Tak. Wiem, wiem. Wszyscy o tym trąbią. Nie można się od tego opędzić. Znajomi po prostu powariowali. Rejak zadzwoniła do mnie z sensacyjną wiadomością, że ocet. Ocet wcierany w skórę i pity trzy razy dziennie po łyżeczce chroni przed koronawirusem.

Skąd wiadomo? No, od sąsiadki. Jeśli ktoś potrzebuje magii w życiu, to będzie w takie głodne kawałki wierzył.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Ale, ani ocet, ani czosnek, ani pokrojona cebula porozkładana po pokojach nie uchroni od koronawirusa. To co nas uchroni to brak styczności z tym wirusem, żeby nie mógł nas zaatakować. Proste.

W czasach  przed szamponem włosy myło się raz na dwa tygodnie mydłem (najlepiej szarym), a spłukiwało wodą z octem – dla połysku i gładkości. Do dziś pamiętam takie starsze osoby z dzieciństwa, które pachniały octem. To z tych spłukiwanych octem włosów.

Co prawda szampon do włosów już był dostępny, ale najtrudniej zmienić przyzwyczajenia. Wtedy powszechnie uważano, że szampon niszczy włosy, podobnie jak i suszarka do włosów.  A farby do włosów, gdy nawet były stosowane, to pod przykryciem, że naturalne. Koleżanka mojej mamy zrobiła się blondynką – utlenioną. Na pytania co się stało. Odpowiadała, że ze stresu po śmierci cioci osiwiała. Niejako więc wracamy do tego co było znane – do octu. Róbcie jak tam chcecie, tylko nie pokazujcie się w takim stanie ludziom. Miejcie ich na uwadze. Chyba, że próbujecie wymusić zapachowy dystans na bliźnich?

Kiedyś przybłąkał się do nas mały zagłodzony kotek. Dziki i niechciany przez nikogo. Przytulił się do rodziny bardzo szybko. Raz idąc do pracy zabrałm rutynowo plecak do siłowni. Jechałam metrem i coś bardzo śmierdziało. Jakąś padłą rybą Oburzona uważnie przyglądałam się podróżnym zadając pytanie, który to z nim wiezie takie śmierdzące świństwo. Kandydatów było wielu. Przed pracą poszłam na siłownię, a tu w szatni ten sam smród. Co jest? – myślę. Czy ktoś za mną celowo łazi z tym smrodem?  Podeszłam do szafki, wrzuciłam do niej plecak, zaczęłam się przebierać, otworzyłam plecak. I buchnęło! Smród. Koci. Moje małe kociątko załatwiło się do mojego plecaka! Co robić, ach, co robić? Oczy wszystkich obecnych w szatni zwróciły się na mnie. Ktoś głupawo zapytał  ‘are you ok?’.  Nie wiem jak można być ‘ok’ w takiej sytuacji. Co robić, ach, co robić? Jeśli zacznę ten smród czyścić tu i teraz, to zrobi się jeszcze gorzej. Szybko więc zatrzasnęłam szafkę. Zamknęłam plecak. Ubrałam to co zdążyłam przed chwilą zdjąć i wybiegłam. Na przylegającym skwerku wyrzuciłam kocie gówienka do kosza. Potem przerzuciłam zawartość plecaka do torby plastikowej i wywaliłam cały plecak. Był nie do odzyskania. Kto ma koty, ten wie o czym mówię, kto nie ma, to lepiej, żeby nie wiedział. Do tej siłowni już więcej nie poszłam, bo nie chciałam być rozpoznawana jako ta ‘lady’ od smrodu.

Piszę o tym, aby wszystkim przypomnieć, że nieprzyjemne aromaty z nami zostają. Smarujcie się octem, albo czym tam chcecie, okadzajcie mieszkania, jeśli wierzycie, że wam to pomoże, ale proszę, zostańcie w domu. To co nas uchroni to brak styczności z wirusem. Proste. Tylko trzeba tego wirusa bezwzględnie unikać.