Jeszcze nie ochłonęliśmy po nieudanej wizycie prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie, a tu sensacja goni sensację. 3 września upłynął bowiem termin, w jakim komitety wyborcze powinny zebrać podpisy umożliwiające zarejestrowanie list we wszystkich okręgach wyborczych.

Okazało się,  że ta sztuka udała się tylko pięciu komitetom: Zjednoczonej Prawicy, czyli Prawu i Sprawiedliwości z satelitami, Koalicji Obywatelskiej, czyli Platformie Obywatelskiej z satelitami, Sojuszowi Lewicy Demokratycznej z sodomitami, Koalicji Polskiej, to znaczy PSL-owi z Pawłem Kukizem i Stanisławem Tyszką z dawnego klubu Kukiz 15 oraz Konfederacji Wolność i Niepodległość. Sondaże pokazują, że w tegorocznych wyborach najlepszy wynik, być może nawet 45 procent głosów, uzyska PiS. Na drugim miejscu plasuje się PO (30 procent), na trzecim – pan Czarzasty z sodomitami (14 procent), a na PSL i Konfederację przypadłoby do podziału 11 procent, co w przypadku równego rozłożenia umożliwiłoby obydwu komitetom wprowadzenie do Sejmu grupy posłów.

Ale to tylko sondaże, bo wszystko jeszcze może się zmienić. Rozpoczęła się bowiem kampania wyborcza, to znaczy – licytacja obietnic. Najwyżej zagrał prezes Kaczyński, zapowiadając, że już od przyszłego roku płaca minimalna wzrośnie do 2600 zł, a w roku 2023 – do 4 tysięcy.

Wzbudziło to mieszane uczucia, bo ekonomiści sprzyjający rządowi bardzo się cieszą, ponieważ przedsiębiorcy będą musieli się uwijać jak w ukropie, żeby sprostać takim powinnościom i na przykład tacy fryzjerzy będą strzygli dwa razy więcej klientów, a jeśli by ich zabrakło – to siebie nawzajem, od czego wydatnie wzrosną wskaźniki gospodarcze i świat będzie nas podziwiał jeszcze bardziej.

Krwiopijcy jednak obawiają się, że małe i średnie przedsiębiorstwa mogą takim obciążeniom nie podołać i zbankrutują, wskutek czego obywatele nie tylko nie zarobią 4 tysięcy miesięcznie, ale nie zarobią nic, bo będą na bezrobociu.

Minister przedsiębiorczości w rządzie premiera Morawieckiego, pani Jadwiga Emilewicz oświadczyła,  że deklaracje o tych podwyżkach nie były z nią konsultowane, ale prezes Kaczyński wyjaśnił, że na konsultacje przyjdzie pora gdy trzeba będzie przygotować ustawę, a teraz jest kampania wyborcza et n`en parlons plus.

Najwyraźniej pozycja pani Emilewicz nie jest wysoka, bo – po pierwsze – na to stanowisko wylansował ją pobożny wicepremier Jarosław Gowin, więc Biuro Polityczne PiS-u żadnych spraw z nią konsultować nie musi, a po drugie – prace nad ustawą zaczną się dopiero po wyborach – o ile oczywiście się zaczną.

Tak czy owak prezesa Kaczyńskiego trudno będzie przelicytować obozowi zdrady i zaprzaństwa, który w pośpiechu lansuje posągową panią Małgorzatę Kidawę-Błońską na przyszłego premiera z ramienia PO, czyli rolę pani Beaty Szydło, tyle, że przy Grzegorzu Schetynie. Obóz zdrady i zaprzaństwa nie może sobie darować, że za czasów swoich rządów wszystko pożerał sam, podczas gdy prezes Kaczyński wpadł na pomysł dzielenia się okruszkami z obywatelami. Ci są wdzięczni, bo nie rozumieją, że są przekupywani ich własnymi pieniędzmi i na tym PiS buduje swoje polityczne nadzieje.

Teraz pan Schetyna też coś tam obiecuje, ale na większości nie robi to specjalnego wrażenia, bo PiS przynajmniej daje, a ten tylko obiecuje. Ale to dopiero początek, bo przecież kampania będzie trwała jeszcze cały miesiąc, więc trudno powiedzieć, do czego dojdzie na przykład na tydzień przed wyborami, zaplanowanymi, jak wiadomo, na 13 października.

Ale licytacja na przychylanie obywatelom nieba – swoją drogą, a spór o różnicę łajdactwa – swoją. Toteż obóz zdrady i zaprzaństwa co i rusz ujawnia szczegóły afery Waterhejt w Ministerstwie Sprawiedliwości. Pani Emilia, którą podejrzewam, że została podstawiona przez bezpieczniacką watahę zadaniowaną na dokonanie podmianki na pozycji lidera  sceny politycznej naszego nieszczęśliwego kraju codziennie dostarcza „Gazecie Wyborczej” coraz to nowych wyznań, jak to w Ministerstwie Sprawiedliwości działała specjalna komórka organizująca tak zwany „hejt” na sędziów pozostających w opozycji do rządu – bo u nas jedna część środowiska sędziowskiego jest antyrządowa, a druga – prorządowa, więc w tej sytuacji o żadnej „apolityczności” środowiska nie ma oczywiście mowy.

