Jan Czekajewski

Od momentu mego przybycia do Stanów Zjednoczonych, w marcu 1968 roku, w centrum wojny w Wietnamie danym mi było entuzjazmować się szeregiem innych wojen. Po porażce, a właściwie przegranej wojnie w Wietnamie, mieliśmy kilka lat względnego spokoju. Zbyt wielu młodych ludzi widziało, jak straszna ta wojna była i jej skutki widać wśród weteranów, do dzisiaj 70  letnich, a nawet starszych. Szczególnie tych co z helikopterów rozpylali trujący preparat, „Agent Orange”, którego zadaniem było pozbawienie liści drzew, pod którymi kryli się partyzanci Wietkongu. Po latach okazało się, że ten preparat nie tylko był trujący dla liści, ale także dla tych amerykańskich żołnierzy, którzy go rozsypywali.

W ciągu ostatnich 20 lat mieliśmy wojnę z narkotykami, głównie w Ameryce Południowej która kosztowała setki milionów dolarów, wojnę w Afganistanie, która trwa do dzisiaj i kosztuje chyba ponad trylion dolarów, wojnę w Iraku, który jakoby miał „Broń Masowej Zagłady”, Wojny wyzwoleńcze w Libii, gdzie pozbyliśmy się satrapy Kadafiego i naszego byłego przyjaciela Huseina, wojny z różnego rodzaju islamskimi fanatykami, wojnę z Syrią, której bronią Rosjanie itd.. Pytanie pozostaje, czyśmy te wojny „wygrali” czy „przegrali”. Czy zamierzenia tych wojen zostały spełnione, czy nie?

Jeśli naszego Rządu zamierzeniem, był stan trwałego zamętu w krajach Bliskiego Wschodu to tak, wojny te spełniły swe zadanie, niemniej nie spowodowały bezpiecznego pokoju dla naszego głównego sprzymierzeńca, jakim jest Izrael.

 

Sytuacja Izraela

Wyrażanie własnych opinii jest w tym temacie niebezpieczne. Każdy, a szczególnie obywatel Izraela, albo Żyd żyjący w diasporze, który wyrażałby jakąkolwiek opinię różną do ustalonej przez cenzurę, jest w najlepszym wypadku skazany na niebycie i wstęp to tego kraju, albo z niego wydalenie.

W moim odczuciu zbieżnym z Żydami polskimi, którzy do Izraela przybyli po wojnie, jest obawa przed przyszłością. Przyszłością nie tyle dla nich samych, ale ich dzieci czy wnuków.




Wynikiem tego są ich starania o odzyskanie polskiego obywatelstwa, marzeniem emigracja do USA lub Kanady. Ci ze Syjonistów, którzy kiedyś przekonywali ludzi do założenia i emigracji do Izraela, kraju, który istnieje w postaci małej wysepki w morzu wyznawców Islamu, nie pomyśleli co się stanie w perspektywie 100 lub więcej lat. Możnaby powiedzieć, że zrobili taki sam błąd jak katoliccy Rycerze Krzyżowi, którzy założyli tam, w roku 1099 Królestwo Jerozolimskie, które przetrwało od 1099 do roku 1194, czyli 95 lat do czasu, kiedy zostało podbite przez Saladina.  W tym roku Izrael będzie obchodzić 71 rocznice swego istnienia (został założony w roku 1948. Największym wrogiem Izraela nie jest Iran, ale demografia, czyli rozrodczość wyznawców Islamu otaczających Izrael, a także żyjących w granicach Izraela przewyższająca dużo niższą rozrodczość Żydów, z których większość nie jest nawet praktykującymi wyznawcami religii  mojżeszowej.

Na dodatek, wewnętrzna polityka Izraela robi wszystko, aby poróżnić obydwie grupy etniczne, nie tylko Arabów-Mahometan, ale też Arabów-Chrześcijan. Perspektywy są dla mieszkańców Izraela przygnębiające.

A więc o co Amerykanom chodzi w Iranie? Czy o obronę Izraela przed Iranem, czy może o coś innego?

