Żeby zbudować satysfakcjonującą przyszłość, o której nie wiemy nic, bo skąd, musimy na początku drogi wskazać, jaką ta przyszłość powinna być. Jakiej przyszłości oczekiwalibyśmy dla siebie oraz dla tych, którzy przyjdą po nas.

Na początku drogi, a najdalej teraz, dzisiaj, już. Ale to jeszcze nie wszystko, ponieważ opisanie przyszłości, nawet najdokładniejsze, nie wystarczy. Bo właściwie dlaczego akurat takiej przyszłości mielibyśmy oczekiwać, a nie dowolnej innej? Ho-ho, tak-tak. Pytanie w charakterze szekspirowskie, nie ma to, tamto.

Wszelako załóżmy optymistycznie, że przyszłość określiliśmy i opisaliśmy z powodzeniem, a do tego uczyniliśmy to właściwie. Śmiało lecz odpowiedzialnie, to znaczy przewidując odłożone w czasie skutki postaw i działań. Co dalej? Otóż w drugiej kolejności należałoby czym prędzej wybrać narzędzia, koniecznie rodem z teraźniejszości, przy użyciu których oczekiwaną przyszłość mielibyśmy efektywnie kształtować. Tu natkniemy się na zaskakujący “zonk”, zrozumiawszy, że wiedzę o wspomnianych narzędziach ofiarowuje nam wyłącznie przeszłość. To samo w innej wersji: przyszłość bez przeszłości nie istnieje.

WALKA O OGRYZKI

Z kolei weźmy do rąk nadwiślańską jesień Anno Domini 2019. Precyzyjniej, wspólnotę naszą do rąk weźmy – w teraźniejszości. Teraźniejszą przestrzeń wspólną przejrzyjmy. Szukajmy narzędzi, umożliwiających budowanie satysfakcjonującej przyszłości, nie przejmując się temperaturą w kotle. Zignorujmy zarzuty o faszyzm, bolszewizm, nacjonalizm, o próby stworzenia dyktatury – i tak dalej, i tak dalej. W gospodarce narzędzi szukajmy. W oczach bliźnich. W nieudolnościach i działaniach na szkodę interesów Rzeczypospolitej, niezależnie od autorów i bezpośrednich wykonawców dyrektyw niszczących Polskę. Tam ich szukajmy, gdzie wszyscy wszystkim zarzucają wszystko. Pamiętajmy przy tym: synekury unijne rozdane, zaś trwająca w najlepsze walka o krajowe ogryzki zaraz stanie się przeszłością, o której nikt nie będzie chciał pamiętać.

…Ogryzki? Też się mi się napisało się. Taki “ogryzek” przyjmę w dobre ręce, chciałoby się rzec. W dobre ręce, w dobrej woli. Mówię przez to, że na mój gust i oczekiwania, parę jesiennych jaskółek widocznych na listach kandydatów do parlamentu wiosny nam nie uczyni, choćby te jaskółki uparły się ogonami miauczeć. Zbyt wielu tam zwolenników strzelania do jaskółek. Nawet Jacek “Raus!” Protasiewicz wrócił z dalekiej podróży, pozwalając aktywować się medialnie. Czy tam jemu pozwolono. Słusznie. Za wybryki “pod wpływem” na lotnisku we Frankfurcie odsiedział ponad pięć lat w zamrażarce, czy tam postał za kotarą, ale okoliczności przyrody wzywają. Wszystkie ręce na pokład i do diabła z przyzwoitością.



SŁOWOPOTOKI

I tu kolejne uogólnienie, proszę bardzo: skoro “jesteśmy tym, co konsumujemy”, tym bardziej jesteśmy tym, co czytamy, słuchamy i oglądamy. Inaczej: to ważne jest (a bez cienia ryzyka popełnienia błędu powiem, że to wręcz najważniejsze), jakim i czyim myślom dajemy do siebie dostęp, jakie konstrukcje intelektualne do siebie zapraszamy i jakim rodzajom przekazu pozwalamy u nas gościć – bo od tego zależy, co później z nas wyfruwa w świat i co nasi bliźni od nas otrzymają: czy mądrość, czy tylko kule żuczego przysmaku, obleczone w słowopotokowisko, tak charakterystyczne dla tych i owych. Czyli w słowopotoczyste słowopotoki wydalane odwłokiem. To samo za pomocą innej metafory: Hartman Jan oblizuje skalpel (stąd tytuł).