Ilustracją tego, do czego w tym politycznym zacietrzewieniu dochodzi, niech będzie decyzja prokuratury w Rybniku, a konkretnie – pani asesor Dagmary Szynkowskiej, że zwrot „kościółkowe ch…je” nie obraża ani prezesa Kaczyńskiego, ani pana prezydenta Andrzeja Dudy. Pani asesor twierdzi bowiem, że udziału w nabożeństwach nie można uważać za pełnienie obowiązków służbowych. Ciekawe, czy tę opinię podtrzymałaby w przypadku gdyby ktoś nazwał prezydenta Dudę „ch…em chanukowym” z powodu jego uczestnictwa w obrzędzie zapalania świec chanukowych. Myślę, że na samą myśl o takim zuchwalstwie splamiłaby mundur jakimiś fizjologicznymi sekrecjami, a nawet – „śmieszny średniowieczny łach”, w jakie przebierają się niezawiśli sędziowie i prokuratorzy dla przydania sobie powagi. I słusznie – bo „Gazeta Wyborcza”, nie mówiąc już o „prasie międzynarodowej”, zrobiłaby z niej marmoladę.

Dzięki temu granice wolności słowa w Polsce zostały jednak poszerzone, co zauważyłem już przed kilkoma laty, zeznając jako świadek przed niezawisłym sądem w Lublinie. Pani prokurator zapytała mnie podchwytliwie, czy słowo „cham” jest obraźliwe, na co odpowiedziałem, że do niedawna było, ale skoro okazało się, że można w ten sposób zwracać się do prezydenta, to chyba już nie jest. Teraz nawet nie tylko „cham”, ale i „ch…j”, tyle – że na razie „kościółkowy”. Widać, że za sprawą niezależnej prokuratury i niezawisłych sądów granice wolności słowa poszerzają się – niestety tylko w jednym kierunku.

Wprawdzie symetria jest nieco zachwiana, ale tylko na niektórych odcinkach, bo na innych – chwalebnie się utrzymuje. Właśnie parlamentarna komisja badająca nadużycia przy reprywatyzacji w Warszawie ogłosiła swój raport, w którym stwierdza, że doszło do karygodnych nadużyć. Podobny raport ogłosiła komisja badająca aferę Amber Gold – że mianowicie organy państwowe nie działały prawidłowo – ale już nie wyjaśniła, dlaczego tak było, podobnie jak komisja od reprywatyzacji – kto trzymał parasol ochronny nad złodziejami, że działali oni nie tylko latami, ale nawet z ostentacją. Najwyraźniej tajemnica to wielka, której ujawniać nie wolno nawet w czasie kampanii wyborczej, zgodnie z niepisaną zasadą konstytuujacą III Rzeczpospolitą, że my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – a poza tym możemy pięknie się różnić. Dlatego na innych odcinkach frontu symetria jest zachowana, bo o ile „Gazeta Wyborcza” pilotuje panią Emilię, niczym ongiś panią Anetę Krawczykową, to rządowa telewizja każdego dnia ujawnia szczegóły hejtu, jaki w inowrocławskim magistracie został zorganizowany z inicjatywy posła Łajzy, czy jakoś tak.

Dzięki temu telewizyjny czas antenowy jest wykorzystany do ostatniej minuty, bez konieczności wspominania o pozostałych komitetach wyborczych, zwłaszcza tych, które nie zostały zatwierdzone przez starszych i mądrzejszych.

Tymczasem trwają intensywne przygotowania do tego, co pisane jest nam już wkrótce po wyborach. Oto stacja TVN, którą niedawno wykupiła firma Discovery Communications, ujawniła, że Centralne Biuro Antykorupcyjne, będące jedną z siedmiu oficjalnie działających bezpieczniackich watah, kupiło w od izraelskiego producenta system inwigilacyjny „Pegasus”, za pośrednictwem „młodej polskiej firmy informatycznej”. Podobno umożliwia on podsłuchiwanie i podglądanie każdego – oczywiście „bez jego wiedzy i zgody”.

Ciekawe po co Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu taki uniwersalny system inwigilacyjny i to w dodatku w momencie, gdy tylko patrzeć, jak sekretarz stanu pan Pompeo przedstawi Kongresowi USA raport, jak Polska podchodzi do realizacji żydowskich roszczeń majątkowych, no a potem „będzie to, co ma być”?

Stanisław Michalkiewicz