To nie ja twier­dzę, aż taki odważ­ny to ja nie jestem, gdzież­bym śmiał. To nie­ja­ki Pas­sent Daniel napi­sał, na swo­im blo­gu, w stycz­niu 2017 roku.

Kawał buca, nie­praw­daż. Czy tam kawał zaduf­ka (“zadu­fek” – nie zna­łem tego sło­wa, bio­rę sobie, ślicz­ne jest). Teo­re­tycz­nie czło­wiek, w prak­ty­ce pół­dzie­wic (Boh­dan Urban­kow­ski, “Pół­dzie­wic Pas­sent” – pole­cam, kto nie zna). Czy też czło­wiek złej woli, jeśli “buc”, “zadu­fek” czy “pół­dzie­wic” brzmią komuś zbyt nachal­nie. Czy tam za ostro.

Tak czy owak, w pierw­szej kolej­no­ści mówię przez to, że w zaska­ku­ją­ce zaka­mar­ki Inter­ne­tu kie­ru­je nas wujek Google, w tym kon­kret­nym wypad­ku po pro­za­icz­nym zapy­ta­niu o wdzię­ki i los pan­ny Rache­li, uwa­ża­nej za naj­pięk­niej­szą pro­sty­tut­kę mię­dzy­wo­jen­ne­go Lublina.

OFIARY MONOGAMII

To jest, naj­pięk­niej­szą oczy­wi­ście na pro­gu swo­jej karie­ry zawo­do­wej. Przy oka­zji: filo­zof Arthur Scho­pen­hau­er twier­dził dow­cip­nie, że: “Pro­sty­tut­ki to ludz­kie ofia­ry zło­żo­ne na ołta­rzu mono­ga­mii”. Mniej­sza z tym, zwłasz­cza przy tak rado­snej koin­cy­den­cji: tu żydow­ska pro­sty­tut­ka Rache­la, tu pół­dzie­wic Pas­sent Daniel. Więc.

Więc damy mają pierw­szeń­stwo. Co praw­da pan­na Rache­la, uwa­ża­na za naj­pięk­niej­szą pro­sty­tut­kę mię­dzy­wo­jen­ne­go Lubli­na, praw­do­po­dob­nie nie czy­ty­wa­ła Scho­pen­hau­era, tym nie­mniej ofia­ro­wy­wa­ła sie­bie “na ołta­rzu mono­ga­mii” zlo­ka­li­zo­wa­nym na uli­cy Zło­tej na Sta­rym Mie­ście, ewen­tu­al­nie na Szam­be­lań­skiej (od Bra­my Kra­kow­skiej w lewo). Ta dru­ga uli­ca “Jak w Ham­bur­gu czy w Holan­dii – cała zło­żo­na tyl­ko z domów publicz­nych, w któ­rych pra­co­wa­ły same Żydów­ki” – powia­da Feliks Czer­niak, miesz­ka­niec przed­wo­jen­ne­go Lubli­na, cyto­wa­ny w pra­cy Mate­usza Roda­ka “Pro­sty­tut­ki żydow­skie w woje­wódz­twie lubel­skim w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym” (Kwar­tal­nik Histo­rii Żydów nr 3/2006).

FATALNY WIZERUNEK

Nota bene, koja­rze­nie śro­do­wisk żydow­skich ze strę­czy­ciel­stwem i pro­sty­tu­cją cha­rak­te­ry­zo­wa­ło War­sza­wę bar­dziej chy­ba niż Lublin i to znacz­nie wcze­śniej niż mię­dzy­woj­nie, wcze­śniej nawet niż począ­tek XX wie­ku. Już w 1889 r. aż 75% lupa­na­rów w Kró­le­stwie Pol­skim pro­wa­dzi­ły żydow­skie “mada­mas”, w War­sza­wie zaś Żydów­ki sta­no­wi­ły nawet dwie trze­cie ogó­łu war­szaw­skich prostytutek.

Ów fatal­ny wize­ru­nek zwią­za­ny był mię­dzy inny­mi z dzia­łal­no­ścią orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej for­mal­nie, a de fac­to mafii, kon­tro­lu­ją­cej sto­łecz­ne sek­su­al­ne pod­zie­mie i wspie­ra­ją­ce pro­ce­der sprze­da­ży żydow­skich kobiet do domów publicz­nych całe­go świa­ta. Por­tal fronda.pl: “Orga­ni­za­cją, któ­ra zaj­mo­wa­ła się han­dlem kobie­ta­mi z nędz­nych mia­ste­czek Euro­py Wschod­niej, było zało­żo­ne w 1890 roku War­szaw­skie Towa­rzy­stwo Wza­jem­nej Pomo­cy, któ­re ofi­cjal­nie mia­ło cha­rak­ter filan­tro­pij­ny, sku­pia­ło jed­nak wie­lu ludzi zaan­ga­żo­wa­nych w han­del żywym towa­rem. Mac­ki raj­fu­rów się­ga­ły od Euro­py Wschod­niej po Szan­ghaj. Dopie­ro w 1928 roku pol­skie­mu kon­su­lo­wi w Argen­ty­nie uda­ło się zmu­sić towa­rzy­stwo do usu­nię­cia z nazwy sło­wa “war­szaw­skie’” Wte­dy zaczę­ło funk­cjo­no­wać jako Cwi Mig­dal — od nazwi­ska jed­ne­go z fundatorów”.

