O tym czym jest więzienie na Pawiaku wiedzieli wszyscy i Witek też, ale pomimo okropnych, przerażających o nim wieści, w pierwszych godzinach w zimnej celi, poczuł dziwny spokój, bo nawet to straszne miejsce było lepsze od wspomnienia tego wczesnomajowego ranka, gdy usłyszał rozpaczliwe pytanie chłopca, któremu parę chwil wcześniej zabił ojca.

Tak więc siedząc teraz w kamiennej celi na Pawiaku był prawie szczęśliwy, że  trzy miesiące krwawych doświadczeń w czasie których nie spał, nie jadł, walczył z samym sobą, a przede wszystkim zabijał, zabijał i jeszcze raz zabijał – są już przeszłością. Nareszcie!

Siedział skurczony w kącie i czuł odprężenie i spokój. Tortury? Bicie? Rozstrzeliwania? Tak, wszystko to wiedział, ale jednocześnie czuł, że jakoś go to niewiele obchodzi. Tak jakby dotyczyło zupełnie innego człowieka.

Był odrętwiały. Jego myśli stały  w jednym miejscu. Nic się w jego świadomości nie przesuwało, nie ruszało. Niczego sobie nie wyobrażał, niczego się nie bał, ani niczego nie oczekiwał. Po prostu trwał. Miał wrażenie, że mógłby tak trwać całą wieczność.

Przesłuchiwano go parę razy, za każdym razem bito, nawet zdarzyło się, że tracił przytomność, ale po trzech tygodniach, gestapowiec, który go pytał, powiedział nagle dość przyjaznym głosem:

-Sprawdziliśmy cię Witek, nie jesteś Żydem – powiedział wreszcie – wracaj do domu i uważaj!

Witek przyjął to spokojnie, ale z głębokim przeświadczeniem, że ta nagła zmiana jest dopiero początkiem czegoś strasznego.

Już po pierwszym dniu na wolności czuł, że jest obserwowany. Dawne niepokoje, nerwy i niepewność wróciły ze wzmożoną siłą.

-Dlaczego mnie zwolnili – kołatało mu w głowie. Co się stało?

Zaraz potem przyszło mu na myśl, że to może Organizacja uruchomiła kontakty, i że to może dzięki niej, ale szybko sobie uświadomił, że tym ludziom wcale nie musiało zależeć na jego uwolnieniu i wcale nie musiało zależeć na tym żeby żył.

W pierwszych chwilach po wyjściu z Pawiaka, nie był pewny gdzie iść i kogo szukać. Najpierw chciał biec do „Bachusa”, ale to była przygłupia myśl, którą natychmiast odrzucił. Tadzio? Oleś? Organizacja? – przecież gestapo tylko tego chce – myślał gorączkowo wlokąc się Dzielną i czując na sobie czyjeś oczy.

A potem, po dojściu do domu na Piwnej, zobaczył kochaną buzię Dusi, otoczyły go przyjazne ramiona jej rodziców, sąsiadów i była dobra kaszanka, cebula, wielkie pajdy chleba i mocny bimber w czajniku.



Jadł, pił i starał się być szczęśliwy, ale nie mógł. Wszyscy to czuli.

-Idź spać Wiciu – powiedziała mama Dusi – odpocznij, wyśpij się i nie myśl już.

-Co było, to było – dodała – ale przed północą musisz uciekać, bo coś mi się wydaje, że teraz to twoi koledzy nie będą cię chcieli widzieć żywym. Szkopy puściły cię na wabia, żebyś im pokazał drogę do nich.

Witek słuchał jej, z podpartą głową. Tata Dusi ćmił jakiś niedopałek, a Dusia zmywała.

-Tylko ich czekać – mówiła dalej – musisz wiać, nie chcesz chyba ginąć od swoich.

-Skąd ta kobita to wszystko wie – myślał – przecież o swoich akcjach z Tadziem nikomu nigdy nie mówiłem. Nawet Dusi.

