Szła dzieweczka do laseczka

405

Oglądam mistrzostwa w jeździe figurowej na łyżwach. Dzisiaj od 7 rano. Jest już po 10, a mój mąż wie, że dzisiaj nie będzie tutaj, oglądał swoich filmów. Tylko raz w roku tak jest. 

        Wczoraj byłam sama w mieście, bo mąż po kontuzji nogi. Wróciłam po kilku godzinach, bo spotkałam najpierw jedną koleżankę, którą poznałam w szpitalu po urodzeniu syna. Ona urodziła wtedy córkę. Dawno się nie wiedziałyśmy, ledwo ja poznałam, bo zmieniła uczesanie na kitkę z tyłu. Wcześniej włosy miała farbowane na czarno i dość krótko obcięte, teraz stawia na naturalność i jak najrzadsze wizyty u fryzjerów. Mąż jej teraz włosy podcina. 

        Dlaczego w Polsce nie ma punktów z podcięciem włosów. Takim 5 – minutowym? W Niemczech widuję reklamy z takim obcięciem za 5 euro, u nas by to mogło kosztować 5 złotych. Bez mycia, bez suszenia na szczotkę gorącym powietrzem z suszarki. Fryzjerki dotykają wtedy włosów, aby szybciej wyschły, ale strumień kierują na zewnątrz głowy. Głowa tego nie czuje, ale włosy na pewno. 

        Oglądam dalej łyżwiarstwo, teraz średni poziom zawodników, a w nich Michał Brzezina, Polak z Ukrainy – jemu dobrze nie poszło. Powinien zmienić trenera, bo widać, że dużo umie… dużo mógłby umieć.

        Koleżanka jest młodsza ode mnie, ma chorobę lokomocyjną, więc nie mogła jeździć do pracy w Niemczech, w okresie przedemerytalnym. Ostatnio pracowała w firmie, która ulokowała się 2 godziny jazdy samochodem od naszego miasta. Wstawała o 4 tej rano, była w pracy o 6-stej rano. Przyjeżdżała do domu wieczorem, zmęczona, kładła się spać i tak cały rok. Potem miała zasiłek dla bezrobotnych, na pół roku. Wcześniej taki zasiłek należał się na rok, bo to rejon o dużym bezrobociu. Odkąd Anglia w roku 2005, otworzyła rynek pracy, i inne kraje bogatsze zachodnie też, bezrobocie spadło, bo młodzi ludzie wyjechali. Zasiłek jest na pół roku, ale koleżanka przedtem poszła na zwolnienie chorobowe, na depresję, bo po takiej pracy trudno jej nie mieć. 

        Trochę firm ulokowało się w okolicy. Ta akurat zapewniała dojazd. Moja sąsiadka dojeżdżała do miasta obok, zarabiała 1200 złotych, a dojazd 200 złotych.

        Wcześniej koleżanka pracowała w fabryce czekolady i też zarabiała najniższą krajową. 

        Dlaczego ja nie miałam pracy? Winą był wypadek samochodowy. Miałam kilka lat taki uraz, że w tamtą stronę bałam się jechać. Zawracałam, gdy tylko dojechałam do lasku, na brzegu którego mój samochód zrobił fikołka. Dobrze, że było miękko. Walczyłam z tym lękiem 2 m-ce, szkoła czekała pół roku. Nie dałam rady. Tam pracy miałam aż za dużo, bo co drugi tydzień prywatny ogólniak – w weekend. 

        Dalsza sąsiadka mnie poleciła do dużej firmy, która wysyła kobiety polskie do opieki nad starszymi ludźmi niemieckimi. Z perspektywy czasu była to jedyna droga właściwa. Gdybym pracowała w Polsce, nasze młodsze dzieci by nie mogły studiować, gdyż nie otrzymywałyby stypendium, albo byłoby one bardzo niskie. Pracując w Niemczech, z dietami zarabiałam więcej, ale diety nie były wykazywane, tak to było. Dzieci miały więc stypendium. 

