Iza­be­la Emba­lo: BICIE SERCA – PODRÓŻ DO AFRYKI: Smu­tek, któ­re­go nie moż­na wyra­zić łzami

(…) ser­ce przy­po­mi­na głę­bo­ką stud­nię. Nikt nie wie, co jest na dnie. Moż­na tyl­ko sobie wyobra­żać na pod­sta­wie tego, co cza­sa­mi wypły­wa na powierzch­nię. Haru­ki Mura­ka­mi (zna­ny japoń­ski pisarz)

Mia­łam wie­le powo­dów, aby wybrać się wresz­cie do Gwi­nei. Jed­nym z celów był wolun­ta­riat. Razem z moim mężem, Alber­to, któ­ry jak nie­któ­rzy z was już wie­dzą, jest leka­rzem, chcie­li­śmy w jakiś spo­sób pomóc, a pomoc, w jakiej­kol­wiek for­mie i ilo­ści, jest tam napraw­dę potrzeb­na. Moim celem było roze­zna­nie się w moż­li­wo­ściach zbu­do­wa­nia w Gwi­nei szko­ły dla dzie­ci. Takie moje marze­nie bli­skie zrealizowania.

Naj­pierw odwie­dzi­li­śmy bied­ną dziel­ni­cę Bis­sau, gdzie Alber­to zaczął, w czy­nie spo­łecz­nym, leczyć. Na dru­gi dzień poje­cha­li­śmy na kil­ka dni do odle­głej od Bis­sau, dużej wsi w rejo­nie Gabu, bli­sko gra­ni­cy z kra­jem — Gwi­nea Kona­kry. Może to tro­chę zabrzmi baj­ko­wo, ale dzia­dek Alber­to był ostat­nim afry­kań­skim kró­lem obsza­ru Gabu, więc inte­re­su­ją­ca część Gwi­nei ze wzglę­dów histo­rycz­nych i etnicz­nych. Mnie już oczy­wi­ście takie rze­czy nie zaska­ku­ją, choć na począt­ku jego „afry­kań­skie histo­ryj­ki”, w pewien spo­sób, mnie zadzi­wia­ły. Nie moż­na jed­nak w Afry­ce i w zde­rze­niu z afry­kań­ską kul­tu­rą, ich rze­czy­wi­sto­ścią, uży­wać per­cep­cji, opar­tej o nor­my czy wyobra­że­nia euro­pej­skie. Bo po co porów­ny­wać jabł­ko do owo­cu papaja?

reklama

Alber­to „po pra­cy” chciał mi poka­zać obszar daw­ne­go kró­le­stwa, dotar­li­śmy do rze­ki Coru­bal, któ­ra koń­czy­ła tere­ny pod­wład­ne. Musia­łam się nawet w tej rze­ce “prze­myć”, taka tra­dy­cja… według legen­dy, świę­te afry­kań­skie miej­sce. Byli­śmy tam o zacho­dzie słoń­ca, więc prze­pięk­ny widok. Zoba­czy­łam tam tra­dy­cyj­ne, archa­icz­ne już afry­kań­skie wio­ski, z taki­mi okrą­gły­mi, kry­ty­mi sło­mą, mały­mi gli­nia­ny­mi chat­ka­mi. Takie, jakie widzi się jesz­cze cza­sem w tele­wi­zji lub na jakiś fol­ko­wych, afry­kań­skich malun­kach. Miejsc takich jest już coraz mniej w Afryce.

Por­tu­gal­czy­cy i inni kolo­ni­za­to­rzy, znisz­czy­li kró­le­stwo Gabu, pomor­do­wa­li Afry­kań­czy­ków albo sku­tych w łań­cu­chy, powy­wo­zi­li do Bra­zy­lii czy Ame­ry­ki i sprze­da­li jako nie­wol­ni­ków. Nic z kró­le­stwa Gabu już nie pozo­sta­ło, tyl­ko histo­ria, opo­wie­ści, legen­dy, zie­mia, no i może pre­stiż spo­łecz­ny potomków.

