Już ostatnia prosta dzieli nasz nieszczęśliwy kraj od drugiej tury wyborów prezydenckich, w których przeciwko sobie kandydują dwaj antagoniści: pan prezydent Andrzej Duda i pan Rafał Trzaskowski. Pan prezydent Andrzej Duda popierany jest przez obóz “dobrej zmiany”, podczas gdy pan Rafał Trzaskowski popierany jest przez Żydów z panem redaktorem Michnikiem i Judenratem “Gazety Wyborczej” oraz resztę obozu zdrady i zaprzaństwa.

Sytuacja sondażowa jest tego rodzaju, że nie daje podstaw do prognozowania wyniku II tury, toteż obydwaj kandydaci uwijają się wokół pozyskania głosów obywateli niezdecydowanych, w szczególności – do 1300 tys. wyborców Konfederacji, bo pan Szymon Hołownia już następnego dnia po pierwszej turze wyborów, kiedy żarty się skończyły, przestał być “niezależny” oraz “ponadpartyjny” i posłusznie podreptał do pana Trzaskowskiego, oferując mu swoje poparcie w zamian za spełnienie “twardych warunków”, wśród których najtwardszy polegał na obietnicy zatrudnienia w Kancelarii Prezydenta czterech  “bezpartyjnych fachowców”.

Nietrudno się domyślić, co to mogą być za “fachowcy”, a skoro tak, to nie ma obawy, by pan Trzaskowski tego najtwardszego warunku nie obiecał, bo przecież on też ma swoich “bezpartyjnych fachowców”. Demokracja – demokracją, ale ktoś przecież musi tym kierować – mówił w filmie Krzysztofa Zanussiego “Kontrakt” partyjny buc, grany przez Janusza Gajosa.

W przypadku obozu “dobrej zmiany” demokracją kieruje Naczelnik Państwa, który też jest pod władzą postawiony i w trakcie kampanii prawie nie pokazuje się publicznie, podczas gdy w przypadku obozu zdrady i zaprzaństwa demokracją kierują stare kiejkuty. Ponieważ obydwa obozy troszczą się, by ani z jednej, ani z drugiej strony nie wyrosła im jakaś alternatywa polityczna, to stare kiejkuty zabezpieczają się przed tym w ten sposób, że przed każdymi wyborami powołują jakieś ugrupowanie jednorazowego użytku, jak nie w postaci “Ruchu Palikota”, to w postaci “Nowoczesnej” pana Ryszarda Petru, jak nie w postaci “Nowoczesnej”, to w postaci “Ruchu Kukiz 15”, a kiedy i on się zaśmierdział, to przyszła kolej na “niezależnego” i “ponadpartyjnego” pana Hołownię. Odgraża się on, że powoła – jakże by inaczej! – “Ruch Polska 2050”. Najwyraźniej stare kiejkuty są przekonane, że zaprojektowany w 1989 roku w Magdalence model tubylczej sceny politycznej do tego czasu przetrwa. To jednak nie jest takie pewne, bo obóz “dobrej zmiany” może zakończyć żywot wcześniej, na przykład – w roku 2023 – zwłaszcza gdyby Naczelnik Państwa się przeziębił. Obawiam się, że obóz “dobrej zmiany”, w którym i teraz gołym okiem widać walkę frakcyjną o schedę po Naczelniku Państwa, tego eksperymentu chyba by nie przetrzymał, a wtedy trzeba by wymyślić coś nowego i w ten sposób  wypełnić lukę na prawej stronie sceny politycznej. Naczelnik Państwa bowiem próbował nie dopuścić do pojawienia się alternatywy politycznej po “swojej” stronie poprzez monopolizowanie koncesji na patriotyzm, dzięki czemu do niedawna porządek był tam zaprowadzany w drodze szantażu moralnego, że kto nie słucha Naczelnika, ten jest zdrajcą, agentem Putina i w dodatku śmierdzą mu onuce.  Nawiasem mówiąc, w przypadku Naczelnika to może być szczere, bo – jak przypuszczam – jest on naprawdę przekonany, że wszyscy powinni się dla niego poświęcać.

Dlaczego mają to robić – tajemnica to wielka, tym większa, że w sprawach istotnych dla państwa, obydwa antagonistyczne obozy zachowują się identycznie.

Tak było w przypadku referendum w sprawie Anschlussu w roku 2003, tak było w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności i tak jest w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski.

Poza tym obydwa obozy różnią się, albo “pięknie”, albo brzydko, zwłaszcza kiedy – tak jak w obecnej kampanii prezydenckiej – chodzi o to, kto będzie trzymał łapę na zasobach państwa. I w tej dziedzinie są pewne drugorzędne różnice; o ile obóz zdrady i zaprzaństwa zasobami państwa nie chciał się z nikim dzielić – chyba, że ze starymi kiejkuty, ale to rzecz oczywista –  to obóz “dobrej zmiany” dzieli się okruszkami ze stołu pańskiego z ludem pracującym miast i wsi, przy okazji coraz bardziej uzależniając go od państwa.

Z punktu widzenia lichwiarskiej międzynarodówki jest to wyjście idealne, bo czy rządzą jedni, czy drudzy, to co roku przyrasta jej niewolników, którzy w dodatku uważają, że są suwerenami, bo co cztery lata mogą sobie wybrać ciemięzców, a co pięć lat – jednego ciemięzcę. Czegóż chcieć więcej?

