Sobo­taż to celo­we dzia­ła­nie, aby coś nie wyszło. Naj­czę­ściej jest to dzia­ła­nie taj­ne. Pierw­szy raz spo­tka­łam się z tym ter­mi­nem, gdy opo­wia­da­no w moich rodzin­nych Szom­bier­kach, o wiel­kim poża­rze w klu­czo­wym pań­stwo­wym gospo­dar­stwie rol­nym (PGR), któ­ry stra­wił kil­ka sto­dół i silo­sy. Silo­sy były ponie­miec­kie. Były to odpo­wied­nio wybe­to­no­wa­ne doły ze schod­ka­mi, do któ­rych wkła­da­no kuku­ry­dzę na kiszon­kę i paszę dla bydła. Przed woj­ną moja rodzin­na miej­sco­wość była nie­miec­ka, nazy­wa­ła się Schom­berg, i nale­ża­ła do rodzi­ny Schaf­fs­got­schów i słyn­ne­go ślą­skie­go kop­ciusz­ka Joan­ny Gry­zik. Tak na mar­gi­ne­sie, to kop­ciu­szek jest rodza­ju męskie­go, więc pew­nie nie­dłu­go lewi­co­we femi­nist­ki zmie­nią ją na ‘kop­ciusz­kę’.  Mówi­my ten kop­ciu­szek mając na myśli naj­pięk­niej­szą dzie­wu­chę wszech­cza­sów.  Mnie to bynaj­mniej nie prze­szka­dza, bo i język, i oby­cza­jo­wość, i tra­dy­cja są odzwier­cie­dle­niem żywej histo­rii two­rze­nia się języ­ka, a nie mate­ma­tycz­nej logi­ki. Ale sko­ro ma być ‘pani posła’, jak chcą nie­któ­re posłan­ki do RP, i ‘gościa wystę­pu­ją­ca w tele­wi­zji’, zamiast gość wystę­pu­ją­cy w tele­wi­zji, to i pew­nie do kop­ciusz­ka się dobio­rą.  Po to tyl­ko, aby zmie­nić język na popraw­nie poli­tycz­ny i zaspo­ko­ić widzi­mi­się (nie­któ­rych) femi­ni­stek. Ja w tym widzę logi­kę wariac­ką. A więc ten histo­rycz­ny sabo­taż miał pole­gać na spe­cjal­nym pod­pa­le­niu, aby nie wyszło, że pięk­nie zapla­no­wa­ny pierw­szy komu­ni­stycz­ny plan 3‑letni (1947–1949) nie został zre­ali­zo­wa­ny. Nie wol­no wte­dy było powie­dzieć, że plan jest do kitu i nie­re­al­ny, więc wymy­ślo­no sabo­taż. Zgod­nie z tym plan został pięk­nie i ponad nor­mę zre­ali­zo­wa­ny, ale jakiś impe­ria­li­stycz­ny zaplu­ty karzeł reak­cji (zapew­ne z Lon­dy­nu, a może i z Kana­dy) zepsuł plan, tak że samo życie w bie­dzie się ostało.

Mia­łam do zro­bie­nia bar­dzo pil­ną robo­tę — jakieś osiem godzin pra­cy. Zapo­wie­dzia­łam, że nie będę dostęp­na przez dwa dni. No i co? Przez pierw­szy dzień tak krą­ży­łam dooko­ła sie­bie. Nawet skar­pet­ki ręcz­nie wypra­łam, cze­go nie robi­łam  nigdy. Poszłam z psem na bar­dzo dłu­gi spa­cer, ugo­to­wa­łam obiad, prze­czy­ta­łam książ­kę, bo nie mia­łam cza­su na nic. I tak zle­ciał mi pierw­szy dzień. W nocy nie mogłam spać, przez stres tej ter­mi­no­wej robo­ty. No nic jutro sko­ro świt. Owszem wsta­łam sko­ro świt, i tro­chę popra­co­wa­łam, ale potem odku­rzy­łam dom, i umy­łam pod­ło­gi. I tak zle­cia­ło pół dnia. Byłam coraz bar­dziej pode­ner­wo­wa­na, bo ten raport skoń­czo­ny musi być. I skończyłam.

Na trzy godzi­ny przed ter­mi­nem dosta­łam takie­go śwun­gu, że skoń­czy­łam. I po odda­niu zaczę­łam się zasta­na­wiać, dla­cze­go ja się tak sama sabo­tu­ję?  Boj­ko­tu­ję i lek­ce­wa­żę to co mam zro­bić, do punk­tu dosta­nia ata­ku ser­ca ze stre­su, i robię to na ostat­ni moment, choć mia­łam i prze­zna­czy­łam na to dosta­tecz­nie dużo cza­su. Czy to pierw­szy raz?  Ależ skąd!  W kar­ty gra­łam tyl­ko wte­dy kie­dy mia­łam sesję egza­mi­na­cyj­ną na uni­wer­sy­te­cie. Ani przed, ani potem. Przy­kła­dy mogę mno­żyć. Takie ist­ne akty sabo­to­wa­nia sie­bie. Czyż to nie cud, że jakoś jed­nak uda­wa­ło mi się przez wszyst­ko prze­brnąć?  I nie wiem czy to taki styl pra­cy, czy moja oso­bo­wość, czy koniecz­ność nakrę­ce­nia stre­su do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści, aby coś zro­bić?  Nie wiem. Pew­nie, i to, i to.

Więc lepiej nauczyć się z tym żyć, a nie na sie­bie zży­mać. Koniec koń­ców zawsze jakoś dotrzy­mu­ję terminów.