Tak to jednak w życiu jest, że dobroć zawsze idzie w parze z mądrością, a mama była dobra…

I nagle uświadomił sobie, że rzeczywiście musi uciekać, ukryć się i zniknąć, bo oprócz tych oto trojga ludzi, którzy siedzą teraz w kuchni, nikt nie chce żeby pozostał przy życiu. Nikt. Ani gestapo, ani Organizacja, ani Oleś…

I złość go porwała, że za wszystko co zrobił, co wycierpiał i co się zdrowia namarnował musi uchodzić jak jakiś zbrodniarz. Złość go ogarnęła na Olesia, na tę całą nieznaną mu Organizację, która wydawała wyroki i zmuszała go do ich wykonywania. Ale na Tadzia nie był zły, ani nie mógł wykrzesać na niego złości. Przeciwnie – było mu go przepotwornie żal.

-Może też był, a może jeszcze jest na Pawiaku – myślał. Może go torturowali, może rozstrzelali, czy wywieźli? A może zaczął sypać i go puścili…

Ale od razu otrząsnął się z takich głupich myśli. Dobrze wiedział, że Niemcy nigdy tego nie robią. Tadzio nie raz i nie dwa mówił mu o tym przy kielichu. Co robić w razie wpadki.

-Pamiętaj Witek – mówił cicho – to czy będziesz mówił, czy nie, w żadnym razie nie zmieni ich postępowania. Jak zaczniesz, to będą chcieli więcej i więcej i więcej, aż cię zamęczą na śmierć. Nigdy, przenigdy nie było inaczej. Będą chcieli nazwisk, a jak im powiesz, że nie wiesz, to i tak zginiesz. Nigdy nie daj się wziąć na gadanie, że jak powiesz to będziesz wolny. Nigdy. Lepiej milczeć i zginąć z czystym sumieniem…

-To my mamy czyste sumienie? – zapytał wtedy Witek, ale na to Tadzio już nie odpowiedział.

-Co się z nim teraz dzieje? – pytał się przed zaśnięciem.

Ale na to pytanie też nie było żadnej odpowiedzi.

Po paru godzinach snu wyszli z Dusią w ciemną noc. Mama dała im adres w Sochaczewie, kontakt i pieniądze.

-Uciekajcie dzieciaki i niech was Matka Częstochowska prowadzi!

Uciekli więc do Sochaczewa i przycupnęli w restauracji  pana Wincentego Flisiaka, w której sztandarowym daniem był pieczony prosiak w kaszy gryczanej, a najlepszą zakąską faszerowana ryba.

 

Późną wiosną 1943-go Witek zdecydował się wrócić do Warszawy. To był już czwarty rok okupacji i co po niektórym wydawało się, że niemieckie panowanie nad Polską nigdy się nie skończy, ale to byli słabi, krótkowidzący ludzie, którym upadek żydowskiego powstania w getcie odebrał resztkę nadziei.

Prawdą jest, że wcześniej, wieści ze Stalingradu, wlały w serca nieco otuchy, bo nagle okazało się, że i Hitlera można zwyciężyć, ale to trwało niedługi czas. Kosmicznie odległy Stalingrad i różne, niejasne informacje o długim przebiegu oblężenia wspominały o setkach tysięcy poległych. Po obu stronach.

-Jakie to zwycięstwo – mówiono trwożliwie – Hitler narżnął Rosjan jak bydła, a wygrała matka zima i ojciec mróz!

Takie gazety jak „Das Reich”, „Der Stürmer”, „Das Schwarze Korps” i inne trąbiły wielkimi czcionkami o zwycięstwach niemieckiej armii, podbojach i nowym, europejskim porządku i co zrozumiałe, nie rozczulały się zbytnio nad Stalingradem. Niemniej pierwsze zachwianie niezwyciężoną Rzeszą zostało dokonane.

Radość zniweczyła klęska żydowskiego powstania, która wstrząsnęła  Warszawą, jak elektryczny impuls śmiertelnie chorym człowiekiem.

Prawie cztery lata okupacji to były długie lata, w czasie których każdy się starał jakoś urządzić, przeżyć, zarobić, a czasem nawet wzbogacić. To nie były czasy skrupułów. Okrutne, nieludzkie czasy zdawały  się usprawiedliwiać nieludzkie działania.



