Czasem ma się już wszystkiego dość. Chce się po prostu uciec w góry i mieć święty spokój, przynajmniej na jakiś czas. Wtedy zazwyczaj uciekam do nikąd, gdzie diabeł mówi dobranoc do wymarłej wioski (ghost town) w północno-wschodniej części Ontario.

Tam jeszcze mieszkają szkoccy i appalachijscy górale, a Irlandczycy grają i śpiewają wieczorami niepomni na gryzące komary i meszki (black flies). Mój ukochany Beskid Śląski jest za daleko na takie krótkie przerwy. Ach, święty spokój.

Zapewne znacie takich, bo jest ich wielu dookoła, którzy zrobią wszystko i zawsze, żeby tylko mieć święty spokój. Tak się zakopią w swojej norce, że wychylają dziubek tylko wtedy kiedy muszą. A wszystko co ich dotyczy, próbują zwalić na kogoś innego. Często na mnie. Jedną z zasad zwalczania terrorystów w sytuacji przechwycenia zakładników, jest strzelanie do stojących, więc nie chcą być ustrzeleni żadnymi powinnościami. Niech za nich robią inni. A ci inni są czasem po prostu zmęczeni. A więc w tym tymczasowym zmęczeniu nie chce mi się pisać o następujących sprawach:

– o ambasador US w Polsce Georgette Mosbacher, i o tym jak ona nas Polaków widzi. Ten jej wizerunek nas i Polski jest lustrzanym odbiciem tego jak traktuje nas administracja Stanów.  A wizerunek ten nie zawsze jest tak piękny, jak podczas wizyty prezydenta Trumpa w Warszawie

– o Januszu Lewandowskim (PO), który wyprzedał Polskę za bezcen, a dalej został wybrany na europosła, i dalej wygaduje głupoty. To ten sam żartowniś, który kazał patrzeć na to co się dzieje w Warszawie, a nie w Aleppo w Syrii, jak się taki jeden zdrowo szurnięty kładł na jezdni i udawał rozjechanego na jakiejś tam, jeszcze jednej nieudanej demonstracji, mającej na celu obalenie rządu w Polsce. Chyba mu za to udawanie rozjechanego nieźle zapłacili. No bo żeby chłop tak sam z dobrej woli robił z siebie durnia i pośmiewisko na cały świat?

– o Lechu Walęsie, bo mi wstyd, żeśmy się wszyscy dali wystrychnąć na dudka (i to przez kogo?) i odwracaliśmy oczy, jak nam Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz i pracownicy stoczni mówili, że to kapuś i nałogowy łgarz. A teraz się go pokazuje, żeby nas tak pod włos – No i co naiwniacy?  Daliście się wszyscy przez nas wyrolować (tak łatwo, i tak głupio).

– o Benjaminie Netanyahu i o jego rywalu pochodzącym z Mołdawi (spędził tam dzieciństwo i do dziś mówi z ciężkim rosyjskim akcentem) Avigdorem Liebermanem (niestety nie wiem jak się nazywał w Mołdawi) z partii Nasz Dom Izrael. Premier Netanyahu nie zdołał utworzyć rządu, i po raz pierwszy w krótkiej historii Izraela (od 1948 roku) będą rozpisane nowe wybory, być może już we wrześniu roku bieżącego.


– o ustawie 477 JUST i haraczu jaki Polska ma płacić żydowskim organizacjom w Stanach za zgodą naszego największego przyjaciela. Nie łudźcie się – nie wywiniemy się od tego. Dziwnym zbiegiem okoliczności ustawa 477 JUST została przegłosowana przez senat amerykański, gdy Polska zaczęła podnosić głos w sprawie restytucji wojennych od Niemiec. Jeśli 50% ofiar to byli Polacy, to 50% należy się Żydom. A co z Romami?  A co z innymi?  Nie są zbyt dobrze zorganizowani. Podobnie jak i my. Strategii działania nie mamy, ani jako państwo, ani jako Polonia. Tak pyk, pyk, od uderzenia nas w nos, do kopnięcia w kostkę.

– o Meghan Markle, księżniczce Sussex, i jej mężu Harrym.

Choć właściwie nigdy o nich nie pisałam i nie zamierzam. Ale gdzie bym nie spojrzała to widzę same rewelacja na ich temat. Ostatnio, że prezydent Trump powiedział o Markle, że nie wiedział, że jest ‘nasty’ (paskudna), jak dotarły do niego jej opinie (wtedy aktorki seriali ze Stanów), że jest on wrogiem kobiet (misogynist), i że po jego wyborze rozważy wyjazd do Kanady. No cóż udało jej się znacznie lepiej niż Kanada, poślubiła wielkiego księcia z Wielkiej Brytanii.

– o trzeciej wojnie światowej. Ale tak właściwie, to jest to temat fascynujący, szczególnie dla nas wychowanych na tradycji wojny tradycyjnej, liniowej, okopowej i partyzanckiej.  A tu proszę, mamy wojnę kinetyczną, nieliniową, informatyczną, atomową/przeciwrakietową, hybrydową i ostatnio hipersoniczną.

A ta wyraźna niechęć do pisania (ponownie, tylko w innej wersji) o pewnych rzeczach, jest związana z nadchodzącą kanikułą, którą trzeba ładnie zaplanować. Samo planowanie zapobiegnie wypaleniu się pisarskiemu. Taki plaster na zbolałe serce czytania i zajmowania się sprawami przykrymi. A przecież życie składa się nie tylko z rzeczy przykrych. Więc należy cieszyć się z tego, że ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego przyniosły jakościową zmianę i odejście od lewactwa. To my, których skórę wybatożył ten lewacki system, powinniśmy celebrować.  I tym optymistycznym akcentem (wiem, wiem, że dla wielu to akurat klęska, bo się lewactwem określają) kończę, mając nadzieję, że za tydzień będzie wiele dobrego do poruszenia.

Alicja Farmus