Kampania wyborcza dobiega już końca, ale wcale nie jest nudniejsza, niż na początku. Na początku bowiem była licytacja obiecanek, a teraz, kiedy możliwości licytacyjne są na wyczerpaniu, komitety wyborcze sięgają do najgłębszych rezerw. Dysponentami, czy może lepiej – nadzorcami sprawującymi pieczę nad tymi rezerwami są oczywiście bezpieczniacy i dlatego w końcówce wykorzystywane są tak zwane materiały operacyjne – ale też nie w całości, co to, to nie, tylko selektywnie.

Przykładem tej selektywności jest afera, której głównym bohaterem został prezes Najwyższej Izby Kontroli – obecnie „w zawieszeniu” – którego pan red. Bernard Kittel, ten sam, co nakręcił urodziny Hitlera w głębokich lasach pod Wodzisławiem Śląskim – zdemaskował jako wynajmującego kamienicę krakowskim alfonsom na agencję towarzyską.

Ja wy nam tak, to my wam tak – i wkrótce potem wyszła na światło dzienne rozmowa nagrana przez jakiegoś anonimowego „byłego członka” Platformy Obywatelskiej, której przedmiotem jest lekcja polityki, udzielana przez Wielce Czcigodnego posła Sławomira Neumanna swoim niższej rangi partyjnym kolegom. Lekcja dowodzi, że Wielce Czcigodny opanował sztukę politykowania do perfekcji i „mówi, jak jest”, to znaczy prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Niestety wiadomo, że nic tak nie gorszy, jak prawda, toteż zwłaszcza po stronie obozu płomiennych dzierżawców monopolu na partiotyzm podniosła się fala obłudnego oburzenia.

 

– „To takie słowa są?” – dziwili się ostentacyjnie mieszkańcy poprawczaka do których na wieczór autorski przybył literat i próbował się swojej publiczności podlizać, używając tak zwanej „grypsery”. Najwyraźniej w PiS używa się w takich sytuacjach języka właściwego dla aktów strzelistych, toteż jeśli przeciwnik chciałby im zrobić kuku, to musiałby u zaprzyjaźnionej bezpieczniackiej watahy obstalować jakiś inny materiał operacyjny.



Ale to wszystko drobiazg w porównaniu z sukcesem, jaki tuż przed wyborami odniosła nasza prężna dyplomacja. Prezydent Trump „w swojej wielkiej i niezrównanej mądrości” obiecał był prezydentowi Dudzie, że obieca zniesienie wiz – no i obiecał.

W naszym bantustanie, a w rządowej telewizji zwłaszcza, wybuchła radosna wrzawa, bo jużci – naród się stęsknił za wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Co prawda obiecane zniesienie wiz dotyczy tylko trzymiesięcznych wiz turystycznych i krótkich wiz biznesowych, ale – jak to mówią – dobra psu i mucha,  a darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda.

Jednocześnie na mieście krążą jednak fałszywe pogłoski, jakoby dotychczasowa liczba odmów ponad poziom wymagany do zniesienia wiz, była zawyżana przez konsulaty USA pod presją lobby żydowskiego, a teraz przyszedł rozkaz odwrotny, dzięki czemu sytuacja zmieniła się diametralnie. Dlaczego? Tajemnica to wielka,  ale warto w związku z tym przypomnieć, że o zniesieniu wiz decyduje Kongres, który po zapoznaniu się z raportem sekretarza stanu, jak Polska realizuje roszczenia żydowskie, który Mike Pompeo musi przedstawić w październiku, może uzależnić zniesienie wiz dla Polaków od tego, jak Polska realizuje żydowskie roszczenia. To byłby dodatkowy, nawiasem mówiąc, stosunkowo najłagodniejszy środek nacisku na nasz nieszczęśliwy kraj tym bardziej,  że przecież powszechnie wiadomo, iż o pozwoleniu na wjazd do USA decyduje oficer imigracyjny na granicy – bez względu na to, czy podróżny ma wizę, czy nie. Nie jest zatem wykluczone, że obietnica zniesienia wiz jest tylko rodzajem kolorowego opakowania gorzkiej piguły w postaci roszczeń.

