Do Warszawy jechałam w przedziale na 8 osób. Panie jechały do sanatorium, jeden pan. Poznali się już wcześniej, właśnie w sanatorium i już teraz starają się jeździć razem. Zdarzało się, że pokój dzieliły z osobami, które bardzo chrapały, a jedna, która dała im się we znaki, wciąż rozmawiała z rodziną, paliła lampkę, przedtem głośno naciskając jej włącznik, a po rozmowie głośno znów naciskała przycisk lampki. O tak właśnie – pokazywały. Ta była najgorsza, bo wcale nie żyła życiem swoim, z nikim się nie zaprzyjaźniła, tylko rozmawiała z mężem i synem, nakazując im, co kupić na obiad, jak to przygotować…

No więc panie dlatego wolą mieć w pokoju chociaż jedna znajomą osobę, z która się dobrze czują.

Pokoje są 4–osobowe. Jedna miała nadzieję na jedynkę – poprosi o nią grzecznie, może jej dadzą. Powie, że głośno oddaje wiatry, bo ma coś z żołądkiem.

Poniżej kontynuacja tekstu

Opowiadały, jakie to balangi były – na wieczorkach się tańczyło. Trochę się też popiło. Za to wszystko trzeba płacić, ale co tam…

Wszystkie były po operacji tarczycy, zrobionej lata temu, ale musiały od tamtej pory brać tabletki. Jedna z nich chrapliwie mówiła. Jej uszkodzono struny głosowe, a tamte jej radziły, aby poskarżyła się na to w sądzie, że ktoś tam wygrał już taką sprawę i dostał odszkodowanie. Ona jednak nie ma zamiaru…

Wszystkie miały ponad 60 lat – zachowywały się głośno, jak to grupa.

Przy wejściu, naprzeciwko mnie, siadła pani z małym pieskiem, o spłaszczonej mordce i mądrym, cierpliwym spojrzeniu. Gdy pani wychodziła do WC, to patrzył cierpiętniczym wzrokiem na zamknięte drzwi przedziału. Siedział sobie w koszyczku. Pani mówiła, że tam nie nasika, że wytrzyma całą drogę, czyli ponad 6 godzin. Zawsze się bałam takich piesków o nienormalnej mordce. Duże może są groźne, ten był bardzo łagodny i nawet za bardzo, jak na psa spokojny.

Oczywiście, na początku każdy go pogłaskał, nawet pan konduktor. W ciągu tych godzin jazdy 3 razy sprawdzano nam bilety i to wciąż nowe ekipy konduktorów. tzn. na początku po jednym konduktorze, potem już konduktor i ktoś jeszcze. To tak jakby sprawdzano podróżnych i ich bilety, a na końcu konduktorów – czy dobrze sprawdzili bilety. W drodze powrotnej 4 razy.

Pociąg był szybko mknący, bezpośredni do Warszawy

Jakoś tak potem się cały przedział rozgadał, że już nie było podziału na panie sanatoryjne i panią z pieskiem i mnie. Wszyscy, wszystkim coś tam opowiadali.

Z drugiego przedziału dochodził do nas jeden pan sanatoryjny. Chciał sobie troszkę wypić czegoś mocniejszego, z małej buteleczki, panie go schowały za firaneczkę. To znaczy, pan się zastanawiał, czy w ogóle pić, bo przecież w pociągu nie można, ale panie go przekonały, że za firaneczką przy oknie, nie będzie nic widać.

Pan był ulubieńcem pań i przy nim jeszcze głośniej się zachowywały.

Jeden pan konduktor nawet pozazdrościł towarzystwa tylu kobiet, no i tego pieska, którego i on nie omieszkał pogłaskać. Piesek cierpliwie znosił te głaskania tylu osób – dlaczego nie zrobiłam mu zdjęcia?

Panie wyglądały, jakby już wcześniej skorzystały z tej firaneczki. W końcu z wesołej rozmowy chojraków, przeszły w rozmowy o zdrowiu, o operacjach. Panie zrobiły się poważniejsze i jakby nie te same. Zaraz, zaraz, chyba już wtedy pan sanatoryjny poszedł do swojego przedziału

Pani pieskowa to młodsza od nas osoba, o wiele ładniejsza od swojego pieska, bo zazwyczaj pies jest podobny do właściciela, tutaj tak nie było. Pani udało się ze mną trochę porozmawiać. W wieku 40 lat się rozwiodła i wyszła za mąż za kogoś innego. Jej życie się zmieniło na lepsze. Dzieci już odchowane, pracują, uczą się. Gdy pociąg wjeżdżał do W-wy spytała się mnie, kiedy będę wracać, bo ona z mężem będą jechać samochodem, to by mnie zabrali. Termin jednak nie pasował, ale zdziwiła mnie ta propozycja, może bym na nią przystała, pasowało, mieli wracać do Szczecina, a ja po drodze bym wysiadła. Tylko nie w ten dzień.