PIMP POGROM

I dalej: “Pol­ski nie było wów­czas na mapie Euro­py, ale więk­szość żydow­skich kobiet i dziew­czy­nek (cza­sem 12-let­nich), któ­re tra­fi­ły do bur­de­li Ame­ry­ki Połu­dnio­wej, pocho­dzi­ła z tere­nów zamiesz­ki­wa­nych przez Pola­ków. Stąd hisz­pań­skie okre­śle­nie na kobie­ty z Pol­ski: pola­cas. W por­to­wej dziel­ni­cy Buenos Aires La Boc­ca upra­wia­ły nie­rząd – jak dono­si­ła tam­tej­sza pra­sa – na każ­dym wol­nym skraw­ku ziemi”.

Ów fatal­ny wize­ru­nek, powta­rzam, dopro­wa­dził w ostat­nim tygo­dniu maja 1905 roku do trzy­dnio­wych zamie­szek, wywo­ła­nych przez war­szaw­skie bojów­ki Bun­du prze­ciw­ko śro­do­wi­sku sute­ne­rów, któ­re to zamiesz­ki prze­szły do histo­rii pod nazwą “Pogro­mu alfonsów”.

“Robot­ni­cy żydow­scy ata­ko­wa­li domy publicz­ne oraz pry­wat­ne domy osób zaan­ga­żo­wa­nych w han­del kobie­ta­mi i pro­sty­tu­cję. Bez­li­to­śnie potrak­to­wa­li napo­tka­nych tam han­dla­rzy i sute­ne­rów, bijąc ich, a cza­sem nawet mor­du­jąc, podob­nie bru­tal­nie karząc też pro­sty­tut­ki” (Alek­san­dra Jakub­czak: “Pogrom alfon­sów” w War­sza­wie 1905 roku w świe­tle pra­sy żydow­skiej”, Stu­dia Juda­ica 18 (2015), nr 2).

PROSTITUTA DE POLONIA

Dla wła­ści­we­go naświe­tle­nia kon­tek­stu zaj­rzyj­my jesz­cze raz do wspo­mnia­nej wyżej pra­cy pani Jakub­czak. “Począw­szy od lat osiem­dzie­sią­tych XIX w. spo­łe­czeń­stwo żydow­skie zma­ga­ło się ze wsty­dli­wym pro­ble­mem poważ­ne­go zaan­ga­żo­wa­nia pol­skich Żydów w orga­ni­za­cję han­dlu żywym towa­rem oraz w kon­tro­lo­wa­nie ryn­ku usług sek­su­al­nych (pro­sty­tu­cja i sute­ner­stwo) w wie­lu kra­jach na świe­cie. Tysią­ce mło­dych kobiet pocho­dze­nia żydow­skie­go, głów­nie z małych szte­tli – czę­sto pod przy­mu­sem lub pod­stę­pem – były wywo­żo­ne z ziem pol­skich, przede wszyst­kim ze wschod­nich guber­ni Kró­le­stwa Pol­skie­go i wschod­niej Gali­cji, do domów publicz­nych w Buenos Aires, Sao Pau­lo, Nowym Jor­ku, Kon­stan­ty­no­po­lu, Johan­nes­bur­gu czy lon­dyń­skim East Endzie, gdzie zmu­sza­ne były do upra­wia­nia prostytucji.

Han­dlem żywym towa­rem zaj­mo­wa­ła się głów­nie żydow­ska mafia dzia­ła­ją­ca pomię­dzy Euro­pą a inny­mi kon­ty­nen­ta­mi aż do lat dwu­dzie­stych XX wie­ku. O zna­cze­niu ziem pol­skich w tym hanieb­nym przed­się­wzię­ciu świad­czy też nazwa mafii – “War­sza­wa”. W Argen­ty­nie i Bra­zy­lii obec­ność żydow­skich pro­sty­tu­tek z Pol­ski była tak widocz­na, że z cza­sem “la pola­ca” (hiszp. “Polka”) sta­ło się syno­ni­mem prostytutki”.

PODSUMOWANIE ŻYCZENIOWE

Ale wra­caj­my do Pas­sen­ta, sko­ro nada­rzy­ła się oka­zja, by dopo­wie­dzieć swo­je. Więc.