Swoją drogą, jest to temat fascynujący i rozleglejszy niż Pacyfik, mianowicie kwestia autorstwa przekazu informacyjnego, czy szerzej: jakiegokolwiek przekazu funkcjonującego w przestrzeni publicznej. Jedno pewne: nie warto wpisywać siebie w schemat następujący: ktoś – nie wiesz kto i nie wiesz z jakimi intencjami, bo skąd miałabyś wiedzieć? – więc ktoś inicjuje rozmowę (spór, dialog, konwersację, nawet zwykłe pogaduchy), a my podążamy za tematem jak psy za słoniną. Czy tam jak szczury za kocim truchłem. Nie nonsens? Oczywiście, że nonsens. Oraz absurd. Przyznam szczerze, że wiele lat zabrało mi zrozumienie tego. Zbyt wiele.

SITO ROZUMU

Wszak przeczytać, posłuchać i obejrzeć wszystkiego po prostu się nie da. Nawet nie warto się starać. Jaki zaś z tego wniosek praktyczny? Taki mianowicie: bez klucza wyboru zazwyczaj gubisz się w świecie niczym żuk gnojarz w pryzmie obornika. Niechby i największej na świecie. Z pozoru radość wielka, ale z miliona dostępnych kul, którą konkretnie do gniazda toczyć? Trzeba klucza żukom i ludziom, by przetrwać. Żuk ma instynkt, człowiek używa sita rozumu i wychowania, pozwalającego odróżnić to, co wartościowe, i czego dowiedzieć się warto, a czasami koniecznie trzeba – od śmieci, którymi z kolei głowy napychać nie powinien. Bo niby po co miałby?

Ale najgorsze w tym wszystkim, że ukradziono nam punkty odniesień, mogące stanowić miary przykładane do informacji, faktów i ludzkich czynów, w celu ich właściwej weryfikacji. Nie tyle ze względu na kwestię konieczności odróżniania prawdy od kłamstwa, bez czego żyć się co prawda nie da, a co nawiasem mówiąc i tak robi się coraz trudniejsze ze względu na prędkość procesorów. Okradziono nas, powtarzam, nie tylko w materialnym wymiarze, a ofiary złodziejstwa nawet nie wiedzą, co stracili. W tym kontekście coraz częściej przekonuję się, że jedyne, czym większość Polek i Polaków dysponuje, to oszukane sumienia. Ludziom zdewastowanym w podobny sposób żaden pomiar nigdy nie wyjdzie właściwie, o koniecznych na co dzień pomiarach w obszarze aksjologii nawet nie napomykając.

UCZŁOWIECZANIE MAŁP

“Ludzi należy traktować równo” – twierdzą ci i owi. Tym odpowiadam pytaniem: czemuż mielibyśmy traktować ludzi równo, skoro ludzie równi nie są? Tym, którzy przekonują, że mimo wszystko są, powiem tylko: nadmierny deficyt spostrzegawczości może zostać uznany za intelektualnie kompromitujący. Ludzi należy traktować jak ludzi, wszystkich, wszędzie, zawsze – wliczając Hartmana Jana (stąd dzisiejszy tytuł) – ale wyłącznie po ich uprzednim uczłowieczeniu. Nie chce być inaczej. Czy też chce ale nie może, ponieważ świat i człowiek działają tak, jak działają.

Powtórzmy dla zapamiętania: ludzi należy traktować jak ludzi, wszystkich, wszędzie, zawsze – wliczając Hartmana Jana – ale wyłącznie po ich uprzednim uczłowieczeniu. Dlatego też – w kontekście wspomnianego wyżej niebohatera – dość ponuro zabrzmieć musi jedyna właściwa konstatacja: daleka droga. Małpy szybciej schodziły z drzew niż pana profesora uczłowieczymy. Smutne, gdy rzecz zbilansować, aczkolwiek podejrzewam, że z uczłowieczeniem tego konkretnego egzemplarza nie poradziłby sobie nawet Papcio Chmiel do spółki z Romkiem i A’Tomkiem.

Natomiast co do skalpela, proszę mi wierzyć: to nie jest historia, którą mógłbym opowiedzieć w przestrzeni publicznej. No raczej.

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem:

widnokregi@op.pl