Wra­ca­jąc ze wsi zatrzy­ma­łam się w Peter­bo­rugh, Onta­rio, na wyżer­kę w Swiss Cha­let z daw­ną kole­żan­ką, ze stu­diów w Hum­ber Col­le­ge, a któ­ra od kil­ku lat miesz­ka w Peter­bo­ro­ugh.  Ach, co za przy­jem­ność zjeść kur­cza­ka w Swiss Cha­let w dobrym towa­rzy­stwie! Od lat zama­wiam to samo, udko z sała­tą ceasar. Mniam, mniam. Ostat­ni raz byłam w Swiss Cha­let jesz­cze przed zara­zą.  Teraz zapła­ci­łam kar­tą poda­run­ko­wą spod cho­in­ki, bo nie było jej dotąd ani gdzie, ani jak wyko­rzy­stać. Nawet sos, niby nie­zdro­wy i tuczą­cy ale uni­kal­ny do Swiss Cha­let bar­dzo nam smakował.

Swiss Cha­let to jed­na z nie­wie­lu sie­ci rodzi­mych, czy­li kana­dyj­skich, zapo­cząt­ko­wa­na w Mont­re­alu. Wybór jest dość ogra­ni­czo­ny, ale jakość zgod­na z ocze­ki­wa­nia­mi i raczej bez wpa­dek. Nie wiem czy wie­cie, że w Kolum­bii Bry­tyj­skiej kur­cza­ki w wie­lu restau­ra­cjach są okre­śla­ne jako ‘Onta­rio chic­ken’. Czy­li, że nasze lokal­ne onta­ryj­skie kur­cza­ki robią karie­rę poza gra­ni­ca­mi pro­win­cji. Dobrze wie­dzieć, bo wte­dy taki kur­czak o mię­dzy­pro­win­cyj­nej sła­wie lepiej smakuje.

Nie mogły­śmy się naga­dać. Jesz­cze toko­wa­ły­śmy na par­kin­gu. Kole­żan­ka (Kana­dyj­ka, ale uro­dzo­na w Bosto­nie, USA), popa­trzy­ła na mój samo­chód, i powie­dzia­ła, że od razu widać, że jeź­dzi­łam po ‘rural roads’. No fakt. Pokry­ty był gru­bą war­stwą kurzu, któ­ra uno­si się na dro­gach w oko­li­cach mojej wsi, kie­dy tyl­ko prze­jeż­dża samo­chód. Zawie­si­na kurzu może być tak gęsta, że jeśli się zda­rzy szyb­ko następ­ny samo­chód, to musi odcze­kać  aż kurz opad­nie na tyle, żeby roz­po­znać drogę.

Reklama

No wła­śnie, i tu zaczy­na się moje lato, bo jak prze­tłu­ma­czyć ‘rural road’?  W języ­ku angiel­skim ‘rural’, okre­śla wszyst­ko co nie jest miej­skie. A w naszym pol­skim?  Nie­ko­niecz­nie. Jeśli jest to polna dro­ga, to jest to dro­ga w polu, led­wo ubi­ta wyjeż­dżo­ny­mi kole­ina­mi. Jeśli wiej­ska, to koja­rzy się z wio­ską, a tak­że z wio­chą. Czy­li ma nie­ja­ko nega­tyw­ną kono­ta­cję. A może wer­te­py?  Też nie, bo tam gdzie jeż­dżę, co praw­da ludzi zosta­ło nie­wie­le i jest ten teren okre­śla­ny jako ‘ghost town’, czy­li wymar­ła osa­da, ale te ‘rural roads’, są utrzy­my­wa­ne w prze­jezd­nym i bez­piecz­nym sta­nie, a w zimie odśnie­ża­ne. Tyle tego kurzu bie­rze się z szu­tro­wej utwar­dzo­nej nawierzch­ni, któ­ra w upa­le i suszy prze­mie­nia się w pusty­nię. Może to więc jest utwar­dzo­na dro­ga gruntowa?

W naszym języ­ku jest jesz­cze jed­no takie pięk­ne sło­wo na okre­śle­nie dro­gi: ‘goście­niec’. Goście­niec ozna­cza taką lep­szą wiej­ską dro­gę, naj­czę­ściej wysa­dza­ną drze­wa­mi z obu stron, albo róża­mi jak było na Gór­nym Ślą­sku.  A ten kurz osia­dły na moim samo­cho­dzie z wyjaz­dów do miej­sca gdzie dia­beł mówi dobra­noc, po angiel­sku to by było ‘in the mid­dle of nowhe­re’, daje się dość łatwo spłu­kać. Nie tak jak brud osia­dły na aucie w zanie­czysz­czo­nym mie­ście. Ten uno­szą­cy się na dro­dze kurz jest moim atry­bu­tem lata. O wie­le bar­dziej rado­snym niż bło­to, śnieg i lód. Kurz na dro­dze moż­na przyj­mo­wać jako część lata, albo też moż­na na nie­go psio­czyć. Pamię­taj­my, że szklan­ka napeł­nio­na do poło­wy, może być do poło­wy pusta, albo do poło­wy peł­na. Zale­ży od spoj­rze­nia. A ta polna dro­ga jest nie tyl­ko malow­ni­cza, ale i koją­ca tak jak ‘rural road’ powin­na. Nawet jeśli wznie­ca tuma­ny kurzu. Wszak nie moż­na mieć wszystkiego.

Micha­lin­ka