„Na Mazury, Mazury, Mazury, popływamy tą łajbą z tektury…”, Jacek i Ania śpiewają na cały głos z tylnego siedzenia samochodu. Rzeczywiście jedziemy na Mazury, a konkretnie na pojezierze Iławskie. Ale pływać bynajmniej nie będziemy łajbą z tektury, tylko 17-stopowym Prospectorem Nova Craft z… trójwarstwowego plastiku SP3. Nowy nabytek – kanadyjskie canoe zakupione w sklepie pod Świdnikiem – zamierzamy wypróbowywać przez cztery dni na Kanale Elbląskim.

Dojeżdżamy więc do Ostródy, gdzie wodujemy się na jeziorze Drwęckim. Jesteśmy wyjątkowo elegancko zapakowani, jak nigdy – żadnych siatek, reklamówek itp. Najpierw mamy do pokonania odcinek przez jezioro. Oczywiście wieje w twarz, jakże by inaczej. Oswajamy się z naszym canoe i szukamy wejścia do kanału.

Warunki w kanale w porównaniu z jeziorem Drwęckim są wprost luksusowe. Zero wiatru, suniemy sobie po gładkiej tafli wody. Drzewa rosnące nad brzegami dają miły cień i odbijają się w wodzie jak w lustrze. Ruchu praktycznie nie ma, mija nas tylko jeden kajak. Jest też późno, dlatego od początku szukamy miejsca na nocleg.

Nocleg przy kanale nie jest łatwą sprawą. Kanał to nie rzeka, nie ma płycizn przy brzegu i przyjemnych zejść do wody. Brzegi są wzmocnione palikami, a czasem nawet betonowymi słupkami i płytami. Niewiele jest miejsc, w których komfortowo można zejść na brzeg, a takich, gdzie by się jeszcze znalazł kawałek równego terenu na namiot, to już w ogóle ze świecą szukać. Wreszcie jednak pojawia się dogodne miejsce z tabliczką „punkt czerpania wody”. Jest nawet miejsce po ognisku i wygnieciona trawa po czyimś namiocie. Słońce pięknie zachodzi, a wieczorem wokół nas latają świetliki.

Drugi dzień rozpoczynamy od przepłynięcia przez śluzę Zieloną. Pan śluzowy mówi nam o możliwości skorzystania z noclegu w domku turystycznym znajdującym się na jego posesji. Tego dnia jednak płyniemy dalej. Chmurzy się, spadają pierwsze krople. Chowamy się przed deszczem pod zielonym parasolem drzew. Na szczęście deszcz szybko przechodzi. Możemy ruszać. Podziwiamy roślinność – grążele żółte i grzybienie białe, czyli nenufary. Nie spodziewałam się, że zobaczę tutaj takie kwiaty i w takiej ilości.

Postój mamy w miejscowości Miłomłyn, gdzie przeprawiamy się przez śluzę o różnicy poziomów 2,8 metra. Budzi respekt. Za śluzą kanał Elbląski się rozdziela. W prawo do Elbląga, w lewo do Iławy. My skręcamy w lewo.

Omijamy tym samym największą atrakcję kanału, jaką są uznawane za zabytek techniki i ewenement na skalę europejską pochylnie służące do transportu statków. Statki na specjalnych platformach wciągane są po szynach, a całe urządzenie napędza siła przepływu wody. Zostawiamy sobie pochylnie na dłuższy urlop.

Kanał Elbląski wraz z odgałęzieniami ma długość 151 kilometrów, przy czym długość drogi wodnej między Ostródą a Elblągiem wynosi 82 km, Ostródą a Miłomłynem – 30 km, Miłomłynem a Iławą – 32 km. Pierwszy statek przepłynął przez kanał w roku 1860, a całość oddano oficjalnie do użytku w 1862.

Za Miłomłynem jest trochę mniej dziko niż wcześniej. Częściej widać cywilizację. Kanał ma też więcej prostych odcinków. Nie oznacza to jednak, że łatwiej znaleźć przyjemne zejście na ląd. Jest późne popołudnie, a my nie mamy upatrzonego konkretnego miejsca na spanie. Po prostu płyniemy. Przyglądamy się zimorodkom, które polują na rybki. Pokazuję dzieciakom małą pijawkę na liściu jakiejś wodnej rośliny. Opowiadam oczywiście, że takie zwierzątko może mieć zastosowanie w medycynie.

