Kierownik sali, pan Żelazko też przestrzegał, ale w sprawach miłości co takie przestrzegania mogą w ogóle znaczyć?!

Witka aresztowano w styczniu 1946. Nagle. Bez żadnego uprzedzenia, w czasie podawania obiadów, w „Dziedzilii” pojawiło się dwóch funkcjonariuszy milicji z paskami pod brodą i wzięli Witka jakby „ w pół słowa”, bo akurat niósł dwa talerze z siekanymi kotletami, ziemniakami i kapustą. Elza stała za bufetem i ruch był niemały. Milicjanci nie zwrócili na to uwagi, kazali mu postawić talerze na najbliższym stoliku, skuli kajdankami i wyprowadzili. Na zewnątrz, przy czarnym citroenie stał wysoki mężczyzna w prochowniku.

I tak zaczęła się gehenna, która przypominała okupacyjny Pawiak, z tą jednak różnicą, że miała trwać dużo, dużo dłużej.

Zawieziono go do więzienia na Ratuszowej, zapakowano do napchanej do granic możliwości celi i zostawiono „w spokoju”.

Razem z nim siedziało, a raczej stało kilkunastu ludzi, z których paru odmawiało szeptem różaniec. Reszta trwała w bezruchu, zastygłym bólu i wypisanej na twarzach rezygnacji.

Jak się okazało większość była tu od paru tygodni. Od czasu do czasu brano jednego, a czasem dwóch, ale oni już nie wracali.

Witek przycupnął w kącie. Cały jego dotychczasowy świat oddalił się tak nagle jak lecąca kula karabinowa, która mija cel i leci z oszałamiającą szybkością w nieokreśloną dal. Tak jakby ten świat nigdy nie istniał, a jeśli tak to  bardzo, bardzo dawno.

Ziutka, Elza, mama Aniela, bazar, „Dziedzilla” – wszystko to nagle wydało mu się ogromnie dalekie.

Rozmawiał z siedzącym obok chłopakiem, który mówił to samo.

-A Warszawa to jeszcze jest – pytał z szeroko otwartymi, pełnym lęku oczami.

-Jest, jest, świeży śnieg leży na ulicach – odpowiadał Witek, ale sam zaczynał w to wątpić.

-Jak tu długo jesteś?

-Nie wiem. Chyba ze dwa tygodnie. Nic mi nie mówią. Jak raz, przy wydawaniu kawy, zapytałem, to dali mi po gębie i dalej siedzę i nie wiem co i jak.

-Tu rządzi NKWD – szeptał chłopak – to ruski kryminał.

-A inni?

-Tak samo. Jedni mówią, że nas na Sybir wyślą, a inni, że pozabijają… – mówił płaczliwie. A za co nas mają zabijać? Czy ja komu co winny?

Witek jednak miał szczęście, albo nieszczęście, bo wzięto go już  po paru dniach.

W prawie pustym pokoju stało drewniane biurko z telefonem, a na ścianie wisiał portret Stalina. Okno miało zamalowane do połowy szyby.

-Nazwisko, imię, imię ojca, urodzony, gdzie, kiedy  i tak dalej, niekończące się pytania zadawane ostrym głosem, w którym wyraźnie brzmiał wschodni akcent.

Potem został odprowadzony, ale już do innej celi – tym razem na piętrze. Okazało się, że jest tam dziwacznym wyjątkiem, bo bez  wyroku. Wszyscy inni byli już osądzeni i skazani na karę śmierci.

Atmosfera była straszna, bo panująca tu groza, rozpacz i namacalna obecność końca wysysała jakąkolwiek nadzieję. Było ich około dziesięciu. Raz na dzień, ale nigdy nie wiedziano kiedy, otwierały się drzwi i słychać było wyczytywane nazwisko. Wyczytanemu zakładano maskę przeciwgazową, krępowano ręce drutem i wyprowadzano. Boso. Buty zabierano.

Witek zmartwiał, ale po jakimś czasie przyszło mu do umęczonej głowy, że jego obecność w tej celi śmierci ma na celu jego przyśpieszone zmiękczenie i szybkie przyznanie się do wszystkiego czego od niego zażądają.

Zastanawiał się więc czego od niego będą chcieli, ale zastanawiał chaotycznie, bez porządku. Wszystko mieszało mu się w głowie, bo przerażająca nędza siedzących koło niego skazańców doprowadzała go na skraj paniki.

-Może im chodzi o te akcje z Tadziem? Może o Powstanie? Może o Pawiak? Może, może, może …kłębiło mu się w głowie. Myśli biegały jak oszalałe, nerwy miał napięte do granic możliwości i czuł fizyczny ból serca, które ścisnęło mu się na kamień.

I to ściśnięcie czuł przez długi czas. Po czteromiesięcznym śledztwie, wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego został skazany na dziesięć  lat więzienia. Przypisano mu skryte zamordowanie radzieckiego żołnierza, próbę obalenia wprowadzanego systemu i coś tam jeszcze!  Ten „łagodny wyrok” miał zawdzięczać swojemu udziałowi w walkach z faszystowskim najeźdźcą, o czym zaświadczył major Urzędu Bezpieczeństwa  Tadeusz Pieńko.

