Wspominam pożegnalne kazanie z niedzieli 23 sierpnia wygłoszone przez wizytującego naszą parafię, na zaproszenie proboszcza, ks. Waldemera, 2-gi już raz, zaprzyjaźnionego księdza z Nigerii. Kingsley Ekeocha, wykształcony w Polsce, we własnym kraju profesor seminarium duchownego – Seat of Wisdom Seminary w Umuahia, gdzie prowadzi katedrę filozofii. To tam podjął wcześniej studia w dziedzinie filozofii (2002-2006) i teologii (2007-2011). Magistra i doktorat z filozofii dokończył na KUL-u (2014-2021). Dzięki pobytowi w Lublinie mogliśmy wysłuchać kazań księdza Kingsleya po polsku.


W Ewangelii według świętego Mateusza (Mt 16,13-14) Jezus zadaje apostołom dwa pytania. Wpierw: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”, a potem – „A wy za kogo Mnie uważacie?”. I wtedy Piotr wypowiada zdanie: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Pan Jezus odpowiada jednym z kluczowych stwierdzeń swej misji: „Ty jesteś Piotr, czyli Opoka i na tej opoce zbuduję Kościół mój”.
Można by powiedzieć, używając współczesnego języka, że Pan Jezus robił wtedy sondaż! Ale to nasze, ludzkie myślenie, bo Pan Jezus dobrze wiedział, dokąd zmierzał tamtymi pytaniami.

Z drugiej strony, biorąc pod uwagę późniejsze zachowania, z zaparciem się na dziedzińcu arcykapłana włącznie, widać, że Piotrowi daleko było do bycia „opoką”, szczególnie w momencie, gdy Jezus wypowiadał tamte słowa.
A jednak, z ludzkiego punktu widzenia, Jezus buduje na niepewności, na człowieku, który nie jest jeszcze całkiem gotowy. Używają dzisiejszego, biznesowego języka, można by powiedzieć, że Jego decyzje obarczone były (pozornym) ryzykiem.
Przecież Pan Jezus mógł, w swej misji odwołać się do istniejących struktur kapłańskich. Ale kościół Jezusa to nie kościół establishmentu, to kościół nowej etyki i sprawiedliwości zbudowanej na fundamencie miłości.
Za rok wybory w Polsce. Na kogo wskażemy? Czy na zgranych zawodników, których znamy „po owocach”, czy może podejmiemy ryzyko typując ludzi spoza układu?

Tusk i Kaczyński siedzieli przy okrągłym stole, który kilka miesięcy temu kazał symbolicznie rozmontować Prezydent Nawrocki.
Czegóż, jak nie kontynuacji tamtych uzgodnień możemy spodziewać się po starych graczach? Może realność dojścia do rządzenia ludzi spoza “układu” jest jedną z przyczyn nerwowości, tych co pociągają za sznurki? Z wypowiedzi niektórych polityków można wnioskować, że tamta okrągłostołowa obecność u sterów państwa to gwarancja ciągłości systemu. Systemu, z którym, o dziwo, jest całkiem po drodze także Unii Europejskiej z panią Ursulą na czele. Skąd ta zgodność? Myślę, że najprostsza odpowiedź jest następująca. W tamtym, peerelowskim układzie sił, Polska była sprowadzona do bycia pionkiem, a unijny pakt ma takie same zadanie; utrzymywać Polskę na podobnym poziomie. I do tego istniejące „elity” świetnie się nadają. Więc wystarczy tak trzymać. Cała obecna przepychanka u steru Polski to walka o niedopuszczenie do strefy wpływów graczy spoza układu. Jest szereg polityków młodszego pokolenia, jak Mentzen czy Bosak, którzy przy tamtym stole nie siedzieli, ale systemowi uwiera szczególnie jeden, Grzegorz Braun. Widać młodzież konfederacka, w jakiś sposób pasuje do wykładni strategicznych nam przypisanych, a Pan Braun nie! Na dodatek sprzeniewierzył się anty-chanukowo, a później zanegował istnienie komór gazowych w Oświęcimiu – co takich jak ja też wprawiło w osłupienie, bo mi się wydawało, że wiedziałem – a to jest grzech jeszcze większego kalibru.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Niedawno Pani Magdalena Ogórek zaprosiła Pana Brauna do studia. W przedstawicielach POPiS-u, w widoczny sposób dosłownie gotowało się na jego widok. Nawet trochę obawiałem się o ich zdrowie. Doszedłem też do wniosku, że ci faceci chyba wierzą w to co wygadują, gdy ja myślałem, że te bredzenia to – powiedzmy – partyjny obowiązek. Czyli jest jeszcze gorzej!
Czy chcemy zapewnić systemowi kontynuację, czy dokonać radykalnego odświeżenia przy stoliku? Oto jest pytanie?

