W połowie lipca ukaże się książka byłego amerykańskiego dyplomaty i niemcoznawcy, dziś profesora uniwersyteckiego, Jamesa D. Bindenagela, zatytułowana: „Niemcy. Od pokoju do władzy. Powrót do niemieckiego zjednoczenia”.

Tytuł jak tytuł, zatem tym bardziej trzeba podkreślić, że nie jest to bynajmniej książka historyczna i bynajmniej nie chodzi o zjednoczenie Niemiec. Właściwą treść pracy Bindenagela zwiastuje ostatni z trzech podtytułów: „Czy Niemcy mogą przewodzić Europie, nie dominując nad Europą?”.

Ktoś pragnie poznać odpowiedź na to pytanie? Bo tłumaczenia książki na język polski – tu pozwolę sobie na odrobinę profetyzmu – nie będzie. Na pewno nie szybko. A oto ta odpowiedź: „Jeżeli Niemcy nie zdobędą przywódczej roli w Europie, zjednoczonej Europy nie będzie”. Innymi słowami, upadającą ideę Europy zjednoczonej można podtrzymać, a samą Unię Europejską uzdrowić się uda, jedynie w wypadku, gdy wpierw całą i kompletnie pozwolimy zniemczyć.

Cóż na to powiedzieć innego, niż zauważyć, że w szafach lęgną się mole od zawsze, niemniej dopiero od niedawna uczynki ludzi złej woli kreują łepetyny profesorów uniwersyteckich?

***

Teraz dosłownie dwa zdania w kontekście nadwiślańskim. Węgierski historyk, György Györffy: „Utrzymanie władzy zawsze zależy od tego, czy władca jest w stanie zaspokoić materialne wymagania swojej drużyny i zapewnić sobie, za pomocą stałych świadczeń, jej wierność. Jeżeli książę nie ma dochodów, z których mógłby płacić żołd i utrzymywać armię, ani nie umie zorganizować przynoszących łupy wypraw, jego wojownicy odwrócą się od niego lub podniosą bunt”.

Prawda, że znakomicie powiedziane? Ale o wyborach porozmawiamy sobie ponownie za tydzień. Będzie jak znalazł, by pozachwycać się perspektywami rozstrzygnięć w drugiej turze. Na dziś dosyć o polityce – czy raczej o tym, co tak zwane publikatory polityką nazywać nam każą. Czy tam inne media. Dosyć, powtarzam, albowiem świętujemy z Szanowną Właścicielką 40-lecie znajomości i ślad jakiś po tym świętowaniu bezsprzecznie zostawić tutaj należy.

***

Spacerujemy brzegiem morza. Szlak znaczą grzywy załamujących się fal plus delikatne muśnięcia wody wdzierającej się na piasek, raz za razem zacierającej pozostawiane ślady, raz po raz liżącej marznące stopy. Te z kolei drepczą konsekwentnie wzdłuż brzegu. Rzec można: stopy zasapane po udrękę, choć to jest udręczenie w wersji satysfakcjonującej, odzwierciedlającej uczucie, które bez specjalnych przerysowań czy zgrzytów nazwać dałoby się spełnieniem.

Wędrujemy krok za krokiem. Wpatruję się w plecy Szanownej Właścicielki, za chwilę podziwiam odległy horyzont. Idzie się ciężko. Brzuch protestuje, kręgosłup kwęka. Tu i tam snują się pojedyncze sylwetki. I podwójne, jak my. Co pięćdziesiąt, co sto metrów, ciągną się ruiny tajemniczych budowli, nocą wypatroszonych przez morze. Poranna bryza nadal łagodzi nadchodzący wielkimi krokami, całodzienny, apokaliptyczny wręcz upał.

Na wszystko powyższe nakłada się przejmująca cisza, radosna, przerywana kwileniem rybitw. Czy tam innych mew. Wielkich jak kuraki i z dziobami niczym kły słoni. Dosłownie. Dobrze, że nie podwójnymi. I te nieustające darcie dziobów między kawkami a krukami w rejonie wydm. Co te nacje ptasie mają do siebie? I z jakich tajemniczych powodów stroną wygrywającą zawsze okazują się kawki? „Działają zespołowo” – odzywa się moja Szanowna Właścicielka. Nie pyta, informuje. „Wyrobienie epistemiczne” – mruczę do siebie, uśmiechając się. A potem uśmiecham się do siebie ponownie, zastanawiając, co przyniesie nam jutro.

***

Ktoś wie, jak opisać słowami 40 wspólnych lat? Czy dość będzie powiedzieć, że po sztormach i flautach przyszło uspokojenie? Łagodność? Właściwe rozumienie spraw i rzeczy? Powiem tak: są kobiety, przez które mężczyźni tracą siłę, i są takie, dzięki którym stają się silni. Albo tak powiem: potykałem się, ale jedynie ona wiedziała, jak mnie podtrzymywać. Albo jeszcze inaczej: należymy do siebie a cała reszta to tylko rozmazane tło i jałowe szumy. I tak: każdy człowiek ma w życiu tylko jedną szansę na swoją drugą połowę. Co znaczy, że jestem szczęściarzem, ponieważ ożeniłem się z kobietą, bez której nie mógłbym żyć.