Panie sanatoryjne po drodze gdzieś wysiadły i to nie razem, partiami, bo okazało się, że nie wszystkie jadą teraz do sanatorium. Spotkały się u jednej z nich w Szczecinie, całą paczką. Znały się już 10 lat i się zaprzyjaźniły. Dwie tylko jechały razem do sanatorium.



Zupełnie inne życie niż moje – pomyślałam, ale i powiedziałam im, że ja ostatnie 10 lat jeździłam do Niemiec do pracy, aby utrzymać rodzinę – mieć na chleb. Zadumały się trochę, a potem weszły na temat 500 plus – część z nich głośno krytykowała to, aby matka dzieci, czy nawet z ojcem dzieci – żeby nie pracowali. Brak rąk do pracy, no i zdarza się, że te pieniądze idą na wódkę. Jedna z tych pań, bardzo błyszczała złotem, co się teraz rzadko zdarza. Miała złote kolczyki, obrączkę, pierścień na palcu, no i łańcuch na szyi. Ta właśnie jechała do sanatorium. Hm … co chciała pokazać, kogo przyciągnąć tym zlotem? Jakiegoś kawalera – towarzysza życia, bo raczej nit nie lubi być sam.

Wcześniej dodałam, że też bym chciała z mężem pojechać do sanatorium. Oj, jak cały przedział sanatoryjny się oburzył, zwłaszcza ich pan – Z mężem się nie jeździ. I pytania – dlaczego to z mężem chce jechać? – Bo jesteśmy na tym etapie – im odpowiedziałam. Dały mi wreszcie spokój.

A z powrotem?

Młoda dziewczyna i starsza pani przy oknie. Pewnie była w moim wieku, ale do mnie jeszcze nie dotarło, że ja też – starsza pani. Bardzo się różniłyśmy. Ona jakby się zatrzymała na jakimś etapie. Rozwiązywała krzyżówki, czytała dwie gazety – jakby dawne Przekroje. Narzekała na to, ze wszyscy patrzą w komputery, ale narzekała z wyższością, jakby świat pełen był głupków, zwłaszcza tych młodych. Głupio mi było potem wyciągnąć mojego smartfona – że i ja też.

Potem ona była cicho, młoda dziewczyna też cicho – obie przy oknie. Ja przy drzwiach i nowy pan, który wsiadł, naprzeciwko mnie. Miał 40 lat i już do Bydgoszczy opowiadał mi o swojej pracy. Opowiadał jakby mu to pomagało, uporać się z stresem tej pracy.

Słuchałam, starałam się wszystko zrozumieć, wszystko usłyszeć, bo ciekawie mówił, jednak trochę niewyraźnie i trochę za fachowo.  Pan skończył prawo, trochę popracował, jako prawnik, ale potem trafił w jakąś niszową okazje do zarobku. Potrafił dużo zarabiać, ale było to okupione ryzykiem. Czasem nie mógł spać, czasem nawet płakał w nocy gdy zrobił jakiś błąd. Miał firmę, zatrudniał kilka osób, zazwyczaj po budownictwie i także po prawie.

Teraz jechał po samochód z leasingu. Z powrotem będzie nim wracał. W pewnej chwili dostał wiadomość i pokazał mi jego zdjęcie – kolor ceglasty On ceni Seaty, bo tańsze, a też dobre i Dacie. To miała być właśnie Dacia, Dacia Duster- dobra w terenie za 3 lata ją odda, weźmie następne nowe auto

Seata kupił żonie – małe autko, teraz sam nim jeździ po Warszawie

Potem pan się zastanawiał i wykonywał rozmowy telefoniczne z ludźmi ze swojej pacy. Teraz chodziło o plac pod budowę linii telefonicznej, czy może elektrycznej raczej. Teraz musi być utwardzony, ale czym go utwardzić…

Płyty za drogie – pan obliczał mi na bieżąco – ile by kosztowały – betonowe, aby mogły tam wejść ciężkie pojazdy, żeby się tam nie ślizgały. Policzył, policzył – odpada, Płyty za drogie. no to gruz,, byłby tańszy, Musiała by tu ii tu podzwonić, może porozmawiać z naczelnikiem gminy.