Niezależnie jednak od tego świat wstrzymał oddech z wrażenia w związku z deklaracją laureata pokojowej Nagrody Nobla, byłego „mędrca Europy” i byłego prezydenta naszego bantustanu, naszego Kukuńka, czyli pana Lecha Wałęsy. Wystąpił on był na konwencji Koalicji Obywatelskiej, gdzie określił zmarłego niedawno Kornela Morawieckiego mianem „zdrajcy”, co zostało przyjęte przez obecnych burzliwymi oklaskami przechodzącymi w owację. Jednak znaczna część opinii publicznej przyjęła tę wypowiedź Kukuńka z nieukrywanym oburzeniem, w obliczu którego działacze Platformy Obywatelskiej zaczęli się trochę wstydzić swojego aplauzu dla tej oszczerczej i – co tu ukrywać – chamskiej deklaracji i nawet dali temu wyraz w publicznych wypowiedziach.

 

W tej sytuacji Kukuniek zachował się niczym Ozyrys w powieści Bolesława Prusa „Faraon”, kiedy tuż przed zaćmieniem słońca z czeluści świątyni rozległ się grzmiący głos: „odwracam swoje oblicze od niewdzięcznego ludu i niech na ziemię spadnie ciemność!” Słowem – wycofał swoje poparcie dla Platformy Obywatelskiej, najwyraźniej w przekonaniu, że w niebie powstanie dziura. Ale dziura w niebie nie powstała, więc Kukuniek zwrócił swoje oblicze w kierunku Polskiego Stronnictwa Ludowego – że teraz będzie popierał tę partię. Takiego nadmiaru szczęścia PSL się nie spodziewał, toteż pan prezes Kosiniak-Kamysz powiedział tylko, że PSL o to poparcie wcale „nie zabiegało”. Na takie dictum Kukuniek  wycofał wpis o poparciu dla PSL z twittera i teraz nie wiemy, kogo popiera.

Odnotować wymaga również wydarzenia cudowne, które są tym bardziej frapujące, że ich bohaterem został Wielce Czcigodny europoseł Robert Biedroń, uchodzący za przywódcę polskich sodomitów.  Oto gruchnęła wieść, że pan Biedroń uratował życie dziecka, wyciągając je w ostatniej chwili z płonącego samochodu. Przed wyborami taki płonący samochód i dziecko,  to prawdziwy dar Niebios.  Niestety policja twierdzi, że pomocy dziecku udzieliła „młoda kobieta”. Chłopca wyciągnął z samochodu policjant,  a osoby „będące na miejscu” wskazały mu pojazd, „w którym mógł schronić dziecko przed chłodem”. Ten „pojazd”, to był samochód Wielce Czcigodnego Roberta Biedronia.

 

Jak tam było, tak tam było; już starożytni Rzymianie, którzy każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, mawiali, że „fama crescit eundo”, co się wykłada, że wieści rosną po drodze – a ponieważ  od miejsca wypadku do warszawskich redakcji był jednak kawał drogi, to nic dziwnego, że dzięki tej odległości pan Biedroń został bohaterem.

Ten przypadek pokazuje,  jak trudne bywa dotarcie do prawdy nawet w takich, zdawałoby się błahych sprawach. Cóż dopiero, gdy chodzi o niemal dziesięcioletnie „dążenie do prawdy” w sprawie katastrofy smoleńskiej.

O ile za rządów obozu zdrady i zaprzaństwa wszystkie instytucje państwowe z niezwisłymi sądami na czele,  mogły pracować w służbie kłamstwa, to w ciągu ostatnich czterech lat zasobami całego państwa dysponowało Prawo i Sprawiedliwość – ale do „prawdy” nie zbliżyliśmy się ani na centymetr. W związku z tym pogrobowcy obozu zdrady i zaprzaństwa próbują dobrać się do smoleńskiej komisji Wielce Czcigodnego Antoniego Macierewicza, między innymi – jakim budżetem dysponowała i na co wydała te pieniądze. Ale wobec wysokich notowań Prawa i Sprawiedliwości jest mało prawdopodobne, by ktokolwiek się tego dowiedział, w związku z czym do „prawdy” będziemy chyba „dążyć” jeszcze przez następne cztery lata.

  Stanisław Michalkiewicz