“Żydzi uwie­ra­ją Pola­ków”, rze­cze zatem pan Daniel, a ja dopo­wiem w tym miej­scu z przy­jem­no­ścią, że jak­że to tak, i że Pola­ków nie jacyś tam Żydzi uwie­ra­ją, sko­ro Pola­ków uwie­ra prze­cież Pas­sent, od lat, oso­bi­ście. W każ­dym razie uwie­ra tych spo­śród Pola­ków, któ­rzy o Pas­sen­cie wie­dzą wię­cej, niź­li Pas­sent o sobie kie­dy­kol­wiek gotów był­by przyznać.

Co poza tym, ktoś pyta? Poza tym sen­sa­cja, rewe­la­cja, brzdęk. Czy tam smród. To zna­czy będzie­my eks­plo­ato­wa­li rynsz­tok prze­zwi­ślań­ski. Czy raczej nad­wi­ślań­ski, bo pod­wi­ślań­skie kolek­to­ry ście­ko­we (oba dwa: wła­ści­wy oraz awa­ryj­ny) w 24-godzin­nym odstę­pie znie­nac­ka powie­dzia­ły “dość”.

W wer­sji dobro­zmia­no­wej pre­zy­den­to­wi Trza­skow­skie­mu to powie­dzia­ły, zaś w wer­sji opo­zy­cyj­nej – pre­mie­ro­wi Mora­wiec­kie­mu. Pyska­te te nasze kolek­to­ry, że nie wiem. Wsze­la­ko mówią, że szcze­gó­ło­we usta­le­nia, czy raczej roko­wa­nia, kto komu powie­dział i co dokład­nie, nadal trwa­ją, i podob­no we wspo­mnia­nych usta­le­niach bie­rze udział pan Pas­sent. Stąd: “Płyń ście­ku do Czaj­ki”, wątek Pas­sen­ta pod­su­mu­ję życzeniowo.

NIEDOPOWIEDZENIA STOŁECZNE

Będzie­my więc eks­plo­ato­wa­li rynsz­tok prze­zwi­ślań­ski, powta­rzam, pon­to­no­wy, by war­szaw­skie… uczyń­my tu pew­ne takie nie­do­po­wie­dze­nie w licz­bie mno­giej, by war­szaw­skie g…, któ­re pły­nę­ły dotąd w stro­nę oczysz­czal­ni dołem, nie­wi­docz­ne i nie­wy­czu­wal­ne, zamie­nić w trans­pa­rent­ne (mod­ne sło­wo) i przejrzyste.

Że cuch­nie? Że śmier­dzi? Że wstyd? Trze­ba było tyle mię­sa nie żreć. Albo łagod­niej: tak to już jest, gdy pro­du­ko­wa­ne obfi­cie, lewo­brzeż­ne…, tu kolej­ne nie­do­po­wie­dze­nie, prze­pchnąć bar­dziej na pra­wo usi­łu­je się, niż na to natu­ra pozwa­la. Teraz wspo­mnia­ne nie­do­po­wie­dze­nie prze­sy­łać mamy tam, gdzie jego miej­sce, wła­śnie górą, to jest nad Wisłą, a nie 10 metrów pod dnem. Na dnie to my wylą­do­wa­li­śmy. W War­sza­wie, w Płoc­ku, we Wło­cław­ku, w Toru­niu, czy gdzie tam jesz­cze, aż po sam Gdańsk, same­go Gdań­ska nie wyłą­cza­jąc. Zako­la Wisły, te małe i te obszer­niej­sze, już wypeł­nia­ją­ce się osa­da­mi, aż paru­ją tak cuch­ną. Moż­na powie­dzieć: smród w Wiśle a spra­wa polska.

***

– Co sta­nie się po pre­mie­rze? – zapy­tał wywia­dow­ca Zło­ne­tu nie­ja­kie­go Vegę, Patry­ka zresz­tą, reży­se­ra. Na co pan reży­ser Patryk mało fine­zyj­nie wyeg­zem­pli­fi­ko­wał swo­ją nie­wie­dzę, po czym raczył był dorzu­cić per­wer­syj­ne dopraw­dy uogólnienie:

– Nie wiem. A jeśli kto­kol­wiek mówi, że wie, to zwy­czaj­nie kła­mie. Pod­czas sean­su “Botok­su” ludzie pobi­li się na widow­ni. Może “Poli­ty­ka” też wywo­ła jakieś zamieszki”.

O, pro­szę. Moż­na siąść za kół­kiem wła­sne­go Lam­bor­ghi­ni Aven­ta­dor, a mimo to wyra­żać się dru­gą stro­ną. Czy tam sty­li­skiem. Tyl­ko wyjąt­ko­wo cięż­kie mło­ty tak potrafią.

Krzysz­tof Ligęza

Kon­takt z auto­rem: widnokregi@op.pl