Do Pit­che jecha­li­śmy czte­ry godzi­ny z Bis­sau. Mija­li­śmy tysią­ce drzew – orze­chów ner­kow­ców oraz man­go. Jest ich w Gwi­nei strasz­nie dużo. Jesz­cze nie było sezo­nu zbie­ra­nia tych owo­ców, ale mogłam sobie wyobra­zić, jak obfi­te są plo­ny. Wie­lu Gwi­nej­czy­ków zara­bia na zbio­rach i han­dlu owo­ca­mi. Uda­ło mi się jeden doj­rza­ły owoc ner­kow­ca spró­bo­wać na plan­ta­cjach moje­go szwa­gra Anto­nio. Zna­lazł gdzieś dla mnie wyso­ko na jed­nym z drzew. Owoc ner­kow­ca sma­ku­je jak połą­cze­nie doj­rza­łej brzo­skwi­ni i śliw­ki, soczy­sty, słod­ki. W lutym, w cza­sie moje­go poby­tu, był okres na papa­ja, cytru­sy i bana­ny. Gwi­nej­skie cytry­ny wyglą­da­ją ina­czej, zupeł­nie tak jak poma­rań­cze, tak­że w środ­ku. Moż­na się pomylić.

Gwi­nea jest 6 – tym na świe­cie pro­du­cen­tem ner­kow­ców. Kupu­jąc te orze­chy i nawet nie wie­dząc, może­cie natra­fić na gwi­nej­skie. Indie sku­pu­ją tam bar­dzo duże ilo­ści i roz­pro­wa­dza­ją po całym świecie.

Dotar­li­śmy do wio­ski. Więk­szość jej miesz­kań­ców pocho­dzi z ple­mio­na Fula­ni. To wła­śnie ich region. Ponie­waż Alber­to zna język Fula­ni, miał moż­li­wość poro­zu­mie­wa­nia się w łatwy spo­sób z ludź­mi na wio­sce. Z inny­mi ple­mio­na­mi, po kre­ol­sku. To było korzyst­ne, bo mógł jako lekarz swo­bod­nie z nimi roz­ma­wiać. Wyda­je mi się tak­że, że oni mie­li jak­by więk­sze do nie­go zaufa­nie. Cie­szy­li się, że przy­je­chał im choć tro­chę pomóc. Pra­co­wa­li­śmy w lokal­nej kli­ni­ce, ale nic tam na miej­scu nie było — ani ciśnie­nio­mie­rza, ani słu­cha­wek lekar­skich, ani apa­ra­tu do pomia­ru glu­ko­zy, no prak­tycz­nie nic. Na szczę­ście przy­wieź­li­śmy swój pod­sta­wo­wy sprzęt, któ­ry zosta­wi­li­śmy w podar­ku. W kli­ni­ce obec­na była jedy­nie pie­lę­gniar­ka, poma­ga­ją­ca bar­dziej cię­żar­nym kobie­tom, ewen­tu­al­nie robią­ca opa­trun­ki. To wszystko.

Poza tym jest na świe­cie taki rodzaj smut­ku, któ­re­go nie moż­na wyra­zić łza­mi. Nie moż­na go niko­mu wytłu­ma­czyć. Nie mogąc przy­brać żad­ne­go kształ­tu, osia­da cicho na dnie ser­ca jak śnieg pod­czas bez­wietrz­nej nocy. Haru­ki Murakami

Pobyt w Pit­che był, naj­trud­niej­szym dla mnie momen­tem, całej podro­ży. Bie­da, jaką zoba­czy­łam i warun­ki życia są tam pora­ża­ją­ce i może dla­te­go, że doty­czy to nagle setek ludzi, wszy­scy w jed­nym miej­scu. Taka sko­ma­so­wa­na “daw­ka”.  Warun­ki życia są tam bar­dzo cięż­kie. Na szczę­cie w Gwi­nei nie ma gło­du. Ludzie może nie jedzą tego, co chcą i kie­dy chcą, nie­kie­dy jest to jeden posi­łek dzien­nie, ale nie zoba­czy­cie wychu­dzo­nych ludzi — szkie­le­tów, i jakie czę­sto się poka­zu­je w mediach. Ludzie tam mają też dostęp do czy­stej, pit­nej wody. Hydran­ty wod­ne są dostęp­ne na wsi. Wodę naj­czę­ściej noszą dzieci.

