Tylko ci którzy nigdy nie posiadali swojego ogródka myślą, że wystarczy z wiosną troszkę skopać, posadzić i już. Samo urośnie. Nieświadomi nie zdają sobie sprawy ile pracy wymaga proces od przygotowania do siania, aż to zbiorów. Ciężkie jest życie farmera.
Tak się złożyło, że w tym roku święto Kanady (Canada Day) wypada w środę. Jest to dzień wolny od pracy. Upamiętnia on podpisanie konfederacji tworzącej Kanadę w 1867 roku.
Był to ważny rok w historii, w roku tym powstały także cesarsko-królewskie (CK) Austro-Węgry, Rosja sprzedała Alaskę Ameryce, i wiele innych. Na ziemiach polskich (bo Polski jako państwa wtedy nie było) jeszcze przebrzmiewały reperkusje po zrywie Powstania Styczniowego (1863). Ta data jest ważne, bo pokazuje jak ‘młoda’ jest Kanada. Ten czas powstawania państwa ma odzwierciedlenie nie tylko w aktach prawnych, ale także w historii, w literaturze, w architekturze, w uznawanym systemie norm. A co najważniejsze w zachowaniu zbiorowym grup tworzących społeczność państwową.
Jak już wspomniałam, mamy dzień Kanady w tym roku w środę. I trudno jest z tej świątecznej środy zorganizować długi weekend, bo to dwa dni i przed, i po święcie.
Jak co roku, spodziewaliśmy się przyjazdu kilkunastu osób: rodzina bliższa i dalsza, znajomi,
Odwołania przyjazdu zaczęły się już w sobotę, w weekend przed Canada Day. Prognoza przewidywała, że w środę na mojej wsi będzie upał – 34 stopnie. Nawet więcej niż w Toronto. Dodajmy do tego prażące słońce z wysokości geograficznej Rzymu i liche stare przenośne klimatyzatory. No i wszechobecne komary. Może być nieprzyjemnie. Summa summarum wszyscy odwołali przyjazd.
Przy takim obrocie sprawy nie musieliśmy już jechać do sklepu (24 km). Mieliśmy wszystko. Jedyne co, to nie mieliśmy owoców. No ale nie pojedziemy po banany i cytryny 24 km w jedną stronę! Wtedy przypomniałam sobie o zapomnianych grządkach. Kilka lat wcześniej próbowałam, wtedy kiedy jeszcze nie wiedziałam ile pracy wymaga bycie ogrodnikiem, sadzić drzewa owocowe, truskawki, krzaczki porzeczek. Niewiele z tego wyszło, głównie z powodu braku chęci i sił do nieustającej walki z chwastami z dodatkiem komarów i meszek (black flies). Z duszą na ramieniu, spodziewając się kolejnego dowodu moich niepowodzeń życiowych, sprawdziłam. Ku mojej radości porzeczek było może nie mnóstwo, ale jeden pełny durszlak zebrałam. A na starej czereśni, jeszcze posadzonej przez poprzednich właścicieli farmerów, udało mi się znaleźć nawet sporo czarnych czereśni. Przypomniałam sobie, gdzie sadziłam truskawki. Odnalazłam je bez trudu pomimo tego, że były dość zarośnięte. A i tutaj udało mi się znaleźć kilka całkiem dorodnych truskawek. Wszystkie te płody mojego potu o znoju w nieurodzajnej kamienistej ziemi przyniosłam do domu. Podziwialiśmy je z zachwytem. Były przepiękne choć niedoskonałe.
Głównym akcentem tegorocznego święta Kanady, nie będą ani hamburgery, ani polskie grillowane kiełbaski, a właśnie te owoce. To dla nich w środę w południe odśpiewamy hymn Kanady ‘O! Canada’.
Michalinka, Millbridge. 30 czerwca, 2026




























