***

Kolejna, 44-ta  piesza pielgrzymka do Midland. 
Jakieś ponad dwadzieścia lat wcześniej uczestniczyliśmy w niej kilkukrotnie, łącznie z ceremoniałem codziennego rozbijania i zwijania namiotów. W tym roku jesteśmy w sierpniu w okolicy, więc temat powraca. Nie ma mowy o namiotach, ale debatujemy czy możemy np. podjeżdżać samochodem do kolejnych etapów? To jednak upada i koncentrujemy się na trasie sobotniej. Z tamtych czasów pamiętamy, że był to krótki, dziesięciokilometrowy odcinek, w sam raz dla staruszków. Przy okazji dociera do nas, że w Midland funkcjonuje kilka hoteli i bez problemów daje się zamówić nocleg.

Sprawdzamy mapę pielgrzymkową. Widać, że trasa się zmieniła, jest trochę dłuższa, bo dociera do miejsca męczeńskiej śmierci św. Jana De Brébeuf i jego współtowarzyszy. Wychodzi na osiemnaście kilometrów. Ale hotel zamówiony, „kobyłka i płota” więc nie zmieniamy planu. Jeszcze Pani Basia umawia się z Panią Irenką i jej mężem, bo oni też mają w planie dołączyć do pielgrzymki w sobotę rano.Ustalamy, że z domu należy wyjechać koło szóstej rano, bo marsz powinien rozpocząć się koło ósmej – tak było kiedyś.
Wyjeżdżamy według planu, co już jest maleńkim cudem. Pani Basia dzwoni do Pani Irenki. Oni też są w drodze, kilka kilometrów przed nami. Trochę przyspieszamy i doganiamy ich przed Barry, skąd jedziemy już razem. Teraz oni nas prowadzą. Okazuje się, że obozowisko sobotnie przeniosło się już szereg lat temu na tereny powyżej ołtarzy. Ma zajechalibyśmy na parking publiczny przed sanktuarium i z dołączenia do pielgrzymki mogły wyjść przysłowiowe nici. Tymczasem, przy wjeździe na kemping czekał już busik. Ten dowiezie nas na miejsce zbiórki, ale znowu zmiana. Zbiórka była na polanie przy ołtarzu polowym w miejscu kaźni męczenników, gdzie odbędzie się w chwilę później msza prowadzona przez samego dyrektora sanktuarium, a nie w miejscu ostatniego noclegu. Pielgrzymi wstali tego dnia o piątej rano aby pokonać pierwszy odcinek trasy. To umówienie się z Panią Irenką okaże się zbawienne, bo oni dołączali do pielgrzymki w ostatnich latach, a my nie. Bez tych kilku raczej mało prawdopodobnych wydarzeń, z naszej sobotniej pielgrzymki niewiele by wyszło, albo skończyłoby się jakichś na nerwowych poszukiwaniach. Tymczasem uczesticzyliśmy w podniosłej mszy, w tak ważnym miejscu, o którym wie chyba niewielu katolików i w chwilę później maszerowaliśmy leśnymi przecinkami w kierunku Midland.

Pierwszy raz deszcz pokropił nas już w czasie nabożeństwa. Potem, po przebłyskach słońca, w połowie drogi dopadł nas mały potop. Wokół grzmiało. Staliśmy pod wielkim, choć przeciekającym drzewem pomimo, że resztki odległej elektrycznej wiedzy podpowiadały, że pioruny najczęściej wybierają wystające obiekty. Pomyślałem też, że okularom Pani Basi przydałyby się wycieraczki co zresztą widać na zdjęciach.
Trzeci raz pokropiło nas już w pobliżu sanktuarium. Ale doszliśmy, uroczyście zabiły dzwony, zapełniliśmy świątynię modlitwą i wdzięcznością za samo ponowne tam przybycie. Potem był jeszcze żurek przygotowany zresztą przez Rycerzy Kolumba i ochotników w naszej parafii na Scarborough. Po żurku popędziliśmy jednak do hotelu. Wszystko mokre, schło do następnego dnia. W pokoju na szczęście wanna pozwalająca się ogrzać i łóżko. Ci w namiotach też jakoś dali radę. Do obozowiska wróciliśmy na różaniec oraz na zabawy i tańce trwające do północy albo i trochę dłużej. Chrześcijaństwo to jednak radosna wiara. Rej wodził ks. Wojciech Stangel (OMI) prowadzący wieczorną część spotkania z energią i oczywistym talentem.
W niedzielę ten sam tłum chwalił Pana przy odnowionym ołtarzu polskim poświęconym przez Arcybiskupa Tadeusza Wojdę. Trzeba dodać, odnowionym na czas dzięki arcyzaangażowaniu się niezastąpionego szefa Pielgrzymki, Jasia Źurakowskiego.

***

Gubernator Gavin Newsom znalazł się w ogniu krytyki w związku z piwniczką oszacowaną na 5000 butelek wina. Wychodzi na to, że sam fakt posiadania tej ilości wina nie był tak bulwersujący jak to, że Gavin miał o tym nic nie wiedzieć! Jako sympatyk wina, jestem chętny stanąć w obronie pana Newsoma. W końcu zarządzając takimi majętnościami nie ma się czasu na gotowanie zupki pomidorowej, czy innej, czy latanie do sklepu po flaszkę. Pięć tysięcy butelek pozwala na jako taki wybór wina do obiadu, a pana Newsoma spokojnie stać na sommeliera, a ten nie może się stresować, że artystyczne wymysły kuchni pozostaną bez stosownego trunku. Nie mam pięciu tysięcy butelek w piwnicy, ale dwie półki z Ikei w miarę wystarczają na zaspokojenie niezbędnych potrzeb. Z drugiej strony, może pan Gavin myślał, że jego ekspert winny załatwia sprawunki w jakimś lokalnym LCBO? Właśnie, gdyby to było w okolicy, podejrzewałbym tutejszy monopolowy biznes o podkładanie świni w odwecie, za brak perspektywy na jakikolwiek zarobek, bo piwniczka pana Gavina może pewno swobodnie konkurować z każdym sklepem LCBO, a szczególnie z tymi szafami co są zamknięte na kłódkę. Jestem na nich trochę cięty, bo ostatnio odwiedziliśmy jednego z producentów wina pod Niagarą, i zadaliśmy oczywiste pytanie: „Czy jesteście w sklepach LCBO?”. Odpowiedź była negatywna, ale było też wyjaśnienie. „Oni chcą 60% zysku”.
W przypadku pana Newsoma, dodatkowy smaczek polega na tym, że znaczna część dochodów pozwalających utrzymać posiadłość za 7,5 miliona pochodzi ponoć z rozmaitych winnic. Zazdroszczę.
Gubernator Kalifornii jest chyba bardzo zręcznym politykiem, wiedzącym jak utrzymać się na topie i warto o nim pamiętać, bo Trump jest już w połowie swej ostatniej kadencji, chyba, że zastosuje jakiś manewr wyprzedzający, znany innym prezydentom.

***

14 sierpnia wspominamy męczeńską śmierć św. Maksymilianem Kolbe. Serwis Fundacji Prawo do życia cytuje więźnia Adama Jóźwika, który przebywał razem ze św. Maksymilianem Kolbe w Auschwitz. W rozmowach prowadzonych z Ojcem Kolbe więźniowie wyrażali nadzieję na rychły koniec tamtej wojny. Ojciec Maksymilian był sceptykiem, wspominał też, że zginie w niej około sześć milionów Polaków, co jak wiemy okazało się zgodne z prawdą. Pytany na czym opierał takie przypuszczenie, odpowiedział krótko: „aż strach powtarzać, w okresie międzywojennym zginęło w Polsce około 6 milionów nienarodzonych dzieci.”
Dodam, że sprawdziłem, ile aborcji dokonano w okresie powojennym? Około dziesięciu milionów!

Leszek Dacko