Odna­leźć się w tych, jak­by nie było, szo­ku­ją­cych na począt­ku wize­run­kach ludzi, ich życia i przej­mu­ją­cej, suro­wej rze­czy­wi­sto­ści, było pie­kiel­nie trudne.

Pew­nie, że widzia­łam wcze­śniej bie­dę, w Ame­ry­ce Łaciń­skiej, na Kara­ibach, w Azji, no i już w Bis­sau, ale tu jakoś ina­czej na mnie to oddzia­ły­wa­ło. I nie potra­fię wytłu­ma­czyć, dla­cze­go… W tele­wi­zji też prze­cież oglą­da się wie­le takich smut­nych, a nawet gor­szych rze­czy, bo głód, woj­ny, kata­kli­zmy na świe­cie się nie koń­czą, ale to było jakieś inne, bar­dziej nama­cal­ne, moc­niej­sze – takie ukłu­cie, wbi­cie szpil­ki w sam śro­dek serca.

Bole­śnie i głę­bo­ko. Patrząc na życie tych ludzi, w czło­wie­ku nara­sta poczu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści…, bo dla­cze­go ktoś żyje tak, a inny zupeł­nie inaczej.

Nie wybie­ra­my sobie miej­sca uro­dze­nia, świa­ta, jaki nas ota­cza. Nie wybie­ra­my sobie rasy, czy nawet w więk­szo­ści przy­pad­ków, nie wybie­ra­my sobie nawet reli­gii. Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś nad tym? Poja­wia­ją się nawet pew­ne­go rodza­ju wyrzu­ty sumie­nia, nagle zda­jesz sobie spra­wę z tego, że tak napraw­dę za dużo posia­dasz i w porów­na­niu do tych wszyst­kich ludzi na świe­cie, któ­rzy prak­tycz­nie nie posia­da­ją nic.

Pro­ble­my też jakie mamy, nagle się pomniej­sza­ją, nie są już takie istot­ne, a nawet chwi­lo­wo zni­ka­ją, kie­dy widzi się bie­dę, ogar­nia­ją­cą tysią­ce. Bie­dę, cier­pie­nie i ludzi takich samych jak my — czu­ją­cych, kocha­ją­cych, pra­gną­cych, by ich dzie­ci mia­ły tro­chę lep­sze, łatwiej­sze życie. Ludzi, któ­rym ser­ca biją i tak samo, jak nam.

Trud­no mi nawet było robić tam zdję­cia, bo wyczu­wa­łam, że nie jest to tak za bar­dzo na miej­scu. Robić zdję­cia cze­go? Bie­dy? Poka­zy­wać tych ludzi i ich ubó­stwo jako cie­ka­wost­kę w “boga­tym świe­cie”? Afry­kań­czy­cy na wio­sce pozwa­la­ją, by foto­gra­fo­wać, są po pro­stu grzecz­ni, ale moż­na wyczuć, że nie czu­ją się z tym dobrze. I ja rozu­miem, dlaczego.

        ‑Duszą rze­czy, jej isto­tą jest nie to co widzi­my, ale to cze­go nie może­my dostrzec i co – w naj­lep­szym razie – tyl­ko prze­czu­wa­my. Haru­ki Murakami

