Wow!  Ale się poro­bi­ło. Co dzień to gorzej. Niczym nie­osło­nię­ty żar z nie­ba się leje.  Jeże­li nawet się poja­wią na nie­bo­skło­nie jakieś chmur­ki, to tak jakoś dziw­nie omi­ja­ją sło­necz­ko, żeby tyl­ko nie było nawet źdźbła cienia.

Prze­sa­dzam mówi­cie? O, nie. Cały ciąg dni z tem­pe­ra­tu­ra­mi powy­żej 30 stop­ni Cel­sju­sza, a przy wyso­kim wskaź­ni­ku wil­got­no­ści jaki mamy w Toron­to, to jest to odczu­wal­ne pra­wie jak 40 stop­ni. Uff! Ale gorąco.

A tak nie­daw­no padał cichut­ko śnieg i przez całe sześć mie­się­cy narze­ka­li­śmy na zimę z wytę­sk­nie­niem wyglą­da­jąc tem­pe­ra­tur powy­żej zera. Powy­żej zera tak, ale takich wyso­kich to nie. I co z tym idzie bar­dzo wyso­kich wskaź­ni­ków pro­mie­ni ultra­fio­le­to­wych (UV index, co jest skró­tem od ultra­vio­let). A te pro­mie­nie są bar­dzo groźne.

Nie tyl­ko dla nas. Mam dom, w któ­rym dwie ścia­ny są wysta­wio­ne na słoń­ce. Z tymi dwie­ma wysta­wio­ny­mi na słoń­ce ścia­na­mi mam nie­koń­czą­ce się pro­ble­my i repe­ra­cje. Doty­czy to i okien, i dachu, a szcze­gól­nie tyn­ku. Okna moż­na wymie­nić tyl­ko z dwóch stron, z dachem trud­niej, a tynk musi być corocz­nie repe­ro­wa­ny, ale tyl­ko na tych sło­necz­nych ścianach.

I pomy­śleć, że cał­kiem nie daw­no, ludzie godzi­na­mi wyle­gi­wa­li się na słoń­cu, żeby się opa­lić. Potem para­do­wa­li tacy dobrze i koniecz­nie rów­no wypie­cze­ni z wszyst­kich stron, i uda­wa­li, że byli gdzieś nad Morzem Śród­ziem­nym, no może Czar­nym. Morze Czar­ne (Rumu­nia, Buł­ga­ria) też uszło, bo moż­na było się lepiej przy­brą­zo­wić niż nad naszym Bał­ty­kiem. Wte­dy nikt nie myślał, że przy­pie­czo­na skór­ka, to za kil­ka lat star­cze brą­zo­we pla­my, zaora­ne głę­bo­ko bruz­dy i wysu­szo­na skóra.

A od wie­ków paniu­sie z elit w każ­dej czę­ści świa­ta zasła­nia­ły się od pro­mie­ni sło­necz­nych  róż­ny­mi para­sol­ka­mi, wymyśl­ny­mi nakry­cia­mi gło­wy i ręka­wicz­ka­mi. A  stro­je przy­kry­wa­ły cia­ło bar­dzo szczel­nie od stóp do głów.                 I co?

Nic nam z tych nauk. Nagle mod­ne sta­ły się robot­ni­czo opa­lo­ne ręce i ogo­rza­łe wia­trem i mor­ską bry­zą twa­rze. Ewen­tu­al­nie zamiast kape­lu­sza zasła­nia­ją­ce­go słoń­ce, mogła być zawią­za­na na gło­wie chustka.

Zabra­ło to ponad pół wie­ku, dokład­nie tyle cza­su ile potrze­ba na maso­we poja­wie­nie się skut­ków przy­pie­ka­nia się na słoń­cu, aby się opa­mię­tać. Epi­de­mia raka skó­ry masze­ru­je przez świat. Naj­wię­cej zacho­ro­wań ma Austra­lia. Rak skó­ry w cza­sie pan­de­mii COVID-19 scho­dzi na dal­szy plan uwa­gi – ale dalej jest groź­ny. Dzi­siaj ponow­nie opa­lo­na skó­ra sta­ła się nie­mod­na. I coraz czę­ściej panie spa­ce­ru­ją pod para­sol­ką, i gene­ral­nie osła­nia się przed zabój­czy­mi pro­mie­nia­mi słońca.

Nie­któ­re Polki dalej gustu­ją w przy­pie­ka­niu. Nie­daw­no pra­co­wa­łam z Polką, któ­ra z jed­nej stro­ny wzbu­dza­ła zachwy­ty swo­ją zło­tą opa­le­ni­zną w naszym śro­do­wi­sku, z dru­giej zaś w pra­cy, była pod cią­głym obstrza­łem pouczeń, że takie opa­la­nie to nie­zdro­we i powo­du­je raka skó­ry. Musia­łam jej bro­nić przed ata­ka­mi ripo­stu­jąc w jej imie­niu, że w pra­cy jest od kon­kret­nych rze­czy, któ­re robi dobrze, a opa­le­ni­zna to jej pry­wat­na sprawa.

Przy­jaź­ni­my się do dzi­siaj, choć ja na pla­ży jestem jedy­nie przed 10-tą rano, i po 17-tej. Może dla­te­go nasza przy­jaźń prze­trwa­ła, bo jak ja scho­dzę z pla­ży, to ona aku­rat z na nią wkra­cza?  Więc nie narze­kaj­my za dużo na ten skwar. Każ­dy może zna­leźć swo­ją niszę, w któ­rej jest mu chłod­niej i  póki co ciesz­my się tym co mamy, bo ani się obej­rzy­my i śnieg nas zasy­pie na dłu­gie sześć miesięcy.

Micha­lin­ka