Co to będzie po waka­cjach? Wie­lu z nas usi­łu­je coś wykon­cy­po­wać słusz­nie zakła­da­jąc, że obec­na sytu­acja gospo­dar­cza jest w dużej mie­rze przej­ścio­wa; wiel­kie dota­cje dla przed­się­biorstw, cał­kiem spo­ry zasi­łek pan­de­micz­ny  prze­wyż­sza­ją­cy tzw. bez­ro­bo­cie, na jakie więk­szość z nas może liczyć; nowe obostrze­nia, któ­re powo­du­ją wzrost kosz­tów pro­wa­dze­nia biz­ne­su i zmniej­sze­nie obro­tów już po ponow­nym uru­cho­mie­niu gospo­dar­ki, wszyst­ko to spra­wia że mamy prze­świad­cze­nie gwał­tow­ne­go top­nie­nia tafli lodu, na któ­rej płyniemy.

Czy jest jakiś pomysł na nową nor­mal­ność eko­no­micz­ną? Wie­le zna­ków wska­zu­je, że tak. Coraz czę­ściej mówi się o docho­dzie gwa­ran­to­wa­nym, pre­mier Tru­de­au pusz­cza oko, że CERB może zostać prze­dłu­żo­ny, a może utrzy­ma­ny na sta­łe wła­śnie w cha­rak­te­rze wspo­mnia­ne­go docho­du gwa­ran­to­wa­ne­go. No więc jak to jest?

Czy rze­czy­wi­ście może­my mniej pracować?

No pew­nie!

Nowa eko­no­mia chce prze­kłuć w kon­tro­lo­wa­ny spo­sób nady­ma­ją­cy się balon wzro­stu kon­sump­cji. W cią­gu minio­nych kil­ku dekad pod­sta­wo­wą filo­zo­fią eko­no­micz­ną była mak­sy­ma­li­za­cja pro­duk­cji, dzię­ki pom­po­wa­niu kon­sump­cji i zwięk­sza­niu wydaj­no­ści pracy.

Wymy­śla­no nowe pro­duk­ty,  nowe  potrze­by no i w ten spo­sób roz­wi­ja­ła się tech­no­lo­gia; w koń­cu jesz­cze 30 lat temu nikt z nas nie wyobra­żał sobie, że nie będzie mógł się obejść na co dzień bez smart­fo­na, bo nic takie­go nie ist­nia­ło, gospo­dar­ka — tak zwa­na kapi­ta­li­stycz­na — kar­mi­ła się coraz więk­szym marnotrawstwem.

Dzi­siaj górą są nowi socja­li­ści, któ­rzy mówią o „zrów­no­wa­żo­nym roz­wo­ju” i pla­nach pię­cio­let­nich. Glo­ba­lizm pole­ga na wiel­kim wyrów­na­niu — naczy­nia połą­czo­ne rów­na­ją do wspól­ne­go mia­now­ni­ka — odbie­ra­ją tym, któ­rzy mają „za dobrze”, by dać tym, co mają mniej lub nic.

Pan­de­mia dała oka­zję do bar­dzo cie­ka­we­go eks­pe­ry­men­tu gospo­dar­cze­go; oto po raz pierw­szy mie­li­śmy kry­zys poda­ży i popy­tu. Z jed­nej stro­ny, nic nie pro­du­ko­wa­li­śmy, z dru­giej stro­ny, zamknię­te były skle­py, więc oprócz żyw­no­ści, nic nie kupo­wa­li­śmy. Cał­kiem, jak w socja­li­zmie, tyl­ko jesz­cze bra­ko­wa­ło regla­men­ta­cji i kar­tek na papier toaletowy.

Tak czy owak, ktoś kie­dyś ład­nie poli­czył, że gdy­by­śmy chcie­li żyć na pozio­mie z począt­ku XX wie­ku, to przy obec­nej wydaj­no­ści rol­nic­twa i  pro­ce­sów pro­duk­cji wystar­czy­ło­by żeby­śmy w cią­gu roku pra­co­wa­li przez miesiąc.

To wła­śnie mają na uwa­dze nowi socja­li­stycz­ni eko­no­mi­ści, któ­rzy tym razem wska­zu­ją  nie tyle na gra­bie­nie zagra­bio­ne­go, jak w Rosji sowiec­kiej, co na potrze­by wal­ki ze zmia­na­mi kli­ma­tu oraz koniecz­ność „roz­wią­za­nia glo­bal­nych pro­ble­mów pla­ne­ty”; mówią żeby­śmy ogra­ni­czy­li to, co zuży­wa­my, a więc — jak pisa­łem już o tym w tek­ście o spłasz­cze­niu krzy­wej ocze­ki­wań kon­sump­cyj­nych — nie spo­dzie­wa­li się, że będzie­my jeź­dzi­li nowy­mi samo­cho­da­mi co 6 lat, tyl­ko  poży­cza­li je „w razie potrze­by”, a te potrze­by może­my mieć nie­wiel­kie. Być może powin­ni­śmy ogra­ni­czyć inne zaku­py; nie prze­miesz­czać się tak czę­sto, jeź­dzić na waka­cje bli­żej domu — i wów­czas nie potrze­ba tylu aut. A i inne towa­ry star­cza­ły­by nam na dłużej.

Wie­le wska­zu­je na to, że tak wła­śnie będzie wyglą­da­ła „nowa nor­mal­ność”, bo w ten spo­sób mamy się wła­śnie glo­ba­li­zo­wać w ramach „zrów­no­wa­żo­ne­go rozwoju”.

Czy to coś przy­po­mi­na? Nowo­cze­sny socja­lizm post­kon­sump­cyj­ny, do któ­re­go idzie­my dziar­skim kro­kiem z maska­mi na twa­rzy i stra­chem w oczach.

Andrzej Kumor