Wysiadł – trochę grubasek, ale się już wcześniej tłumaczył ze śmieciowe jedzenie jada, bo wciąż jest w terenie, a w Polsce to tu, to tam

Powiedziałam mu że wiele dobrego zrobił w Polsce że, trochę ją zmienił i to mu było potrzebne. Ucieszył się i opowiedział, jak to podciągnęli do góry linie wysokiego napięcia i jakiś wysoki statek – niemiecki, czy rosyjski mógł wreszcie zawinąć do stoczni i patrzyli na to z żoną z radością

Potem już zorientowałam się, że facet musi się wygadać i już tak nie słuchałam, aby koniecznie coś zrozumieć, tylko po prostu słuchałam. Pociąg szumiał, słyszałam połowę tego, co mówił, rozumiałam jedną trzecią Jednak podziwiałam go, że się wziął za taka ciężką robotę.

Mój syn wyjechał z kolegami za granicę – wszyscy po studiach politechnicznych, a ten człowiek poradził sobie w Polsce, nie wyjechał. Jednak miał mieszkanie Warszawie, a to duże ułatwienie…



Jego praca, to co innego niż praca za biurkiem, a pamiętam taką moją pierwszą. Wciąż ta sama szafa naprzeciwko mnie i biurko drugiej osoby obok. – też wciąż tej samej. Do 11 stej wszystko zrobiłam, do 15 stej nie było co robić. Przeniosłam się do pracy w szkole i tam poczułam się, jak ryba w wodzie. Wreszcie nie było nudy!

Gdy wysiadł, rozmowa z panią starszą, która chwaliła się, że nic nie potrzebuje z tych nowości teraz, a do niedawna nawet nie miała telefonu komórkowego. To ci dopiero zaszczyt. Nie omieszkałam jej powiedzieć, że zostaje w tyle, że trzeba się uczyć, aby sobie poradzić np. w takiej Warszawie.

Ona na to, że ma rodzinę, która kupiła bilet, przywiozła na dworzec, potem na peron. Ona niczego nie potrzebuje, a ci młodzi z tymi smartfonami, to idą ulica i tak w nie się wpatrują, że mogą pod tramwaj wpaść

I książek nie czytają. Czytają, tylko niepapierowe

Młoda dziewczyna siedząca przy oknie, matury nie zdała i teraz jeździ do Szczecina na kurs przygotowawczy do matury. Myśli o tym, aby być lekarzem. Opłaca też korepetycje z chemii i matematyki.

Matematykę każdy musi zdawać na maturze. I ona czytała sobie grubą książkę, co się pani starszej bardzo podobało, bo to normalna książka była. Jednak tematyka ponura, sensacyjna, o morderstwach. Trochę byłam zdziwiona, że nie uczy się np. chemii, jadąc tak długo pociągiem. Tata po nią miał wyjechać.

Widać że dziewczyna wystrojona, ma wsparcie finansowe od rodziców, ale jakaś dziecinna. Tyle nakładów, aby zdać maturę? Tu nie chodzi o to, aby zdać, tu trzeba zdać ją świetnie, lepiej niż inni…

Ona chyba wyląduje w jakiś przedszkolu, tak sobie pomyślałam, bo była miła i dzieci by ja lubiły.

Pociąg dojechał, na początku było ogłoszone, że ma opóźnienie 35 minut, o czym poinformowałam rodzinę. Tak się zagadałam, że nie zwróciłam uwagi, że pociąg sporo nadrobił i nikt na mnie nie czekał na peronie. Ciemno, czekałam pod latarnią ponad 20 minut, zła na siebie, że nie zadzwoniłam do nich, gdy wyjeżdżałam z sąsiedniej miejscowości

Weszłam do autobusu w Warszawie. Bilet kupiłam wieczorem, dzień wcześniej. Schowałam go, jak zawsze, za dobrze. Ludzie siedzą, patrzą się na mnie. Wiem, że powinnam jak najszybciej skasować mój bilet, bo ważny jest czas podróży. Szukam biletu w jednej kieszeni sukienki z dzianiny. Nie ma, szukam w drugiej, też nie ma. W kieszeniach dwóch kurtki – też nie ma. Otwieram plecak, tam jest kieszonka. W niej biletu też nie ma. Czuje na sobie wzrok wielu ludzi z tego autobusu, bo nikt nie stał, wszyscy siedzieli, tłoku nie było. Otwieram portmonetkę – też nie ma. Już myślę, aby wysiąść z autobusu gdy się tylko zatrzyma. Sprawdzam więc wszystko jeszcze raz i naraz widzę bilet jednak w portmonetce. Dlaczego wcześniej go nie widziałam? Szybko kasuję, ale widzę i słyszę, jak ludzie odetchnęli z ulgą. Grubsza kobieta, siedząca przy kasowniku, za głośno westchnęła. Reakcja tych wszystkich ludzi nawet mnie trochę rozśmieszyła, ale najważniejsze było, ze jechałam, bezpiecznie…

wandarat

wandarat@wp.pl

Polska