Leszek Samborski – Emerytowany nauczyciel w TDSB (Special Education, ESL, muzyka) oraz język angielski, pianino i akordeon. Podróżnik – ostatnia wyprawa do Peru była jego 44 krajem. Uczestnik wielu międzynarodowych festiwali folklorystycznych (Europa, Azja, Ameryka Płn.) oraz warsztatów nauczycielskich w Tajwanie.  Reprezentuje Polskę na CD ROM True North – Arrivals, gdzie przedstawiona jest kultura 10 głównych narodowości Kanady. Uczestnik programu Polish Americans w programie TV Buffalo WNED, gdzie reprezentuje Polonię kanadyjską. W Polsce odznaczony  odznaką Zasłużony Działacz Kultury.

Forteca Ollantaytambo

Po wielkiej głodówce nastąpiło wielkie żarcie. Hotele Sonesta, w których mieszkaliśmy w czasie wycieczki do Peru stosują zasadę bed and breakfast. Śniadanie jest rodzajem bufetu jak Mandaryn. Niestety trzeba się było najeść na cały dzień ponieważ mieliśmy tylko dwa luncze w czasie wycieczki a obiadów czy kolacji nie było w ogóle. Tego dnia mieliśmy jednak lunch w malowniczej wiejskiej posiadłości położonej nad rzeką Urubamba.

Po śniadaniu pojechaliśmy do kompleksu archeologicznego Ollantaytambo. Inkowie wybudowali to miejsce jako fort w obrębie którego znajdują się świątynia, zabudowania miejskie, tarasy, na których uprawiano ziemniaki, quinoę, kukurydzę, oraz piękne kwiaty alstremeria (lily of the Incas).

 

Lamy i alpaki były nieodzownym elementem życia Inków. Dostarczały mięsa i wełny a ich odchody służyły do użyźniania gleby i jako dodatku do wyrobu ceramiki. Również jak kozy są niewybredne jeśli chodzi o pożywienie. W dalszym ciągu pozostaje nieodpowiedziane pytanie, jak Inkowie szlifowali kamienie z taką precyzją. W ich budowlach układano kamienie bez żadnej zaprawy a elementy murów pasują do siebie idealnie.

Całość podzielona jest na dwie sekcje: religijną z miejscem kultu oraz na sekcję mieszkalną. Ollantaytambo był ważnym administracyjnym centrum i pełniło również funkcję militarną sądząc po murach obronnych i wieżach. Są tam również  ślady po istniejących niegdyś ulicach i akweduktach. Miasto nosiło nazwę „Żywe miasto Inków”, gdyż jego mieszkańcy zachowali stare tradycje i zwyczaje.

Jak ignorancko traktowano uczestników wycieczki niech posłuży ten oto przykład. Kiedy przyjechaliśmy do tej miejscowości, wysadzono nas na parkingu odległego od twierdzy może dwa kilometry i trzeba było iść pod górę. Kiedy skończyliśmy zwiedzanie, autobus podjechał do bramy twierdzy. Czyż nie mógł zrobić tego rano?

Indiański targ w Pisac

Po zwiedzeniu fortecy jadąc do targu w Pisac, zjedliśmy po drodze lunch w malowniczej posiadłości położonej nad rzeką Urubamba. Późnym popołudniem dotarliśmy do Pisac. Tam wysadzono nas przed targiem, a  właściwie jedną wąską uliczką pod górę pełną sklepów pełnych bardzo kolorowych indiańskich wyrobów. Inny sposób zarabiania pieniędzy: pozowanie do zdjęć. Dałem im 3 usd dla dwóch kobiet i dziecka. Targowały się jeszcze o dwadolary dla dużej i małej alpaki. Obroniłem się tym, że alpaki nie znają się na pieniądzach i nie będą  chciały ich nawet zjeść.

Znowu przykład niekompetencji organizatorów. Uliczka ta kończyła się szeroką, asfaltową szosą, na której było pełno miejsc do zaparkowania autobusu. Z szosy tej byłby znakomity dojazd do hotelu. Wybrano jednak  inną wersję, a mianowicie to samo miejsce, gdzie nas wysadzono. Poza tym mieliśmy robić zakupy. Wszedłem do jednego ze sklepów aby coś kupić a w tym czasie grupa zniknęła z pola horyzontu. Pytałem wielu ludzi o grupę 25 osób z Kanady. Na początku odpowiadano, że poszli w górę. Potem nie było żadnych odpowiedzi. Doszedłem do tej szosy i spytałem człowieka w mundurze security o naszą grupę. Nic nie widział, nic nie słyszał. Poprosiłem go wtedy aby połączył się ze wszystkimi pracownikami security. Wtedy dostał wiadomość, że kanadyjska grupa już siedzi w autobusie i czeka na mnie. Dobrze, że w ogóle zauważono moją nieobecność. Poza tym autobus był na bardzo wąskiej uliczce, no i stało się to, co było do przewidzenia. Ktoś zaparkował swój samochód przypuszczalnie na noc, bo było już późno. Godzinne trąbienie nic nie pomogło toteż w końcu siłą naszego chłopa samochód przeniesiono pod samą ścianę i jakoś się przepchaliśmy. Wróciliśmy do hotelu bardzo późno i znowu poszliśmy spać głodni i wkurzeni.

Dzisiejsze atrakcje były „wycieczką fakultatywną”  i trzeba było za nią zapłacić dodatkowo 175 cad. Inną opcją było siedzenie w hotelu bez lunchu i kolacji i bez możliwości zobaczenia czegokolwiek. W taki oto sprytny sposób było wyrwanie dodatkowych pieniędzy od uczestników wycieczki „The best of Peru”. W podstawowej cenie (2699 cad) jak do tej pory był tylko 1 posiłek i dwa dni bez żadnych atrakcji.

Pierwszy dzień to czas aklimatyzacji w warunkach wysokogórskich a drugi to dzień do własnej dyspozycji a bez jakichkolwiek informacji co można zobaczyć. Nie było takich informacji, bo nic nie było do zobaczenia. W promieniu wielu kilometrów od hotelu nie było nic. Totalna pustka.  Ale jutro będzie Machu Picchu, więc jutro będzie lepiej. Jakże to było złudne.

cdn