie reżyser – asystent. Bardzo mi to imponowało. Nie znałem osobiście żadnego z aktorów. Axer wygłosił reżyserskie wprowadzenie i wyjechał zaraz tego samego dnia.
Zostałem sam. W strasznym stresie. Na próbach starsi aktorzy traktowali mnie miło, po ojcowsku – pamiętam Pana Włodzimierza Chaberskiego, Pana Romana Stankiewicza. Krzysztof Chamiec, grający główną rolę, prostu mną pomiatał, próbował niechętnie, nonszalancko. Reszta zespołu pracowała sumiennie i jakoś mnie tolerowała. Ale bardzo miło odnosiła się do mnie najmłodsza w zespole – kto? Maria Nowotarska. Młoda, piękna aktorka niedawno po szkole teatralnej. Ona jedna rozumiała, jak ogromnie trudna jest moja sytuacja – studenta reżyserii, postawionego przed zadaniem reżyserowania aktorów przewyższających go doświadczeniem i umiejętnościami. Maria podtrzymywała mnie w czasie prób. Darzyła mnie uśmiechem.
Upłynęło 10 lat. Już byłem reżyserem. Już byłem dyrektorem Teatru im. Osterwy w Lublinie. Zaproponowałem dyrektorowi Dąbrowskiemu wystawienie Za kulisami Norwida. Przyjął moją propozycję. Siedliśmy do zrobienia obsady. I kto był wtedy gwiazdą Teatru Słowackiego – Maria Nowotarska. Poprosiłem o obsadzenie jej w głównej kobiecej roli w tej sztuce. Pracowała wspaniałe. Stworzyła wielką kreację. I właśnie tę współpracę Maria przypomniała z wywiadzie w „Nowym Dzienniku”.
Spotkaliśmy się z Marią. Mówiliśmy, że skoro z dalekiej Polski los nas rzucił jakoś blisko siebie – ona w Toronto, ja w Buffalo – to powinniśmy razem coś robić. Powinniśmy razem robić polski teatr. Zaproponowałem Marii mój tekst o Modrzejewskiej.
Tak się bowiem złożyło, że nie tak dawno przedtem (na przełomie lat 1987 i 1988) reżyserowałem Szewców Witkacego w Los Angeles1 i wyprawiłem się stamtąd do posiadłości Heleny Modrzejewskiej, którą nazwała „Arden”, od Lasu Ardeńskiego w Jak wam się podoba Szekspira, po którym krąży, grana przez nią wiele razy, Rozalinda. Ów „Arden” leży kilkadziesiąt kilometrów na południe od Los Angeles, w Górach Santa Ana, w hrabstwie Orange. W miejscowości zwanej teraz Modjeska – naturalnie na cześć naszej rodaczki – jest tam nadal, i to świetnie zachowany, rozłożysty, biały dom Modrzejewskiej w dębowym i palmowym parku. Gdy tam przyjechałem dom był pusty – i otwarty. (Dowiedziałem się później, że akurat zmieniał właściciela). Zwiedziłem cały dom. Spędziłem w nim wiele czasu. Zobaczyłem tam Helenę Modrzejewską – w jej salonie… Wydało mi się, że z nią rozmawiam… Potem odwiedziłem ten tom jeszcze raz w towarzystwie mojej żony Zofii i córki, Justyny, które przyleciały na moją premierę Szewców. I znów – jak sądziłem – spotkałem się z Heleną Modrzejewską… Pod wpływem tych wizyt i tych spotkań napisałem monodram o Modrzejewskiej, tytułując go Królowa emigrantka.
Ten tekst został wystawiony najpierw w Starym Teatrze w Krakowie, ze znakomitą Anną Polony w roli Modrzejewskiej. Potem wyreżyserowałem go sam w Irlandii, w Dublinie zapraszając do tej roli Teresę Sawicką, moją wrocławską gwiazdę.
Ten właśnie tekst zaproponowałem Marii, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy na tym kontynencie. Maria zobaczyła w nim materiał aktorski dla siebie. A w losie polskiej aktorki – emigrantki, Modrzejewskiej, szukała odpowiedzi na pytania o swój własny emigrancki los. Podjęła wielką pracę nauczenia się długiego tekstu. Współpracował z nią reżysersko Jan Kopczewski. Powstało przedstawienie, zatytułowane Helena, rzecz o Modrzejewskiej.2 Bardzo się udało. Sama na scenie, Maria niezwykle sugestywnie zaludniała scenę przeróżnymi postaciami, które – tak jak sobie to wyobraziłem – Helena Modrzejewska zaprasza na pożegnalne party w swoim „Ardenie”.
Maria grała to przedstawienie następnie z ogromnym powodzeniem dziesiątki razy w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, w Europie, w Polsce, w tym, na jubileuszu stulecia Teatru im. J. Słowackiego (1993), co było dla niej, jak wiem, wzruszającym powrotem na swoją dawną scenę. Odniosła tam szalony sukces. Wystąpiła również, wraz z Agatą, w filmie Telewizji Polskiej, pod tytułem Modjeska Canyon, który Stefan Szlachtycz zrealizował w kalifornijskim domu Modrzejewskiej.
Potem współpracowaliśmy latami. Pisałem kolejne sztuki, już konkretnie, dla Marii i Agaty, a dla dramatopisarza to jest wielka sprawa – pisać dla konkretnych aktorów. Były to sztuki o Polkach – emigrantkach – jak one same. Reżyserowałem te wszystkie sztuki. Zebrałem je później w tomie Emigrantki. Siedem dramatów.3
Za te wszystkie wspólne prace jestem Marii niewymownie wdzięczny. Jestem równie wdzięczny Agacie, a także wszystkim ich umiejętnym współpracownikom oraz wrażliwej i chłonnej publiczności, która towarzyszyła wiernie Teatrowi Nowotarskiej przez tyle już lat. Takie więc wspomnienie dołączam do tego wieczoru wspomnień. Tak się zaczęła moja współpraca z Teatrem Nowotarskiej – od życzliwości i pomocy okazanej przez Marię komuś bardzo zestresowanemu. Od jej uśmiechu.
A Marii, na tę piękną rocznicę jej urodzin, życzę właśnie wielu jeszcze lat rozdawania jej cudownego, ożywczego uśmiechu, który pomógł kiedyś mnie, a potem pomagał żyć tak wielu ludziom.
Kazimierz Braun
Przypisy
1. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Szewcy, The Odyssey Theatre, Los Angeles, reżyseria i scenografia Kazimierz Braun, premiera 23 stycznia 1988.
2. Helena, rzecz o Modrzejewskiej, reżyseria Jerzy Kopczewski, Teatr Polonia, Toronto, Kanada, 29 listopada 1992. Przedstawienie grane później pod auspicjami Salonu Poezji, Muzyki i Teatru. Pierwodruk: Kazimierz Braun, Helena, rzecz o Modrzejewskiej, Wydawnictwo High Park, Toronto 1993.