Zro­bi­łam tro­chę zdjęć, bar­dziej w ukry­ciu, bo chcę poka­zać, jak się żyje w Afry­ce w bied­nych miej­scach. Nie chcę się od tego odwra­cać, bo jeśli będzie­my na to zamy­kać  oczy, a tak jest naj­wy­god­niej, nie pomo­że­my niko­mu. Nie trze­ba się bać tej ist­nie­ją­cej na całym świe­cie rze­czy­wi­sto­ści. Bie­da wszech­obec­na krzy­czy wszę­dzie… jest to nie­ste­ty nie­roz­wią­zy­wal­ny jak na razie pro­blem ludz­ko­ści. Zaj­mu­je­my się wie­lo­ma glo­bal­ny­mi pro­ble­ma­mi, a pomoc i pomniej­sze­nie ubó­stwa na świe­cie, powin­no być tym prio­ry­te­to­wym. Gdzieś, kie­dyś czy­ta­łam, że bie­dą za bar­dzo się nikt nie przej­mu­je, bo bie­da nie boli boga­tych, ich nie doty­czy. Jest w tym tro­chę racji.

Zasta­na­wia­łam się jak Wam afry­kań­ską bie­dę opi­sać. Dla mnie, bie­da ma przede wszyst­kim oczy dziec­ka, któ­re nie zawsze jest naje­dzo­ne. Bie­da ma oczy dziec­ka, któ­re nie ma żad­nej zabaw­ki. Bie­da ma oczy dziec­ka, któ­re nie ma ani jed­nej pary wygod­nych butów. Bie­da ma oczy mat­ki, któ­ra jest smut­na, bo nic nie może dać swo­im dzie­ciom. Bie­da ma oczy ojca, któ­re­go nie stać na wysła­nie dziec­ka do szkoły.

Bie­da ma oczy…

Przy­go­to­wy­wa­łam się do tej podró­ży. Wie­dzia­łam, zoba­czę to, co zoba­czy­łam, choć wyobra­ża­łam sobie to tro­chę ina­czej. Afry­ka to nie­sa­mo­wi­ty kon­trast. Ja spo­dzie­wa­łam się, że w Gwi­nei jest mniej bogac­twa, ale tak­że i mniej biedy.

Na począt­ku byłam twar­da. Powta­rza­łam sobie, „prze­cież wie­dzia­łaś, to będzie czę­ścią Afry­ki, czę­ścią świa­ta, jaki chcesz zoba­czyć”. Pierw­sze­go dnia na wio­sce jakoś się jesz­cze trzy­ma­łam. Dru­gie­go już nie dałam sobie rady. Pra­cu­jąc w kli­ni­ce, poma­ga­jąc Alber­to­wi, widząc tych wszyst­kich ludzi, bie­dę, cier­pie­nie, poczu­łam nagle tak wiel­ki smu­tek, że roz­pła­ka­łam się jak mały dzie­ciak i to przy wszyst­kich.  Pocie­sza­li mnie, mar­twi­li się…, a to prze­cież ja przy­je­cha­łam, żeby ich pocieszać.

A wie­cie co tak naj­bar­dziej wyci­ska z czło­wie­ka tam łzy? Poczu­cie bez­sil­no­ści. Takie ogrom­ne, wprost nie do pokonania.

Zapła­ka­na, bo dobrze nie widzia­łam wte­dy, zmie­nia­jąc igły w apa­ra­ci­ku pomia­ru glu­ko­zy, pokłu­łam się uży­wa­ną igłą. Alber­to był prze­ra­żo­ny, nie mógł spać przez dwie noce, tak się tym przej­mo­wał, naj­bar­dziej moż­li­wo­ścią zaka­że­nia wiru­sem HIV. Zro­bi­łam póź­niej wszyst­kie bada­nia, na róż­ne moż­li­we cho­ro­by, powta­rza­jąc w Kana­dzie, niczym się nie zara­zi­łam (teraz sobie myślę, war­to się było pokłuć, aby się prze­ko­nać, czy mąż mnie jesz­cze kocha po tylu latach… wyglą­da na to, że tak).

Alber­to pra­co­wał napraw­dę cięż­ko, bez prak­tycz­nie żad­nej prze­rwy. Nosi­łam mu jedy­nie zim­ną wodę do picia, bo było bar­dzo gorą­co, w słoń­cu ponad 40 stop­ni. Przy­jął wszyst­kich, któ­rzy potrze­bo­wa­li kon­sul­ta­cji medycz­nej. Nali­czy­li­śmy ok. 200 osób. Na koniec wezwa­no go do męż­czy­zny, któ­ry bar­dzo nie­do­brze się poczuł. Alber­to zdia­gno­zo­wał wylew.

