Ja to najbardziej lubię nic-nie-robienie. Jak tak sobie wstanę z rana jak się wyśpię, i nie jak mnie budzik zbudzi. I tak się powoli zwlekę z łóżeczka, i poprzeciągam, i ciepło przywitam z kotkiem i z pieskiem. Ten drugi jeszcze śpi. A niech śpi, żeby mi nie przeszkadzał w nic-nie-robieniu. I cichutko podchodzę do okna, i zaglądam co tam na świecie. A tam albo deszcz, albo śnieg, albo pada, albo wicher wieje. I temperaturę umiem odczytać po zachowaniu drzew. Jak duży mróz, to gałęzie się usztywniają, tak jakby się kuliły w sobie. Spojrzę za okno i już wiem, i nie muszę sprawdzać prognozy pogody.

Najbardziej lubię takie zaglądanie za okno jak się rudzi świat. Latem to za wcześnie, bo się rudzi tak około 4-tej rano, ale teraz, w listopadzie to plus, bo rudzi się jak wstaję. Z tego patrzenia przez okno wiem też, która godzina, więc nie muszę zaglądać na komórę. Tę to odkładam, bo komóra zdecydowanie przeszkadza w nic-nie-robieniu. Laptop z internetem idzie jeszcze dalej.

Godzinę wskazuje również biologiczny zegar mojego kota i psa. Szczególnie psa. Ten to jak się robi zbyt późno, to zaczyna szczekać. A to nie wskazane, bo się zaraz ten drugi zbudzi i zwlecze z łóżka. Tego trzeba unikać. Więc człapię do kuchni. Szybko i sprawnie, uśmiechając się przymilnie i do psa i do kotka, przygotowuję im śniadanie. A oni nie lubią, żeby im tak wywalić prosto z puszki, czy sypnąć suchego. O nie. Oni lubią żebym tak jak szef kuchni przygotowywała i pokazywała, co dostaną. Lubią też, jak im czytam składniki z opakowania, albo zachęcam opowiadając jakie to smakowite resztki z indyczka, albo steczka dostaną. Tak siedzą i przekrzywiają główki jakby rozumiały.

Po śniadaniu dla moich pupilków czas na moją kawę. Po mojemu. Na całe szczęście ten na górze jeszcze śpi, więc mogę sobie zaparzyć kawę ‘po turecku’. Tak to się nazywało lata temu w Polsce komunistycznej. A zresztą i tak innej nie było, jeśli kawa było w ogóle. No więc żeby zaparzyć tę kawę po turecku należy wsypać dwie łyżeczki dobrze zmielonej kawy do staroświeckiej szklanki (broń Boże nie do kubka), i zalać wrzątkiem. Przykryć spodeczkiem na trzy minuty, żeby dobrze się zaparzyła. I już! Jeśli kawa była zbyt grubo zmielona to należy ją przecedzić, albo zebrać fusy kawowe takim małym siteczkiem. I potem siąść wygodnie w ulubionym wysiedziałym fotelu, gapić się dookoła i pić tę kawę. W sufit można gapić się też.  I tak rozmyślać. O wszystkim. Taki łagodny i zdrowy, niepośpieszny, tok świadomości. I trochę o tym co trzeba zrobić, i o tym co się zrobiło.  I o tym co się czuje, i o rodzinie, i znajomych. I o dobrym ranku. Ach, chwilo trwaj! Do czasu, aż nie usłyszę tego drugiego jak zaczyna szurać. Wtedy szybko biorę laptop na kolana, i zaczynam czytać. Schodzi i od razu się czepia:

– A co tak od samego rana czas mitrężysz z tym komputerem?

Ach, bratku, gdybyś tylko wiedział jak mitrężyłam przed chwilą. Ale nie mówię nic. Niech moje nic-nie-robienie będzie moją prywatną ucztą dla siebie.