Toteż na kilka dni przed drugą turą wyborów obydwaj kandydaci przeprowadzili “debatę”, bardzo osobliwą, bo jeden debatował w Końskich w województwie świętokrzyskim, podczas gdy drugi – to znaczy – pan Trzaskowski – w Lesznie, w województwie wielkopolskim.

Stało się tak z powodu rywalizacji również między niezależnymi mediami głównego nurtu; telewizja rządowa zorganizowała debatę w Końskich, podczas gdy telewizja nierządna ze swoimi satelitami, chciała zwabić prezydenta Dudę w pułapkę na swoim terenie. Pan prezydent chwalebnie się na tym poznał i w rezultacie  żaden debatujący nie słyszał, co tam opowiada jego konkurent. A w miarę zbliżania się terminu wyborów, obydwaj rywale licytowali się coraz  to bardziej karkołomnymi pomysłami, jak to będą dusić wszystkich gołymi rękami i tak dalej.

Oderwało się to już dawno od konstytucyjnych realiów, według których prezydent państwa w gruncie rzeczy nie ma żadnej władzy, poza możliwością wetowania ustaw. Pan prezydent Duda posunął się tak daleko, że podpisał projekt nowelizacji konstytucji w sprawie adopcji dzieci przez pary sodomitów i gomorytów, co przyszło mu tym łatwiej, że obóz “dobrej zmiany” nie ma w Sejmie konstytucyjnej większości, więc zaraz po wyborach będzie można spokojnie o tej nowelizacji zapomnieć.

Natomiast ani pan prezydent, ani Naczelnik Państwa nie zdecydowali się na gest w postaci uchwalenia w tempie stachanowskim obywatelskiego projektu ustawy “antyroszczeniowej”, który już od pół roku leży w sejmowej  zamrażarce. Najwyraźniej wszyscy wiedzą, że aż tak daleko posunąć im się nie wolno, bo zaraz pani Żorżeta Mosbacher natarłaby im uszu.

I tak naciera, w dodatku w sprawach znacznie mniejszej wagi. Oto pani Beata Mazurek, obecnie na politycznej emeryturze w Parlamencie Europejskim, wypowiedziała zaklęcie: “WSI 24”, na określenie jednej z nierządnych stacji telewizyjnych. Pani Żorżeta natychmiast ją obsztorcowała, że jakże tak można i w ogóle.

Skąd ta rewolucyjna czujność pani Żorżety, niczym kiedyś u samego ambasadora  Lebiediewa, czy Pantelejmona Ponomarienki?

Stąd, że właścicielem ten nierządnej stacji jest firma Discovery Communication, której prezesem jest pan David Zaslaw z pierwszorzędnymi, żydowskimi korzeniami.

W tej sytuacji lepiej rozumiemy przyczynę, dla której ani pan prezydent Duda, ani Naczelnik Państwa nie ośmielili się uczynić wspomnianego gestu, ograniczając się do moralnego szantażu.

Identycznie zachowuje się pan Trzaskowski, tyle, że on szantażuje moralnie swoją trzódkę, że kto go nie poprze, ten nie jest nowoczesny, a przecież nie można nie być nowoczesnym zwłaszcza w sytuacji, gdy jeszcze niedawno “srać się chodziło za chałupę” – jak to robili “ludzie kultury”, czy to goje, czy nawet handełesy.

           Stanisław Michalkiewicz



1 KOMENTARZ

  1. Doprawdy nie wiem, co myśleć, kiedy czytam wypowiedzi pana Michalkiewicza, jakoby uchwalenie ustawy antyroszczeniowej miało cokolwiek załatwić. Czy tak trudno zrozumieć, że nie załatwi niczego, a jedynie zaogni nasze stosunki, już nie tylko z naszymi sojusznikami, ale nawet i z wrogami. Czy to głupota czy zła wola? Tajemnica to wielka. O głupotę posądzać pana Michalkiewicza byłoby nieuprzejmie, więc pozostaje tylko zła wola. Roszczenia żydowskie nie znikną i będą wykorzystywane do czasu ich zaspokojenia a potem też aż do przyjścia Mesjasza a może i jeszcze dluzej. O ile w przypadku PiS wiadomo, że ma on jakieś możliwości manewru i można się spodziewać, że lawirując jakoś z tego problemu się wykaraska najmniejszym kosztem, o tyle w przypadku “obozu zdrady i zaprzaństwa” (nie wiem dlaczego pan Michalkiewicz używa tego określenia w sposób żartobliwy, gdy ta nazwa jest jak najbardziej adekwatna) wiadomo, że będą te roszczenia realizować, mówiąc panem Michalkiewiczem, “w podskokach” i może nawet je zawyżać. Bo jak pan Michalkiewicz często zauważa, już przy liczeniu takich pieniędzy można się nieźle obłowić i założyć niejedną starą rodzinę. Bo jakież to wspaniałe możliwości się otwierają! Takie roszczenia trzeba będzie najpierw skonkretyzować, czyli zrobić, mówiąc wprost remanent majątków doz wrotu, a do tego potrzebna będzie jakaś instytucja, którą trzeba będzie specjalnie powołać. Ileż to wtedy będzie można stworzyć “miejsc pracy” suto wynagradzanych dla wszystkich krewnych i znajomych królika. Potem, przy oddawaniu konkretnych sum, ileż to będzie można wziąć łapówek! Widać gołym okiem, że opozycja, do której pan Michalkiewicz czuje wyraźną, choć skrywaną sympatię, aż się do tego pali. W przypadku obozu, który pan Michalkiewicz ironicznie nazywa (wyraźnie niesprawiedliwie) dzierżącymi monopol na patriotyzm, można mieć nadzieję, że tak nie będzie.