Alber­to też miał „momen­ty”. Pomi­mo że w roli leka­rza zgry­wał „twar­dzie­la”, widzia­łam, nie­kie­dy miał łzy w oczach, dwa razy się nawet w ukry­ciu roz­pła­kał. Mię­czak z nie­go, kto jak kto, ale ja go znam. Podob­nie jak i mnie, przy­tła­cza­ła go bez­sil­ność. Nie­wie­lu zda­je sobie spra­wę z tru­du pra­cy leka­rza, nie­sa­mo­wi­ta odpo­wie­dzial­ność za życie ludz­kie, podej­mo­wa­nie takich a nie innych decy­zji. Docho­dzi aspekt pra­cy z ludź­mi, nie­kie­dy umie­ra­ją­cy­mi, aspekt emo­cjo­nal­ny, bo moż­na sobie tyl­ko wyobra­zić, jak trud­no jest powie­dzieć mat­ce małe­go chłop­czy­ka, że dziec­ko powo­li umiera.

Więk­szość cza­su spę­dzi­łam w poko­ju lekar­skim z nim i wszyst­kie te sytu­acje widzia­łam. Kil­ka przy­pad­ków było bar­dzo cięż­kich. Ale dłu­go by o tym pisać.

Dzię­ki kon­sul­ta­cjom na wio­sce uda­ło się wykryć nie­zdia­gno­zo­wa­ne i zaawan­so­wa­ne cho­ro­by. Głów­nie cukrzy­ca i nad­ci­śnie­nie, wie­le infek­cji i innych pro­ble­mów medycz­nych. Bar­dzo wie­le ludzi umie­ra w Afry­ce na cukrzy­cę lub nad­ci­śnie­nie. Cho­ro­by, któ­re moż­na w wie­lu przy­pad­kach kon­tro­lo­wać farmakologicznie.

W kli­ni­ce poja­wił się mały chłop­czyk, miał może 4 lat­ka. Dziec­ko mia­ło pro­blem z oddy­cha­niem. Alber­to zdia­gno­zo­wał poważ­ną, wro­dzo­ną wadę ser­ca. „Ser­ce mu w pew­nym momen­cie pęk­nie albo się udu­si”… powie­dział smut­ny do mnie po polsku.

Wola­ła­bym tego nie sły­szeć. Wiem, że ludzie wszę­dzie cier­pią na róż­ne cho­ro­by, nie­któ­re nie­ule­czal­ne. Co było dla mnie bar­dzo smut­ne, ludzie w Pit­che, oprócz strasz­nej bie­dy, z któ­rą się codzien­nie zma­ga­ją, prze­ży­wa­ją jesz­cze inne ludz­kie tra­ge­die, jak­by było im mało. Chłop­czyk był już na komi­sji lekar­skiej, nie zakwa­li­fi­ko­wa­no go na lecze­nie za gra­ni­cą — ope­ra­cja ser­ca. Takie ope­ra­cje w nie­któ­rych przy­pad­kach robi się tyl­ko nie­mow­la­kom. Mat­ka chłop­czy­ka nie mia­ła świa­do­mo­ści tego zaraz po poro­dzie, bo żaden lekarz dziec­ka nie badał. Na wsi nie ma leka­rza. Gwi­nej­czy­cy nie robią testów pro­fi­lak­tycz­nych, nie ma takich tam luk­su­sów. Dopie­ro jak się poja­wia poważ­ny pro­blem, szu­ka­ją pomo­cy medycz­nej. I wte­dy już nie­ste­ty cza­sa­mi jest za póź­no. Lecze­niem bied­nych w Pit­che zaj­mu­je się lokal­ny szaman.