Mama Dusi miała już ugruntowaną opinię kobiety interesu. Kursowała pomiędzy podwarszawskimi miejscowościami, przywoziła żywność, sprzedawała i handlowała wszystkim czym się dało i i nie dało, a także tym czym nie było wolno. To była niewiarygodnie rzutka i odważna osoba. W pierwszych miesiącach swojej handlowej, żeby nie powiedzieć handlarskiej „kariery” wpadła parę razy w niemieckie łapy, ale zawsze  potrafiła się jakoś wyrwać, wykupić i spaść jak kot na cztery łapy.

Mówiono o niej, że zebrała pokaźne pieniądze, ale mówiono bez zawiści bo pani Aniela pomogła wielu potrzebującym, a w pierwszym rzędzie swojej Dusi i przyszłemu zięciowi Witkowi Koronie, których w lecie 40-go roku, wysłała do dalekiego krewniaka – Wincentego Flisiaka, do Sochaczewa.

Pan Wincenty dał obojgu robotę w restauracyjnej kuchni, a na kuchennym zapleczu siennik do spania. Pracowali bez wychodzenia na salę restauracyjną, ani nawet na ulicę. Co prawda nikt ich tu nie znał, ale w pierwszych miesiącach wolano na zimne dmuchać.

Ostrożność nie była przesadzona, bo jakiś czas potem dostali wiadomość o gestapowskiej, nocnej wizycie w  mieszkaniu na Piwnej. Na całe szczęście nikogo w domu nie było, bo przezorna pani Aniela wzięła męża i domowników i ukryła ich, Bóg jeden raczył wiedzieć, gdzie.

To wszystko działo się opętane trzy lata wcześniej. W międzyczasie umarł mąż pani Anieli, a ojciec Dusi. Umarł na serce, po części z żalu i zgryzoty za minioną Warszawą, ale głównie z przepicia, bo od rozpoczęcia wojny nie żałował sobie mocnych napitków, a sprawy zarabiania pieniędzy i utrzymania domu całkowicie zostawił obrotnej żonie.

Pani Aniela, świeża wdowa, odżyła nieco od widoku – co tu dużo mówić – pijackiej gęby męża, zdwoiła interesy i już w grudniu czterdziestego drugiego, otworzyła małą jadłodajnię na Pradze, w której można było dobrze zjeść, zahandlować złotem i kupić to czego nigdzie indziej nie można było dostać. Mówiono, że z niemiecką bronią włącznie.

Witkowie byli już wtedy po ślubie, wziętym po cichu w sochaczewskim kościele i po małym przyjątku weselnym, które wyprawił im nieoceniony szef – pan Wincenty.

Było naturalnie pieczone prosiątko, był smaczny tort, a przede wszystkim spirytusik, który bełtano z piwem. Niby nic, niby kufelek piwka, ale moc to ono miało, że hej!

Tak było trzeba, bo czasu na wielkie biesiadowanie nie było, nigdy nie wiedziano kto może nagle załomotać do drzwi. Ostatecznie była wojna i chociaż pan Wincenty opłacał się jak mógł i ze wszystkimi starał się być w zgodzie, to jednak nikt nie mógł się czuć bezpiecznie.

Witek robił u pana Flisiaka, za rzeźnika, masarza i nawet kucharza, a Dusia robiła torty i inne słodkości. Bywało, że oprawiając świniaka, albo gotując w ogromnym kotle świńskie łby na salceson, wspominał piękne wnętrze cukierni Lardelliego, eleganckie panie, słodkie spojrzenia i dyskretne zaproszenia. Wspominał wytworną salę w Europejskim, miłą postać pana Konstantego i cały tamten miniony świat, który wydawał mu się teraz tak odległy jak jakaś galaktyka, która mruga słabym światłem na niebie.

Wiosnę 1940, egzekucyjne akcje, a nawet postać Tadzia, wykreślił ze swojej pamięci całkowicie. To znaczy starał się to zrobić, ale zdarzały się noce, gdy straszne zjawy wracały w jego snach, a wtedy zrywał się zlany zimnym potem, stawał na równe nogi i wydawało mu się, że widzi małą postać chłopczyka, który zalany łzami pyta się „dlaczego?”.