Dodam, że kobieta mego życia na imię ma Joanna. Dodam też, że to Joanna jest tym, co w nas obojgu najlepsze, dysponując paroma dodatkowymi i niebanalnymi zaletami. Wskażmy zaletę kardynalną: jest. Poza tym jest matką moich dzieci. Poza tym przy niej mogę głośno myśleć. Dajmy na to w taki sposób: są tylko dwie rzeczy, które kobieta ofiarować może mężczyźnie: ich wspólne dzieci i obecność. Cała reszta tak naprawdę nie ma znaczenia i żadne feministyczne dytyramby tego nie zmienią, ponieważ być kochanym to znaczy wiedzieć, że dla drugiego człowieka jest się kimś najważniejszym w świecie. Inaczej: każdy człowiek powinien mieć na własność kogoś, kto go na własność potrzebuje. I nie pytajcie mnie, proszę, co to znaczy kochać. Wiadomo: kochać, to powtarzać: „Ty nigdy nie umrzesz, nie życzę sobie!”. Kochać to także wiedzieć, że gdy któreś z nas odejdzie pierwsze, drugiej połowy śmierć nie zdoła osaczyć. Wtedy umierać nie będzie już żal.

Za to koniecznie trzeba będzie pamiętać, umierając, by zabrać nasze uczucie na drugą stronę tęczy. Bo jeśli to nie jest miłość, na tamtą stronę niczego zabierać ze sobą nie warto.

***

Lokum wybrałem starannie. To prawie kilometr od nadmorskiej promenady. Co wymusza wędrówki z jednej strony, z drugiej gwarantując odosobnienie. Tak zwanych człowieków należy tutaj wypatrywać przez lornetkę, w każdym razie na początku lata. Co innego nadbrzeże w dosłownym znaczeniu: dopiero zaczynają się wakacje, tymczasem na spacerniaku kłębi się tłum. Okropny widok. Mało okropny, upiorny. Do tego pomnik morsa (przytul się!), pomnik jelenia (za ogon ciągnij, za ogon na szczęście!). Czy tam odlew prawej dłoni miejscowego wójta (uściśnij!). I tak dalej, i tak dalej, a to w zależności od aktualnie dominujących rozochoceń w lokalnych nadmorskich wspólnotach.

– Którędy do pomnika pomników? – pytam Joannę, widać zbyt głośno, z miejsca obrywając za swoje. Tubylcy najwyraźniej nie znają się na żartach, w każdym razie nie na takich. – W lewo za „Biedronką”, w prawo za wypożyczalnią elektrycznych skuterów, a następnie 200 metrów prosto jak strzelił, obok strzelnicy i koła młyńskiego – pada uszczegółowienie.

Bo i strzelnica jest, i młyńskie koło, i pomnik pomników, a jakże, dookoła zaś budki, budeczki, stoliki, stoiska, niczym posterunki wojskowe na granicy z Izraelem… wróć!, prędzej handlowe, i na jakiejś innej granicy. Lody, frytki, gofry, ryby świeże i wędzone, te ostatnie koniecznie z dopiskiem „wędzone tradycyjnie”. O cenach nie wspomnę, by nie wspominać o wielbiących tłum kieszonkowcach, o restauracjach, kawiarniach, hotelach, centrach SPA, o sprzedawcach okularów… To i każdy inny frykas, w rycie wakacyjnym rzecz jasna, w tym baloniki i inne rozmaite dmuchańce, nie wyłączając złota, srebra, bursztynów czy tam drewnianych koników na biegunach. Nie rozpoznajesz w całym tym chaosie, którędy do morza? Kieruj się w stronę dźwigowych żurawi, zasłaniających horyzont niczym macki stalowych kałamarnic rodem z horroru be klasy. Na pewno trafisz. Apartamentowce z widokiem na morze rosną szybciej niż kurki po deszczu. Czy tam prawdziwki.

…Że co proszę? Że tamtych wydm, tamtych sosen, tamtych zapachów i tamtych uniesień, tych sprzed 40. lat, już odnaleźć się nie daje? Durne jakieś uprzedzenia, dajcie spokój. Widok na morze, to jest to. Bierta kredyty, kredyty na każdą kieszeń, pierwsza rata płatna dopiero w styczniu, że hip-hip, hej-hej. Czy jakoś podobnie.

***

A poza tym uważam, że Konfederaci zaczynają rosnąć i urosnąć muszą. Oczywiście, że tak. Pora po temu najwyższa. Już czas.

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem:

widnokregi@op.pl