To on był jednym z siedzących za stołem wojskowych sędziów. Witek nie widział dobrze, bo po ostatnim biciu jedno oko miał zupełnie zapuchnięte, ale przecież poznał Tadzia, który chociaż w oficerskim mundurze to jednak wyglądał prawie tak samo, jak wtedy gdy  na wiosnę 1940-go, przeprowadzali razem egzekucje gestapowców i hitlerowskich konfidentów.

O tym jednak, że to właśnie Tadzio uratował go od kary śmierci, i że jedynie dzięki jego wstawiennictwu dostał  „łagodną, patriarchalną dychę”, dowiedział się dużo, dużo później.

Na razie niezwykłość tego zdarzenia przekraczała jakiekolwiek oczekiwania. Witek wrócił do celi nie będąc pewnym czy za sędziowskim stołem rzeczywiście widział dawnego towarzysza broni czy też przebranego w mundur ducha.

A to był dopiero początek ciągu zdarzeń, które sprawiły, że z diabelskiego, stalinowskiego młyna wyszedł obronną ręką.

O ile każde więzienie jest straszne i prawie zawsze wywiera na uwięzionym życiowe piętno, o tyle stalinowskie więzienie lat 40-tych wywierało je tak krwawo, że w wielu przypadkach po prostu zabijało.

Pierwsze tygodnie po usłyszeniu wyroku były dla Witka koszmarem, z którym nawet  okupacyjny Pawiak nie mógł się równać. Wtedy było inaczej, bo władza która więziła i męczyła była obca. Teraz siedział w polskim więzieniu i męczyli go rodacy. Wbrew temu co na samym początku, zaraz po aresztowaniu, mówił Witkowi młody towarzysz niedoli, więzienie na Ratuszowej nie było już w rękach radzieckiego NKWD. Rządził polski Urząd Bezpieczeństwa. Z punktu widzenia ofiar nie miało to pewnie wielkiego znaczenia, ale z punktu widzenia sytuacji Kraju ogromny, bo terror zaczynała organizować polska władza.

Jasne, że i tak i tak rządzili radzieccy doradcy i to oni mieli decydujący głos, ale fakt pozostawał faktem, że administracja bezpieczeństwa była w polskich rękach.

Zaraz po wyjściu z sądowej sali, Witek nie wrócił już do strasznej celi śmierci na pierwszym piętrze, tylko został sprowadzony na dół, do piwnic, do przeraźliwie lodowatej celi o maleńkim, zablindowanym okienku. Ściany pokrywał wilgotny liszaj, betonowa podłoga była śliska,  a nade wszystko panował obrzydliwy fetor, który w pierwszej chwili spowodował u niego tak gwałtowny skurcz, że aż upadł. Mimo to nie miał czym wymiotować, bo wygłodzony już był ponad miarę i w ciągu kilku miesięcy od aresztowania czuł, że spodnie z niego spadają a ręka wydawała się tak koścista i chuda jak nigdy.

W celi siedziało już ośmiu innych, zarośniętych, brudnych i prawie  obłąkanych więźniów. Otwarta bardacha cuchnęła do zwariowania, prycz nie było i spało się siedząc wprost na betonowej podłodze. Na położenie się nie było miejsca.

Więźniowie mówili bełkotliwie i trwożliwie. Niektórzy cały czas poruszali bezdźwięcznie ustami w modlitwie, a może w jakiejś niekończącej się skardze, co potęgowało wrażenie obłąkania.

Jedzenie dawano dwa razy dziennie. Właściwie tylko kaszę, którą z rzadka okraszono jakimś paskudnym łojem. Metalowe miski nie były myte i zaschnięte pozostałości minionych posiłków oblepiały naczynia.

Biorąc ją w obie ręce Witek mimo woli wspominał wytworną zastawę restauracji Hotelu Europejskiego, wyszukane dania i elegancką atmosferę tego wyjątkowego lokalu.

-Boże – myślał z wysiłkiem – czy ten świat rzeczywiście kiedyś istniał i czy rzeczywiście miałem w nim udział? Czy to co przeżywam jest już dnem piekła?

Parę miesięcy spędzone w piwnicach makabrycznego więzienia na Ratuszowej, które jak na ironię nazywano „Toledo”, było z całą pewnością najtragiczniejszym i najcięższym okresem całego jego życia. Potem było już lepiej.

We wrześniu przeniesiono go do słynnego mokotowskiego więzienia na Rakowieckiej. W celi panowały względnie normalne warunki, o ile o jakiejkolwiek normalności można było w ogóle mówić.

W  „Dziedzilli” aresztowanie Witka przeszło bez większego echa. Ludzie mieli już świadomość tego co się dzieje i że dosłownie każdy może być zabrany przez groźny patrol, który jak nienasycony potwór pojawiał się, porywał ofiarę i znikał.