Gwi­nea pod­pi­sa­ła umo­wy mię­dzy­na­ro­do­we, rząd wysy­ła Gwi­nej­czy­ków na lecze­nie (naj­czę­ściej do Por­tu­ga­lii). W Gwi­nei są szpi­ta­le, ośrod­ki zdro­wia, ale cza­sem brak sprzę­tu nie pozwa­la na prze­pro­wa­dze­nie takiej ope­ra­cji na miej­scu, moż­li­we, że tak­że powo­dem jest zbyt dłu­gi okres ocze­ki­wa­nia. Nie­kie­dy zespół leka­rzy przy­jeż­dża do Gwi­nei i wyko­nu­je zabie­gi. Są tak­że stat­ki ‑szpi­ta­le, któ­re pod­pły­wa­ją do brze­gów Afry­ki. Gru­pa mię­dzy­na­ro­do­wych leka­rzy wyko­nu­je wte­dy na stat­ku róż­ne medycz­ne zabiegi.

Alber­to myślał nawet o tym, by zor­ga­ni­zo­wać kie­dyś eki­pę leka­rzy z Pol­ski. Mamy tam dużo przy­ja­ciół, kole­gów ze stu­diów Alber­to, któ­rzy są teraz spe­cja­li­sta­mi róż­nych dzie­dzin. Wie­lu chi­rur­gów. Trud­no jed­nak cokol­wiek zapla­no­wać, Covid-19 zmie­nił nasze pla­ny. Podob­nie moje budo­wy szko­ły, utknę­ły na razie w śle­pym punk­cie. W Gwi­nei jest nadal kwa­ran­tan­na. Musi­my poczekać.

Leka­rzy w Gwi­nei bar­dzo bra­ku­je, małe są bowiem zarob­ki i trud­ne warun­ki pracy.

Póź­niej w kli­ni­ce poja­wi­ła się mło­da kobie­ta na wóz­ku. I zaraz po tym chłop­czy­ku. Myśla­łam, że nie­do­ży­wio­na, Alber­to zdia­gno­zo­wał poważ­ną, nie­ule­czal­ną, gene­tycz­ną cho­ro­bę powol­ne­go zani­ku mię­śni.  Cho­ro­bę moż­na jedy­nie spo­wol­nić. Alber­to, musiał powie­dzieć jako lekarz mat­ce i pacjent­ce, jaka jest trud­na sytu­acja. Prze­pi­sał leki, mat­ka nie ma żad­nych środ­ków na zakup nawet pod­sta­wo­wych leków prze­ciw­bó­lo­wych, a cho­ro­ba jest bole­sna. Mat­ce tej mło­dej kobie­ty dałam pie­nią­dze, by kupi­ła cór­ce leki, była nie­zwy­kle zasko­czo­na, roz­pła­ka­ła się.

W Gwi­nei roz­da­li­śmy wszyst­kie pie­nią­dze, jakie mie­li­śmy. A przy­wieź­li­śmy tro­chę, żeby kupić kawa­łek zie­mi i zacząć budo­wać dla nas waka­cyj­ny dom. Jakoś nie moż­na było ina­czej… Afry­kań­czy­cy nie pro­szą o pie­nią­dze, po pro­stu chce się im jakoś pomóc, widząc trud­ne warun­ki codzien­ne­go życia.

W Afry­ce zaj­mu­je tro­chę cza­su, aby się do pew­nych rze­czy, wido­ków przy­zwy­cza­ić. Pit­che pozo­sta­wi­ło we mnie jakieś smut­ne piętno.

Czas w wio­sce pły­nie wol­no. Rzad­ko ktoś bia­ły odwie­dza ich tam. Na pew­no nie przy­jeż­dża­ją tury­ści, więc zoba­cze­nie bia­łe­go czło­wie­ka nale­ży do rzad­ko­ści. Chcia­łam zoba­czyć bli­żej wio­skę. Wybra­łam się na spa­cer po Pitche.