Między Miłomłynem a jeziorem Jeziorak, najdłuższym jeziorem w Polsce, nad którym leży Iława, przepływamy przez jezioro Karnickie. To ciekawe miejsce, bo podczas budowy kanału jezioro zostało przedzielone groblą i kanał płynie właśnie po tej grobli. Wychodzę na brzeg i widzę, że poziom wody w kanale jest wyraźnie wyższy niż w jeziorze po drugiej stronie nasypu.

Kawałek dalej mamy małą przygodę z żabą. Ustawiamy się przy brzegu, a ja wychodzę, by sprawdzić, czy da się tu rozbić namiot. Niestety nie bardzo. Gdy wracam i daję krok do canoe, spod mojej stopy wyskakuje dość spora zielona żaba – wprost do naszej łódki. Ania i Jacek od razu chcą ją zobaczyć. To jednak płoszy żabę, która zaczyna skakać po canoe. Ania wrzeszczy i się wierci, a żaba chowa się pod bagaże. Nie widać jej zupełnie. Nie możemy tu wszystkiego wypakować i jej wyciągnąć, dlatego żaba płynie dalej z nami. A Ania ma przykazane, że cokolwiek by się nie działo, choćby żaba usiadła jej na nodze, to ona ma siedzieć w jednym miejscu i się nie ruszać.

Kanał w końcu doprowadza nas do jeziora Dauby, a po krótkim przewężeniu wpływamy na Jeziorak. Jest wieczór, chmury wyglądają dość złowrogo. Na nocleg wybieramy pierwsze nadające się do tego miejsce – jakieś gminne miejsce do kąpieli. Wypakowujemy wszystko na brzeg i uwalniamy żabę. Gdy kończymy rozbijać namiot, spadają pierwsze krople deszczu. Ale długo nie pada. Za to potem pojawia się wspaniała tęcza.

A następnego ranka wieje niemiłosiernie. Rezygnujemy z Jezioraka. „To ma być przyjemność, a nie katorga”, mówi mój mąż. Więc wracamy tak samo, jak płynęliśmy w tą stronę. Marzą nam się lody w Miłomłynie i nocleg w domku turystycznym pana śluzowego z Zielonej. Jest sobota i ruch na kanale większy. Z pewnym smutkiem obserwuję, że łajb napędzanych siłą mięśni poza naszą brak. Żaglówek też mało, przeważają motorówki. Większe i mniejsze, niektóre nawet całkiem luksusowe. Są warczące skutery wodne z fontanną z tyłu. O nas ludzie najwyraźniej nie wiedzą, co myśleć. Na statku wycieczkowym dzieciaki spierają się, czy to kajak, czy może łódka. Gdzieś na brzegu pani się dziwi, co to za duży czteroosobowy kajak, bo jeszcze takiego nie widziała.

Wieczorem dopływamy do śluzy Zielonej i spędzamy wieczór przy ognisku z panami śluzowymi i ich rodzinami. Obsługa śluzy to tradycja rodzinna. Młody pan Tomek jest mniej więcej w naszym wieku i wykonuje ten sam zawód, co jego ojciec i wcześniej dziadek. Na szczęście ma dwóch synów, czyli jest szansa na kontynuowanie tradycji. Pan Tomek mieszka w domu po jednej stronie śluzy, jego rodzice – po drugiej. Ciekawe, że mogą przejść do siebie pieszo, ale przejechać samochodem już nie – dzieli ich kanał. Muszą jeździć na około do najbliższego mostu. Opowiadają, że kiedyś w soboty i niedziele mieli po 30 śluzowań dziennie, teraz jest ledwo 15. Przy okazji dowiadujemy się, dlaczego w tej okolicy nie ma komarów – zostały zjedzone przez nietoperze. Naturalne metody są jak widać najskuteczniejsze.

Następnego dnia dopływamy z powrotem do Ostródy, a gdy dojeżdżamy wieczorem do domu od razu przypominamy sobie o nietoperzach znad kanału. U nas pod Warszawą komary są teraz jakieś wyjątkowo wygłodniałe.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak