Powiedzmy tak: chociaż w nosie, w gardle oraz w płucach, człowiek nosi zarazę, a to w postaci koronawirusa, przecież sama zaraza ma człowieka gdzieś.

Rzecz w tym, że nie wolno nam odpłacać zarazie tym samym. Nie w obliczu zagrożenia chorobą zwaną Covid-19. Bo to już fakt: koronawirus Sars-Cov-2 przyssał się do współczesnego człowieka na dłużej. Przyczepił do nas na dobre, jak głupi rzep czepia się psiej sierści, a bezduszny znaczek rogu koperty. Jak za okrętowe poszycie łapie zgniły glon, a Białoruś za gardło chwyta prezydent ZSRR. To znaczy Rosji. Wreszcie, jak profesor Hartman Jan pojmuje w niewolę którąś z „orientacji seksualnych”, dajmy na to zoofilię. Czy nekrofilię. Czy tam inne kazirodztwo. I tak dalej, i tak dalej.

WYPCHNĄĆ W NIEBYT
Tyle wiemy na pewno. Wiemy również, że patogeny towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów, ale w takim razie warto również przypomnieć, że wszystkie pandemie posiadają jedną cechę wspólną, mianowicie nieodmiennie ludzi zaskakują. W każdym razie zdecydowaną większość z nas. Czy to zasięgiem, czy poziomem śmiertelności.
Patogeny tak mają, można powiedzieć, że zaskakują. Ale mało tego, boć epidemie niosą w sobie również inną naukę, niż związaną bezpośrednio z medyczną (epidemiologiczną) stroną medalu. Otóż o ofiarach epidemii ludzie nie pamiętają. Więcej, sam fakt epidemii starają się ze świadomości wspólnoty jak najszybciej wypchnąć. Powiadając na przykład, że: „Pewne sprawy w historii zostają zapomniane, bo kłócą się z miłą sercu narracją o przeszłości, jaką dla samych siebie budujemy”. Mówi się wręcz, że w historii ludzkości niektóre epidemie miały zbyt okrutny wymiar, by okoliczności ich przebiegu ludzkość chciała przechowywać w zbiorowej pamięci. Problem w tym, że zapominając, i to niezależnie od przyczyny, tracimy okazję nauki w oparciu o popełnione wówczas błędy.

PRZYPADEK I DOPUST
Proszę choćby zauważyć, że śmierci w wyniku epidemii ludzie nie traktują jak skutków innego typu szaleństwa, mianowicie wojny. Żołnierze albowiem giną na froncie dla nas. Więcej, oni giną za nas. Da się rzec: w naszym imieniu. Choć kula czy bomba zabijają równie przypadkowo co choroba zakaźna, żołnierska ofiara z życia wydaje się zrozumiała i wytłumaczalna. Podobnie wojenne i powojenne dramaty ludności cywilnej dają się uzasadnić, a nawet zracjonalizować. Zmarła w 1975 roku Hannah Arendt – żydowska filozofka, swego czasu romansująca ze wspierającym ruch narodowosocjalistyczny, późniejszym członkiem NSDAP i współpracującym z gestapo denuncjatorem, niejakim Martinem Heideggerem, a później żona niemieckiego filozofa żydowskiego pochodzenia, Günthera Siegmunda Sterna oraz wybitnego działacza Komunistycznej Partii Niemiec, Heinricha Blüchera – więc Hannah Arendt napisała nawet na temat uzasadnień i racjonalizacji zła parę niezłych książek. Natomiast jak wyjaśnić niewytłumaczalne? Cierpienie i śmierć ofiar pandemii? Dopustem Bożym? Czym jeszcze? Przypadkiem? Kwestia ludzkiego życia i śmierci w rękach przypadku? Czy człowiek to jętka jednodniówka? Komar, ginący od przypadkowego plaśnięcia dłonią? Okropność.