Jaki interes mają Stany Zjednoczone w konflikcie z Iranem?

Być może, że nie chodzi ani o dostęp do ropy naftowej na Bliskim Wschodzie, ani o zapewnienie bezpieczeństwa Izraela, ale o coś zupełnie innego. To coś innego stanowi obronę, wszystkimi możliwymi środkami, łącznie z wojną, tak zwanego dolara rezerwowego, czyli środka płatniczego, za który można kupić ropę naftową. Jak nam wiadomo US, są od lat niezwykle zadłużone. Jego całkowity dług wynosi ponad 73 tryliony dolarów. Co dzień ten dług rośnie o 2 biliony dolarów.  Pokrywamy go poprzez emisję obligacji Banku Federalnego ( Federal Bonds) i sprzedajemy te obligacje krajom, które potrzebują dolarów na zakup ropy naftowej. Ten dług w stosunku do innych krajów wynosi obecnie 6,4 tryliona dolarów. W przeszłości niektóre kraje próbowały wyłamać z tej zasady i zaczęły sprzedawać ropę na innych niż dolary warunkach. Takimi krajami były Irak i Libia. Stany Zjednoczone aby nauczyć te kraje moresu i przestrzegania zasad „demokratycznych” , wypowiedziały im wojny „wyzwoleńcze” i jak się skończyło to wiadomo, szczególnie dla prezydentów obydwu tych krajów.

Z Iranem jest inaczej.  Iran jest krajem górzystym, dużo większym i wojna z nim będzie uciążliwa. Można go pokonać, ale nie ujarzmić. Do okupacji Iranu potrzeba będzie nie 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy, ale może nawet milion.  Na dodatek Iran sprzedaje ropę naftową Chinom i rozlicza się nie w dolarach, ale w chińskiej walucie. W sumie konflikt z Iranem jest w istocie konfliktem z Chinami. Pytanie jest, czy US albo nasi sprzymierzeńcy jak Arabia Saudyjska lub Izrael zaatakują chińskie tankowce załadowane Irańska ropą? Przypuszczam, że nie.

Jak na razie nacisk ze strony US jest poprzez sankcje gospodarcze, aby wywołać kryzys gospodarczy w Iranie. Czy Unia Europejska i przedsiębiorstwa niemieckie i francuskie poddadzą się presji amerykańskiej i zaprzestaną handlu z Iranem, czy nie?

Jak zachowa się Rosja, która może dostarczyć Iranowi antyrakietowych pocisków systemu S400? Jak zachowa się Turcja, która niby jest w NATO, ale flirtuje z Rosją kupując antyrakietowe systemy S400 z Rosji, a nie Patrioty z USA? Turcja jest także krajem o religii mahometańskiej i wrogiem Arabii Saudyjskiej.

Kalkulacje  „doradców” Prezydenta Trumpa mogą być błędne, podobnie jak miało to miejsce z Hitlerem, który wypowiadając wojnę Polsce liczył na neutralność Anglii i Francji,  a  później wydając wojnę ZSSR,  zapomniał o odległościach i pogodzie, jakie hitlerowskie armie musiały pokonać. Na dodatek, czasami emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, szczególnie u mocarstwa, które od lat żyje nad stan i pokrywa swoje długi czekami, bez pokrycia licząc na finansową bezkarność.

Przypomniał mi się tutaj frazes, zasłyszany od kolegi, jeszcze za czasów PRL-owskiej komuny; „Ekonomicznego prawa wartości nie da się wydymać!”. Podobnie myślał Leszek Balcerowicz w wywiadzie który przeczytałem w Paryskiej Kulturze, Nr 1/544 z roku 1993. Uzasadniał w nim przekonywająco, że upadek sowieckiego komunizmu była zasada „planowanego” zarządzania. Może podobna mentalność, tym razem jednak bazowana na militarnej supremacji ma miejsce dzisiaj w Stanach Zjednoczonych?

Jan Czekajewski  

Columbus,Ohio,  Maj 26, 2019