Swoją drogą właściciel lokalu pan Jordan też żył w niepewności, bo władza męczyła go podatkami i jakimiś wymyślonymi domiarami, które pożerały lwią część zysku. Rozważał nawet zamknięcie interesu, ale póki co gości było coraz więcej i staremu restauratorowi żal było porzucać ulubiony fach. Witka żałował, ale czuł się bezsilny.

A jednak byli tacy, którzy nie opuścili rąk. W pierwszych chwilach po  zabraniu skutego Witka, Elza stała jak skamieniała, ale dość szybko doszła do siebie i od pana Żelazki dowiedziała się o pani Anieli, jej knajpie i budce na bazarze. Zaraz też po pracy ruszyła na Pragę.

Lata handlu, życia w zagrożeniu i wrodzona umiejętność dawania sobie rady, zahartowała panią Anielę tak, że wieść o aresztowaniu zięcia przyjęła dość spokojnie.

Przede wszystkim dała Elzie bigos, a na stole postawiła flaszkę czystej, bo Elza była zmarznięta na sopel. Styczeń 46-go był mroźny, a droga z Marszałkowskiej na Pragę ciągle jeszcze stanowiła wyprawę.

Wypiły, ale na podejmowanie jakichkolwiek działań było jeszcze za wcześnie. Najważniejsze było ustalenie gdzie Witek jest.

Od września i od wiadomości, że Witek siedzi na Rakowieckiej można już było działać i w pierwszej kolejności nieoceniona teściowa wyszukała dobry kontakt, który przekazywał jej informacje o zięciu.

Wszystko to było trudne i kosztowne, ale tak było trzeba, bo Witek był w marnej formie i co tu dużo gadać – gasł.

Pierwszy list od mamy Anieli był więc dla niego niebiańskim prezentem, bo dawał mu nadzieję i świadomość, że ktoś o nim myśli.

Tak mijały miesiące i lata.

Lutowa amnestia 1947-go przeszła jak senna mara, która uwolniła  nielicznych, ale tylko po to żeby po krótkim czasie zamknąć ich ponownie.

Listopadowa amnestia 1952-go niosła jakie takie nadzieje, ale nie objęła Witka, który z oryginalnego wyroku odsiedział dopiero sześć lat. Swoją drogą miał jaką taką nadzieję, ale roznoszący posiłki kalifaktorzy, którzy zazwyczaj byli dobrze poinformowani, dali znać, że amnestia dotyczy tylko małej liczby z najlżejszymi wyrokami, a na pewno nie jego.

A jednak zdarzył się cud i w miesiąc później wezwano go do naczelnika, który odczytał mu zwolnienie!

Przed więzienną bramą czekały na niego dwie kobiety – mama Aniela i Elza.

Witkowi wydawało się, że śni, i że wychodzi z głębokiego grobowca na piękny, słoneczny, wolny świat, a witają go dwa anioły!

Świat, który go witał był faktycznie inny niż ten ze stycznia 46-go. Ulice były czyste, bez gruzów, widziało się nowe domy i inaczej ubranych ludzi, a już na widok wspaniałego MDM-u Witek rozpłakał się jak dziecko. W ogóle nerwy puszczały mu co chwilę i w pierwszych godzinach po wyjściu nie mógł powstrzymać łez. Jechali we trójkę tramwajem. Przejeżdżali koło Wilczej, ale „Dziedzilli” już nie było.

Spojrzał pytająco na Elzę.

-Nie ma już naszej „Dziedzilli”. Zamknięta – powiedziała.

-A pan Jordan, pan Żelazko?

-Jordan wyjechał gdzieś na Ziemie Odzyskane, a Żelazko nie żyje…

-A jak tam bazar – zwrócił się do teściowej.

-Po staremu Wiciu, po staremu. Kręci się jak może.

Przyjechali na Pragę. Mama Aniela zastawiła stół, była też dobra wódka z miodem  i prawdziwa kawa. Usiedli. Patrzył wygłodzonym okiem na te wspaniałości, patrzył na kochane twarze kobiet i powoli, powoli dochodził do siebie. Był w domu.

Pod koniec obiadu mama Aniela wyszła do drugiego pokoju i ku jego nieopisanemu zdumieniu, wróciła ze skrzypcami!

Witek wziął je z nabożeństwem do rąk. Chwilę trzymał patrząc ze łzami na ukochany instrument. Delikatnie, delikatniutko dotknął palcami strun, a potem wziął smyczek.

W tym samym momencie Elza, która już była trochę na rauszu i jej smagła twarz pokryła się ciemnym rumieńcem, a oczy nabrały dawnego blasku, zaczęła cicho nucić.

„Jak uśmiech dziewczyny kochanej,

jak wiosny budzącej się wiew…”

I wtedy Witek włączył się ze swoimi skrzypcami i ta warszawska piosenka zabrzmiała jak głęboki oddech wolności i początek czegoś nowego i radosnego.

„Miłości rodzącej się zew…”

Niski, nabrzmiały uczuciem głos Elzy brzmiał ciepło i radośnie, bo oto zaczynało się dla nich nowe życie.

A mama Aniela ocierała płynące z oczu łzy…