        W tej chwili społeczeństwo bardzo korzysta z pracy moich dzieci, które się wykształciły, zwłaszcza że jest tendencja wśród studentów, aby studiując, pracować, aby jak najwcześniej zaczynać pracę, bo potem może jej nie być. Jest to bardzo trudne studiowanie, bo dojazdy zajmują dużo czasu, który robi się drogocenny. Taki student nie ma już wakacji, ma trochę urlopu.

        Na pewno nie można w ten sposób studiować na kierunkach chemicznych, gdzie trzeba być na laboratoriach. Laboratoria do 17-stej, z godzinną przerwą na obiad – tak było na ostatnim roku chemii. Moim dzieciom nie pozwoliłabym iść na chemię i wąchać smrody – niebezpieczne dla zdrowia.

        Siedziałam z tą koleżanką na ławce nad jeziorem, tak się zagadałyśmy. Dalej doszłyśmy do jej domu. Nie chciałam wchodzić do niej na 4 piętro, więc znów na ławce. Nawet nie zauważyłam, jak zmarzłam. Ona ma w domu 3 koty, jej zwierzaki nie tolerują gości, są nadal dzikie, po przejściach, wyciągnięte ze śmietnika. One załatwiają się do klozetu. Nie wiem, jak ona potrafi tego nauczyć. Oczywiście jedzą tylko mintaja, ale morszczuka już nie. Dziwię się temu, bo ludzi w Polsce nie stać na ryby, nawet Niemcy uważają że są one za drogie. W dodatku ona jednemu kotu wstrzykuje insulinę. Wizyta u weterynarza prawie 200 złotych 

        Nie potrafię tego zrozumieć. Na sobie oszczędza, na zwierzakach nie. To ona 20 lat temu dała mięso psu, błąkającemu się nad jeziorem, wilczurowi. Niosła mięso dla swoich córeczek nie doniosła do domu.

        Aha, ona jeździ ze swoimi dorosłymi już córkami do miasta, oddalanego o 30 km i bierze ze schroniska kilka psów na spacer. Te psy tak się cieszą. 

        Tak, Iwona, to bardzo pozytywna osoba i zawsze zadowolona z tego, co ma… nawet jeśli ma bardzo mało.

        Potem następna koleżanka – dawna, szkolna, zakapturzona. Jest po cienkiej grypie, w czasie której miała prawie 40 stopni gorączki 

        Dalej zagadnięta pani, sprzątała swój ogródek też po chorobie, ale miała dość siedzenia w domu. Mieszka na parterze, więc ma ogródek. Ja mam 3 skrzyneczki na balkonie, a w nich bratki. 

        Śliczne kafelki, na naszym balkonie, po roku od ich założenia, zostały zniszczone, przy ocieplaniu budynku. Byłam wtedy w Niemczech, w pracy. Do dzisiaj ich nie ma, ale mnie to razi. – brzydko wygląda. Oddano połowę ich ceny, ale teraz już znikły wszystkie złote rączki. Starsze złote rączki się postarzały nie mają sił, młodsze wyjechały do pracy za granicę. Sama bym te kafelki położyła, nawet bez rantów. 

        Piszę, oglądam telewizję – łyżwiarstwo… tam w kuchni gotuje się pomidorowa, muszę o niej pamiętać. 

        Męża jeszcze boli noga, nie pojedziemy więc do córki, niestety. Lepiej nie ryzykować, bo to podróż pociągami i przejścia są po wielu schodach. 

        Wróciłam z miasta, z lekami dla męża. Musiałam zahaczyć o przychodnię, aby lekarz 1- szego kontaktu przepisał receptę, daną przez lekarza pogotowia. Udało się, pani z rejestracji była miła, pielęgniarka była miła, chociaż najpierw powiedziały, że to potrwa do poniedziałku. Jednak wytłumaczyłam, że sprawa pilna. Pochodziłam po mieście, trzeba było poczekać aż przyjdzie lekarz. Wszystko się udało. Jeden lek był ważny, drugi mniej ważny, bo typowo przeciwbólowy, a takie mąż już ma. 

        Jednak, okazało się, że panie w tej aptece sprzedają leki na listki. Nie trzeba kupować całego opakowania, więc przeciwbólowego wzięłam 10 tabletek na jednym listku, zamiast trzech listków z 30 tabletkami w sumie. Tak na wszelki wypadek kupiłam, zwłaszcza że mniej tabletek, to mniej pieniędzy. Wszystkie leki na 100%, więc nie to co kiedyś, gdy dzieci nasze były małe. – lata 80 te i 90-te. 

        Teraz lepiej być głodnym, niż chorym. Lepiej być obdartym niż głodnym. 

        Obdarty może pójść do szmateksu, gdy jest tam najniższa cena i może kupić sobie ciuchów za 10 złotych za kilogram … buty też tam są. 

        Dzisiaj szokujące wiadomości w telewizji. Reportaż o taksówkarzu, którego młodzi Niemcy pobili, podcięli mu gardło. Sąd niemiecki skazał ich na łagodną kare, Taksówkarz żyje, ale jest, jak roślinka, a minę ma człowieka bardzo przestraszonego aż serce się kraje 

        Potem znów o człowieku, jeszcze młodym, któremu spuchła noga, miała na niej rany, które się chyba same porobiły. Brat zawiózł go do szpitala, a tam kilka godzin czekał na pomoc. Umarł. 

        Patrzeć nie można było na te jego nogę. Dlaczego ten brat nie walczył, nie prosił lekarza. Dlaczego tak spokojnie czekali. Tacy są właśnie Ślązacy – grzeczni i cisi. 

        No i film, w którym występuje Joanna Kulig. Zaczęłam oglądać, to był chyba teatr telewizji. Zaczęłam oglądać, bo bardzo lubię tę aktorkę, bo ona w każdym filmie inaczej wygląda i świetnie gra. Ona ma siostrę Justynę, bardzo do niej podobną, też taka ładna zmieniła nazwisko na Sznajder, po ich babci.

        Obejrzałam tylko część tego filmu, zbyt drastyczny. 

        1 kwiecień, toż to Prima Aprilis. Oszukałam męża, że ktoś nam wysłał paczkę pomarańczy – prawie uwierzył.

        Dzisiaj byliśmy o ortopedy, czekaliśmy w kolejce 3 godziny. Syn nas zawiózł, a potem po nas przyjechał. Rozmawialiśmy z ludźmi. Była pani, która złamała sobie rękę, na śliskich, świeżo umytych kaflach. Mąż na emeryturze, ona prowadzi jadłodajnię. Wiem, jest taka w moim mieście, chodził do niej dziadek z naprzeciwka, który z Łodzi przyjechali tutaj i za Łodzią tęsknił. Po śmierci jego żony, syn przywiózł go tutaj, a mieszkanie w Łodzi zostało sprzedane 

        Czekaliśmy w kolejce, mieliśmy numer 32, ale połowa ludzi nie przyszła, pewnie zapisali się kilka tygodni temu i już im się polepszyło. 

        Kolejka wydłużyła się poprzez ludzi, których się nie spodziewaliśmy. Najpierw jeden więzień, potem drugi w asyście dwóch strażników, z pistoletami. Myślałam że to ten sam więzień, ale potem zauważyłam, że pieszy był starszy, a drugi miał wyjątkowo złą minę. Szli malutkimi kroczkami, bo mieli kajdanki na nogach. Żal mi ich było. Ciekawe, jakie przestępstwo popełnili? Ten starszy może nabrał kredytów i nie ma czym spłacać. Podobno za długi też biorą do więzienia. Może miał kilkoro dzieci… A może zrobił coś gorszego. 

        Ten drugi miał złość w spojrzeniu. Jednak byli oni w trudnej sytuacji, wystawieni na widok publiczny. Korytarz z gabinetami lekarskimi jasno oświetlony, krzesła przy ścianie i ludzie czekający i nudzący się. 