To były okropne noce, w czasie których Dusia starała się otoczyć męża miłością i czułością. Kochali się wtedy tak zawzięcie, że aż tracili oddech. Ich  miłość  wylewała się poza wąski siennik i przenosiła  na podłogę, na której kładli stary kożuch.

Pod tym względem pasowali do siebie jak ulał, a z biegiem czasu coraz bardziej. Sami się temu dziwili, bo przecież wiedzieli, że w różnych małżeństwach różnie to bywa i im dalej od poślubnej nocy, tym  „wary i krwi upały” coraz bardziej stygną i sprawy chłodnieją.

U nich było odwrotnie. Im dłużej ze sobą byli, im częściej ze sobą przebywali, tym żarliwszą mieli na siebie ochotę, która niekiedy wymykała się spod kontroli i sprawiała, że kochali się w czasie pracy, gdzieś w ustronniejszym kąciku, czy wręcz na dworze, za komórką z drzewem.

Jasna rzecz, że na wyniki takich namiętności nie trzeba było długo czekać. Dusia zaszła w ciążę i była już w trzecim miesiącu, gdy zdarzyła się straszna rzecz.

Któregoś dnia Dusia została aresztowana. Na ulicy. Szła na drugą stronę rynku po jakieś zakupy do drogerii, gdy rozległ się strzał. Nikt nic nie widział, ale nagle jakiś chłopak zaczął uciekać wzdłuż murów. Niemiecki patrol zaczął obławę zgarniając przypadkowych przechodniów pod ścianę. Nadjechał samochód z żołnierzami i przy wrzaskach i biciu zatrzymanych, wpakowano ich do ciężarówki.

Witek nigdy już jej nie zobaczył. Pan Wincenty dokonywał przez swoje kontakty wszelkich możliwych starań. Witek szalał z rozpaczy i bezsilności, ale Dusia nie wróciła już nigdy.

Ktoś, już dużo później przyniósł wiadomość, że podobno została wywieziona do obozu w Majdanku, ale mimo usiłowań, nie dało się tego potwierdzić.

Nieoczekiwana  strata młodej, brzemiennej żony, uderzyła Witka jak ciężki obuch, który znienacka spada na skroń, pozbawia przytomności, a potem wyciska z człowieka wszelkie siły i wolę życia.

W pierwszych chwilach chciał biec na gestapo, ofiarować się w zamian za Dusię, ale akurat ten pomysł wybił mu szybko pan Wincenty, mówiąc że najpewniej będzie tak, że Niemcy nie wypuszczą Dusi, a Witka aresztują.

Miał rację. Z gestapo nie było ani żartów, ani szlachetnych zamian. Niektórzy  gestapowcy szli czasami na przekupstwa, ale najczęściej  musiały to być naprawdę znaczące kwoty, wręczane przez zaufane kontakty. Takich możliwości nie było.

W tym stanie rzeczy Witek zdecydował się wrócić do Warszawy. W Sochaczewie nic go już nie trzymało, a o to co go czeka w Warszawie nie dbał. Nic go już nie lękało – ani możliwość aresztowania przez Niemców, ani możliwa egzekucja ze strony Organizacji, ani głód, ani w ogóle nic. Był przeraźliwie sam. Karmił się jeszcze nadzieją, że Dusia wróci, że ją wypuszczą, ale z biegiem czasu ta nadzieja osłabła.

Wracał do swojego Miasta. Cóż innego mógł zrobić?

Mama Dusi miała swoją jadłodajnię z wyszynkiem na Brukowej róg Wrzesińskiej na Pradze. Takich miejsc – szczególnie na prawobrzeżnej Warszawie – było podówczas bez liku, ale jadłodajnia „Anielka”, miała  ustaloną reputację i stałą klientelę, a pani Aniela była znana i lubiana.  Był początek czerwca, gdy zmęczony drogą i przeżyciami Witek, stanął w progu „Anielki”.  Pani Aniela wiedziała już o aresztowaniu córki  i przez swoje kontakty zdążyła coś wyniuchać, ale dano jej do zrozumienia, że trzeba czekać.