Nie wyczu­wa­łam żad­nej nega­tyw­nej cie­ka­wo­ści czy zain­te­re­so­wa­nia. Raczej bar­dzo miły, przy­ja­zny sto­su­nek. Dużo, wia­do­mo, z miesz­kań­ca­mi wio­ski nie poroz­ma­wia­łam, ale jaki­kol­wiek przy­ja­zny, ser­decz­ny gest w ich stro­nę powo­do­wał, że obda­rza­li mnie wiel­kim uśmie­chem. Nauczy­łam się kil­ku zwro­tów po Fula­ni, a oni bar­dzo się cie­szy­li, jak do nich mówi­łam w ich ple­mien­nym języ­ku. Co mnie bar­dzo zdzi­wi­ło, zna­li już moje imię, bo sen­sa­cja o przy­jeź­dzie bia­łej dok­to­ro­wej na wio­skę roze­szła się szyb­ko. Jed­na z kobiet pode­szła do mnie z wiel­kim uśmie­chem, powie­dzia­ła, na imię ma tak­że Iza (Issa w wer­sji Fulani).

Inne woła­ły mnie, żeby mnie czymś poczę­sto­wać i cho­ciaż­by wodą lub mle­kiem. Żar był nie­mi­ło­sier­ny. Na jed­nym z fil­mi­ków kobie­ta powie­dzia­ła coś do mnie po Fula­ni, nie rozu­mia­łam, Alber­to mi póź­niej prze­tłu­ma­czył „lubi­my cię…”.

Wio­ska jest ogrom­na, wszyst­ko tro­chę podob­ne, no i się w koń­cu zgu­bi­łam, dro­ga powrot­na gdzieś się urwa­ła. Miesz­kań­cy wio­ski poka­za­li mi jak wró­cić do kliniki.

W domach na wio­sce nie ma pra­wie nic. Może jakiś sta­ry mate­rac do spa­nia, moski­tie­ra, cza­sem jakaś waliz­ka, któ­ra słu­ży­ła jako szaf­ka na ubra­nia i część wydzie­lo­na na goto­wa­nie-kil­ka garn­ków oraz miej­sce, by roz­pa­lić węgiel. Wio­ska mia­ła prąd w nie­któ­rych miej­scach, widzia­łam rów­nież zamon­to­wa­ne bate­rie solar­ne na nie­któ­rych domach. Kil­ka więk­szych, ład­nych domów wybu­do­wa­nych przez emi­gran­tów. Ludzie naj­czę­ściej trans­por­tu­ją się rowe­ra­mi. Jeden sta­ry rower przy­pa­da nie­kie­dy na kil­ka rodzin. Bogat­si mają moto­ry. Na wsi jest szko­ła pod­sta­wo­wa dla dzie­ci, nie ma jed­nak szko­ły śred­niej. Nie widzia­łam, żeby ktoś miał lap­to­pa itp., w nie­któ­rych domach sta­re tele­wi­zo­ry, takie, jakie my mie­li­śmy wie­le lat temu albo sta­re radio. Jed­nak powszech­ny jest dostęp do tele­fo­nów komór­ko­wych z Internetem.

Na koniec naszej małej misji zaku­pi­li­śmy leki dla wszyst­kich potrze­bu­ją­cych na wsi oraz ogrom­ne wor­ki ryżu. Nie­ste­ty pra­wie nikt nie miał pie­nię­dzy, by kupić leki. A z tak wyso­kim pozio­mem cukru czy wyso­kim ciśnie­niem lub bólem u nie­któ­rych, leki były nie­zbęd­ne. Dosta­li­śmy w pre­zen­cie żywą kurę i worek orze­chów ziem­nych. Ja oczy­wi­ście nie chcia­łam nic wziąć, bo jak od tych bie­da­ków brać cokol­wiek, ale szwa­gier powie­dział, że będzie im bar­dzo przy­kro, więc zabra­li­śmy pre­zen­ty do Bissau.