        Potem trzeba było się zarejestrować na następną wyznaczoną wizytę, za 2 m-ce prawie. – w przypadku mojego męża – dostanie wtedy zaświadczenia potrzebne do ubiegania się o pieniądze z ubezpieczenia. Nie wiadomo, czy coś dadzą, ale złożyć można. 

        Obiad w domu, jeszcze wczorajszy, ale dobry. Siadłam przed moim małym telewizorkiem. Jeszcze syn dzwonił, jadąc z pracy. Kupił opony, a zastanawiał się, czy kupować nowe i jakie – którego producenta. Kiedyś jechałam do serwisu Dębicy, na skraju miasta, i byłam zadowolona z obsługi. Wszystko mi dobierali, aby było dobrze. Teraz można sobie wybrać w Internecie, więc zanim się wybierze, można by pracę naukową na temat opon napisać. Jest duży wybór, za duży wybór. Pomija się ludzi, którzy się na tym znają, którzy w tym siedzą od lat, pomija się fachowców. Sprzedawcy już się ludzie nie pytają, bo jeszcze coś wciśnie, co nie idzie. Polega się na opiniach ludzi, internetowych opiniach. 

        W telewizorku słucham o Zespole Pieśni i Tańca Śląsk, w dzieciństwie, gdzieś oglądanym. Chyba byliśmy wtedy na wczasach w Kołobrzegu. Pamiętam zachwyt nad pięknem tego i ktoś oznajmił że to nie Mazowsze, że to Śląsk. Wczoraj opowiadano o życiu profesora Stanisława Hadyny, który stworzył ten zespół Śląsk. Moje ucho łowiło piosenki, 

– Pyk, pyk, pyk z fajeczki 

 duś, duś, duś gołąbeczki 

        Jaka oprawa muzyczna! W tle głosy chóru – coś pięknego, i skrzypce pięknie posuwająco- grające,  a potem 

– Gdybym to ja miała, skrzydełka jak gąska, 

 To bym poleciała na Jasiem do Śląska. 

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego 

– to też jego piosenka 

        Ja chcę słuchać tych piosenek, tych pięknych melodii. Dlaczego gdzieś umknęły, a muzyka obecna jest taka mi niepasująca. Te obecne śpiewaczki /gwiazdy śpiewające /, które przestały popisywać się głosem. Nie mają na sobie sukienek, nie wyglądają, jak kwiaty, bo kobieta w sukience wygląda, jak kwiat – zwłaszcza w ludowych spódnicach, tańcząca, kręcąca się. 

        Czytam o Zdzisławie Grudniu i o Gierku. Ciekawe wiadomości. Internowani po wprowadzeniu stanu wojennego.. itd. 

        Dlaczego o Grudniu? Rodzina Hadyny – jego córka, jego wnuczka, mówią, że właśnie wtedy został odizolowany od swojego zespołu. Potem wrócił do niego w 1990, ale już nie miał tej energii. W zespole spierali się inni ludzie, on brał każdego osobno do gabinetu i słuchał jego głosu. Był bardzo surowy i konkretny. Nie zabawiał towarzystwa opowiastkami, tylko zadawał pytania, konkretne pytania, na które oczekiwał odpowiedzi. 

        Moja koleżanka szkolna, która w szkole wcale dobrze się nie uczyła, teraz zadaje pytania. Czasem się dziwię, jakie mądre ona te pytania zadaje. Czasem jestem zła na siebie, że odpowiadam na nie, a przecież nie muszę, ale tak zostałam wychowana. Chodzi szczególnie o pytania dotyczące mojej rodziny. Dzisiaj zaskoczyła mnie pytaniem, ile lat miał mój ojciec, jak umarł. Nie pamiętałam dokładnie, aż wstyd. Koleżanka ma w sobie poczucie wyższości, jeśli chodzi o dobro, wychowanie, akuratność, więc głupio mi. Na pewno zajrzała na grób mojego ojca, mojej babci, oceniła czystość grobu, ilość kwiatów, oszacowała wielkość i wartość zniczy.

wandarat
wandarat@wp.pl
Polska, a w niej wierzby już jasnozielone