Znów bumerangiem wróciła „ustawa 447”, która   dotyczy nadzorowania przez Departament Stanu USA wywiązywania się z postanowień czy też domniemanych postanowień konferencji w Teresinie. Widać, że Stany Zjednoczone nie odpuszczają i nie odpuszczą Polsce w sprawie wypłaty de facto reparacji wojennych wobec organizacji żydowskich; reparacji, bo chodzi o tzw. mienie bezdziedziczne, czyli nie o zwrot własności spadkobiercom byłych właścicieli lecz wypłatę urojonej kwoty odszkodowania – prawnie w żaden sposób to się nikomu od Polski nie należy.

        Dlatego ustawa, która znowelizowała kodeks postepowania administracyjnego w Polsce tak naprawdę nie niweluje tego zagrożenia – czyli odszkodowania za mienie polskich Żydów sprzed 80 lat, którego prawem kaduka domagają się dzisiaj od Polski organizacje żydowskie. Żadna nowelizacja tego problemu nie niweluje, oprócz ustawy obywatelskiej złożonej przez Roty Niepodległości i spoczywającej w tak zwanej zamrażarce.

        Wygląda więc na to, że obecne przepychanki między władzami Izraela a Polską czy organizacjami żydowskimi a Polską to dopiero preludium prawdziwej ofensywy, która być może obejmować będzie wymianę polskich władz.

Poniżej kontynuacja tekstu

        Nie jest też wykluczone, że reparacje te zostaną w jakimś sensie uwzględnione, poza oczami opinii publicznej, pod postacią różnych finansowych rozstrzygnięć dotyczących interesów organizacji żydowskich w Polsce czy za granicą; a może  wypłaty jakichiś tantiem czy rent Żydom wywodzącym się z Polski. Sam pomysłów na to mam bez liku.

        Na razie mamy jednak „wojnę” polsko-żydowską czy polsko-amerykańską.

        Polska po raz pierwszy chyba tak wyraźnie postawiła się USA.

        Dzwonek zabrzęczał już przy zakupie dronów dla polskiego wojska – tym razem od Turcji, a nie tradycyjnie od Izraela czy Stanów Zjednoczonych.

         Jest też kwestia – rzekomo – blokowania przyjazdu amerykańskiego  ambasadora, który według polskiego prawa posiada obywatelstwo RP; jest również kwestia ustawy regulującej udział kapitału zagranicznego w polskich spółkach medialnych.

        Są różne symboliczne obrażone miny.

        No i dobrze, bo chyba czas najwyższy, aby polska polityka zagraniczna się chociaż lekko wyemancypowała z uwieszenie u klamki hegemona.

        Rządy amerykańskiej ambasady w Warszawie były – eufemistycznie mówiąc – nieczułe na wrażliwość Polaków jeszcze od czasów prezydenta Busha przypominając traktowanie republik bananowych; ambasada wzywała na dywanik…

        Póki Polacy mają wciąż ten szczątek państwa powinni z niego korzystać. Cieszy, że w Polsce – słabo, bo słabo, ale mamy do czynienia z odrodzeniem elity; z ludźmi, którzy zdają sobie sprawę z zasad gry; z ludźmi urodzonymi po okresie komunistycznej autarkii, mówiącymi językami  i obytymi w świecie. To właśnie ich najbardziej razi zagraniczny dyktat, jaki Polsce okazują butni politycy izraelscy czy ich amerykańscy koledzy. To im najbardziej przeszkadza ręczne sterowanie spoza Polski, a wiedzą, jak ono się odbywa i którędy.

        Sytuacja międzynarodowa jest dynamiczna to truizm, dlatego trzeba Bogu dziękować, że  jest takie polskie środowisko; że jednak można było coś ugrać na niwie edukacyjnej i formacyjnej kolejnego pokolenia. Płynie z tego wniosek, że zawsze trzeba działać, nawet gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Proces kształtowania polskiej podmiotowości jest ograniczony. Polska staje się członkiem nowej federacji europejskiej tworzonej w następstwie pandemii, pole manewru jest wąskie, ale wciąż istnieje i właśnie dlatego trzeba budować świadomość sytuacyjną polskiej elity; świadomość, która pozwoli działać na miarę posiadanych środków w obronie polskiego interesu.

        Tym razem Polska oficjalnie postawiła się bezczelnemu naciskowi izraelskich polityków, zareagowała na oszczerstwa i kłamstwa. Oczywiście, Warszawa powinna robić to silniej, bardziej profesjonalnie i przy pomocy nowoczesnych metod. Konieczne są media zdolne przekazać polską narrację.

        Polityka polska wciąż jest zdominowana przez pokolenie zstępujące; dlatego tyle zależy od formacji dzisiejszych 30 – 40 latków, którzy przejmą pałeczkę.  To oni rozstrzygną o tym, ile Polski w Polsce zostanie.

Andrzej Kumor