WIĘCEJ NIŻ WOJNY
Epidemie zawsze zabijały więcej ludzi, niż działania zbrojne. Postęp nie postęp, nowoczesność nie nowoczesność, w tym zakresie nie zmieniło się nic lub niewiele. Pandemia zwana „hiszpanką” bądź „hiszpańską grypą” (właściwa nazwa powinna brzmieć „amerykanka”, ewentualnie „grypa amerykańska”, ponieważ to przybywający do Europy żołnierze armii USA przywlekli wirusa na Stary Kontynent) uśmierciła blisko 5,5 procent ówczesnej światowej ludzkiej populacji, to jest od pięćdziesięciu do stu milionów dusz. To więcej niż wszystkie ofiary, cywilne i wojskowe, obu wojen światowych, razem liczone. Jak powyższe ma się do dzisiejszych okoliczności?
W ciągu sześciu miesięcy 2020 roku, w wyniku Covid-19, umarło więcej Brytyjczyków, niż przez cały czas trwania „Bitwy o Anglię”. Liczby na kontynencie północnoamerykańskim wyglądają jeszcze dramatyczniej: pierwsze półrocze skutkowało większą liczbą zmarłych Amerykanów, niż zabiła ich wojna w Wietnamie przez 15 lat. Rzeczywiście, trudno wyobrazić sobie tak mroczną skalę. Podobnie przewidzieć trudno poziom zagrożenia dla mieszkańców zapuszczonych, głodujących i nie potrafiących sobie radzić państw Ameryki Południowej. Czy Afryki. Pozwolę sobie zatem twierdzić, że – ludzkim zwyczajem, to jest jak zawsze w wypadku pandemii dziesiątkujących nas od lat – obecnie nie rozpoznajemy właściwie skali problemu, z jakim tym razem przyszło się nam borykać.

POLSKI KONTEKST
Podsumowując wątek: hekatomba narasta. Zaraza trwa i trwać będzie. Zresetowanie ludzkiego myślenia o pandemii, skutkujące podjęciem działań niezbędnych dla okiełznania tej współczesnej traumy, nadejdzie samo z siebie, gdy tylko umrze dostatecznie wielu z nas – i nie nadejdzie wcześniej. Tak działa świat, tak działa człowiek. Niestety, dodajmy koniecznie, nawet jeśli nasze emocje rzeczywistości nie zmienią.
Kolej na kontekst polski, równie smutny. Otóż, między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca od początku epidemii wykryto blisko 55 tysięcy zakażeń koronawirusem Sars-Cov-2. Niedługo też liczba zgonów na Covid-19 przekroczy nad Wisłą dwa tysiące. Polskę jak raz podzielono na strefy zagrożenia większego i mniejszego, nie oglądając się jakoś specjalnie na działań tych efektywność i krytykę konkretnych rozwiązań ze strony ludzi rozsądnych na tyle, by zanegować choćby słuszność limitowania liczby uczestników wesel po jednej stronie aglomeracji katowickiej do 50. osób, by kilometr dalej wyrażać zgodę na wesela 150-osobowe – i to nie jedyny przecież nonsens nowych obostrzeń.
Mówię przez to również, że mimo zwycięstwa w wyborach prezydenckich, wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują, że „dobra zmiana” zaczyna tracić legitymizację, a ów proces przyspiesza dramatycznie.

BRAK GWARANCJI
Dlaczego? Bo rządzący przestają gwarantować wspólnocie bezpieczeństwo na poziomie elementarnym. Nie pomaga zrzucanie odpowiedzialności za wzrost zachorowań na samych obywateli. Dajmy na to: „Bo nie chcą nosić maseczek i nie dbają o zachowanie dystansu społecznego”. Dalej, nic bądź niewiele pomaga też wyjaśnianie, że rosnąca liczba potwierdzonych przypadków koronawirusa to efekt „prowadzonych na szeroką skalę badań przesiewowych”, w wyniku których „wykrywa się wiele zakażeń bezobjawowych lub skąpoobjawowych, które w innym przypadku mogłyby pozostać niewykryte”. Mało kto z ludzi myślących nie skojarzy, że podniesione okoliczności wskazują raczej na konieczność rozszerzenia zakresu badań na cały kraj, podczas gdy jedyną troską władzy staje się przewidywanie i nadzór, by w szpitalach liczba zajętych łóżek gwałtownie nie wzrastała, zwłaszcza liczba tak zwanych „łóżek respiratorowych”. Mniejsza przy tym o ilość zgonów, których na tle Europy… – i tak dalej.
Każde państwo dotknięte koronawirusem ma swoich bezobjawowych, przypominam, ale, co widać zwłaszcza nad Wisłą, nie w każdym państwie władza rozumie, jak istotną kwestią jest tychże bezobjawowych wykrycie. A jest, jako że bez tego „walka z pandemią” niesie w sobie treść absolutnie pustą propagandowo, a do tego jałową intelektualnie. I stąd tytułowa jałowizna.

***

Swoją drogą: czy minister Szumowski i uczeni mężowie wspierający ministra rzeczywiście nie ogarniają powyższego, czy też wiedzę tę posiadają, lecz z jakichś powodów uparli się ją ignorować? Nie wiem tego, choć chciałbym. Tak czy owak wróży to nam źle, a niektórzy utrzymują nawet, że gorzej niż źle. Ci dodają, że „scenariusz włoski” dopiero przed nami, i że spełni się co do joty, gdy dzieci wrócą do szkół i przyjdzie jesienna grypa. Nie daj Boże, by mieli rację.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem:
widnokregi@op.pl