A przecież to jeszcze nie koniec lata. Lato kończy się 22 września 2026 roku wraz z równonocą  jesienną. Kiedyś mówiło się, że to zrównanie dnia z nocą wyznacza jesień (lub wiosnę po zimie). Okazuje się, że równonoc jesienna to nie to samo co zrównanie dnia z nocą.
Jako osoba z zeszłego wieku obstaję przy zrównaniu dnia z nocą, bo jest to bliższe mojemu sercu.

A może będzie nam dane cieszyć się ładną pogodą i dłużej? Często i w listopadzie jest nieźle. W zeszłym roku pojechałam na Wszystkich Świętych do Polski, właściwie to nie pojechałam, tylko poleciałam, bo pojechać to można do Przylądka Horn na samym dole Ameryki Południowej, ale do Polski z Kanady to można tylko przepłynąć, co ciągle śmiałkowie robią, nawet na małych 15 metrowych łupinkach, albo przelecieć nad oceanem. No więc w zeszłym roku poleciałam do Polski na Wszystkich Świętych, i pogoda była taka sprzyjająca, że nawet po moich ukochanych Tatrach udało mi się pochodzić. Co prawda, tylko po takich dziecinnych szlakach, jak Kalatówki, czy Hala Kondratowa, ale zawsze. Nic nie zastąpi popijania herbaty w schronisku na Kalatówkach! To takie polsko romantyczne! Warto także dodać, że na przełomie października i listopada tłumów w Tatrach nie ma, co czyni wędrówki o tyle bardziej przyjemnymi. A i owszem jest dalej sporo górskich łazików, ale takich porządnie wyposażonych do wędrówki po górskich szlakach. Trochę kuso patrzyli na moje kanadyjskie trekkingowe buty – no ale cóż oni w Polsce wiedzą na temat sportowego obuwia Kanadyjczyków? Przecież nie będą im pokazywać podeszwy z mojego drogiego obuwia. Ach gdzie te czasy, kiedy to po Zakopanem spacerowali tacy z nartami na ramieniu, ale na nich nie zjeżdżali, bo to były jakieś francuskie rossignol, albo austriackie atomiki. Nie chcieli ich porysować przy zjeździe. Najczęściej te narty były wystawione na tych ramionach na sprzedaż, przez tych szczęśliwców, którzy dostali paszport na zachód, i przywozili co się da. A rynek wtedy był głodny, bo nie było niczego, a dodatkowo niektórzy mieli pieniądze – i to duże. Do dzisiaj nie wiadomo skąd.

My posiadacze starych drewnianych dech wyprodukowanych w Szaflarach, patrzyliśmy na te francuskie rossignole z otwartą gębą z podziwu. Jak nic, ktoś na takich nartach zjeżdża sam, bez umiejętności. A moje skórzane buty narciarskie marki Elbrus, wyprodukowane w Krośnie, gdyby tylko były zastąpione takimi platikowymi wysokimi prawie do kolan, obroniłyby mnie przed spektakularnymi fikołkami na stoku. Niektórzy myśleli, że jestem kaskaderką ćwiczącą upadki do filmu. Podobnie było i teraz. Z podejrzliwością zerkano na moje fioletowe buty trekkingowe. A ponieważ podpierałam się laską – o zgrozo różową, to pewnie myśleli, żem jakaś wariatka. W schronisku na Kalatówkach byłam ignorowana przez dobre pół godziny, aż się nie zdenerwowałam, bo inni po mnie byli już obsłużeni, i poprosiłam moją nieskazitelną angielszczyzną – czego nigdy wcześniej nie robiłam w Polsce, bo moja polszczyzna też jest nieskazitelna, o menedżera. Poskutkowało. Po zjedzeniu kwaśnicy z żeberkami poczułam się prawie jak góralka i zapłaciłam kartą american express, żeby nabrali respektu przed starszymi paniami z różową laską we fioletowych butach górskich. Nie wiem czy poskutkowało. Mnie nastrój się polepszył.
I tu proszę, lato jeszcze się nie skończyło, a ja już chcę jechać do Polski na Wszystkich Świętych. I to już jest nieomylny koniec lata, kiedy tęsknimy za zmianą.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

MichalinkaToronto@gmail.com,

5 września, 2026