Nie dość, że nic sami nie mają, chcie­li się nam jakoś odwdzię­czyć. Było to napraw­dę prze­słod­kie. Afry­kań­czy­cy są bar­dzo wdzięcz­ni. Doce­nia­ją, jeśli nie­sie im się, choć naj­mniej­szą pomoc… my czu­li­śmy w ser­cach zwy­czaj­nie ogrom­ną radość. Wszyst­ko oczy­wi­ście dzię­ki Alber­to, to on głow­nie pra­co­wał w Pit­che. Jestem z nie­go bar­dzo dum­na, bo to nie tyl­ko wyjąt­ko­wo dobry czło­wiek, tak­że wspa­nia­ły lekarz z powołaniem.

W Pit­che popeł­ni­łam nie­złą gafę… Jeśli nie zna się oby­cza­jów, tra­dy­cji, wie­rzeń danej spo­łecz­no­ści, tak się może zdarzyć.

Już w hote­lu, usły­sza­łam hucz­ne afry­kań­skie tam-tamy, ponie­waż był to okres kar­na­wa­łu, myśla­łam, to wła­śnie jakieś kar­na­wa­ło­we zaba­wy, byłam cie­ka­wa co się dzie­je za bra­mą.  Wyszłam na zewnątrz, zoba­czy­łam tań­czą­cych, prze­bra­nych w duże, sło­mia­ne kostiu­my męż­czyzn.  Chcia­łam im zro­bić zdję­cia i zaczę­łam iść w ich kierunku.

Nagle wybiegł mój szwa­gier i Alber­to, zakry­li mi oczy i szyb­ko z powro­tem za bra­mę hote­lu zacią­gnę­li. Jak się oka­za­ło, to była, tra­dy­cyj­na cere­mo­nia obrze­za­nia chłop­ców, nie wol­no kobie­tom w niej uczest­ni­czyć. Nie­wol­no kobie­tom nawet spo­glą­dać. I tak chy­ba prze­szłam do histo­rii wio­ski, coś tam publicz­nie widzia­łam, na szczę­ście tyl­ko kawa­łek tanecz­ny cere­mo­nii. Śmie­li się ze mnie do roz­pu­ku, dobrze, że mnie zauwa­ży­li i powstrzy­ma­li, bo chcia­łam sobie popa­trzeć i jesz­cze fil­mik nagrać. Nie wol­no! Pew­nie póź­niej by mnie jakiś tam­tej­szy cza­row­nik musiał oczysz­czać ze „złych duchów”. Trud­no mi powie­dzieć, ale tak naj­czę­ściej to się koń­czy. Ja, bia­ła, nie­po­słusz­na kobie­ta… i tak nagra­łam krót­ki fil­mik ulicz­nej cere­mo­nii i przez szpa­rę w bra­mie. Afry­kan­ki oglą­da­ły przez szpa­ry, nie czu­łam zatem, że to takie złe. Fascy­nu­je mnie bowiem i naj­bar­dziej cie­ka­wi ta tra­dy­cyj­na, egzo­tycz­na, auten­tycz­na Afryka.

Obie­ca­łam wró­cić. I mam zamiar tak szyb­ko, jak to będzie moż­li­we. Jest tam jesz­cze dużo do zro­bie­nia, ale przy­znam, że tęsk­nię za nimi wszyst­ki­mi. Tęsk­nie nawet za tym pie­ką­cym, upal­nym słoń­cem. No bo jak poznać i być chwi­lo­wo czę­ścią Afry­ki bez żaru słonecznego?

Afry­ka – raz zabaw­na, raz groź­na, raz smut­na, raz nie­po­ję­ta, raz bied­na, raz boga­ta, raz upal­na i sło­necz­na, raz desz­czo­wa… jest zawsze auten­tycz­na, nie­po­wta­rzal­na, jest sobą. Afry­ka ma swo­ją radość, swój smu­tek, swój smak, swój zapach, swój kli­mat, któ­ry wcią­ga, przy­ku­wa, fascy­nu­je i powiem wam na zakoń­cze­nie, trud­no się od tego uwolnić.

        Są rze­czy, od któ­rych nie moż­na uciec, jeśli nawet odej­dzie się od nich bar­dzo dale­ko. Haru­ki Murakami

Iza­be­la Embalo