Moja mama była domatorką. Nie chciała nigdzie jeździć. Wychodziła z domu tylko po coś, na przykład do sklepu, do ogrodu, po dzieci do szkoły. Po dzieci do szkoły? Zdaje się, że się zagalopowałam i pomyliło mi się z nowymi czasami, bo wtedy dzieci chodziły do szkoły same, najwyżej ze starszym rodzeństwem, albo starszą koleżanką. Moja matka pilnowała domu, gospodarstwa i ogrodu, no i oczywiście dzieci. Ojciec z kolei był obieżyświatem. Efekt tego był taki, że ojciec często w niedzielę po obiedzie zabierał dzieciarnię i jechał tramwajem pięć przystanków na lody do miasta. Może to się wydawać banalne, ale wtedy to banalne nie było. To była cała wyprawa, której mi całe podwórko zazdrościło.  Bo tak:  po pierwsze tramwaje chodziły tak jak chciały i nigdy nie było wiadomo kiedy taki przyjedzie, gdzie się zatrzyma i jak długo pojedzie. Poza tym tramwaje kosztowały. Co prawda bilety dziecięce kosztowały tylko 30 gr ale jak się zabierało piątkę to było to już jeden złoty  50 groszy, plus bilet dla dorosłego. No i z powrotem też trzeba było zapłacić. Czasem zabrakło pieniędzy, to wtedy wracało się pieszo, na skróty, wszyscy narzekali, że nie dojdą. Ojciec w takich przypadkach mówił, że to ostatni raz. Bilety kupowało się po wejściu do tramwaju u konduktorki, która miała obowiązkowo długi do ziemi płaszcz i skórzaną torbę przewieszoną przez ramię, w której trzymała i bilety i pieniądze. Nie na darmo takie torby nazywało się ‘konduktorki’.
Nigdy nie było wiadomo gdzie w mieście będą sprzedawane lody na patyku. Pierwsze sprawdzane miejsce było przy wejściu do parku. Jak tam nie było to się sprawdzało wejście na basen, a potem przed ratuszem. Zdarzało się tak, że lodów w ogóle nigdzie nie było. Tata wtedy kupował nam w delikatesach oranżadę w proszku w małych torebkach, którą się wysypywało na rękę i zlizywało. Nikt się wtedy brudnymi rękami nie przejmował. Oczywiście lody były w restauracji, ale wtedy te lody kosztowały fortunę. A ja z zazdrością – prawie z zawiścią – oglądałam przez szybę panów w czarnych sweterkach typu golf siedzących w kawiarni przy stoliku z elegancką panią. Ta elegancka paniusia zajadała lody małą łyżeczką. Wybierała z pucharka tą małą łyżeczką mało loda, i tak sobie go powoli lizała – tak troszeczkę nabierała na łyżeczkę a potem tak troszeczkę zlizywała i za chwilę znowu zlizywała z tej łyżeczki i za chwilę znowu zlizywała. Bardzo mnie to denerwowało, bo przecież to było nieeleganckie żeby tak sobie lizać wolniuchno  z łyżeczki. Ale ponieważ nigdy nie dany mi był ten raj spróbowania takich lodów z pucharka, więc mogłam tylko patrzeć i się denerwować. Denerwował mnie również jej partner. A był to z reguły pan w czarnym golfie, albo pod krawatem, który delektował się małą filiżanką kawy. Bardzo mnie to denerwowało – no bo ile w takiej małej filiżaneczce może się zmieścić? Mój tata, który był repatriantem z Francji też pił kawę, ale tylko w niedzielę przed kościołem i to była kawa parzona na płycie kuchennej w takim specjalnym emaliowanym garnuszku, z którego potem mama przecedzała przez sitko kawę do specjalnej filiżanki taty. Dzieciom tej kawy prawdziwej pić nie było wolno, bo kawa – tak się wtedy wierzyło, hamowała wzrost. To dlatego pewnie jestem najniższa w całej rodzinie, ponieważ po kryjomu, jak nikt nie widział. podpijałam resztki tej kawę z filiżanki ojca, a fusy zalewałam wodą i też piłam. Dopiero po latach dowiedziałam, że takie zalewane fusy nazywało się ‘zaliwajka’.  Dziwne rzeczy się odzywają z pamięci, kiedy wspominamy lody w dzieciństwie. Ale warto sobie przypomnieć, chociażby po to aby ocalić takie słowa jak ‘zaliwajka’. Taka podróż w krainę czasu ma dodatkowy plus: nikt się tam nie starzeje.
Michalinka, Toronto, 11 sierpnia, 2026
PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU