„No dobrze już dobrze — tak sobie powie­dzia­łam — ale co by nie powie­dzieć to set­ka już się wyła­nia zza rogu — to pew­ne! No więc nie prze­ry­waj­cie tyl­ko słuchajcie!

„Jak wie­cie moja mat­ka była stry­jecz­ną sio­strą wasze­go dziad­ka Teo­do­ra. Stąd nasze pokre­wień­stwo. Moim ojcem nato­miast był Johann von Kle­ist, któ­ry w owym cza­sie pra­co­wał jako urzęd­nik w mini­ster­stwie skar­bu. Byłam małą dziew­czyn­ką ale pamię­tam to dosko­na­le, że mówi­ło się wte­dy o wiel­kich poka­zach, któ­re orga­ni­zo­wa­ła fir­ma pana Fran­za Wer­the­ima. Zapra­sza­no na nie wie­lu wybit­nych gości a na jed­nym miał być podob­no nawet sam cesarz! Mówio­no o tym nie­ustan­nie. Te poka­zy mia­ły zachę­cić do kupo­wa­nia nowych kas, któ­re według Wer­the­ima były nie­znisz­czal­ne. Pod­da­wa­no je wte­dy pró­bom ognia. W ogrom­nym ogni­sku sta­wia­no kasę wypeł­nio­ną pie­niędz­mi i kosz­tow­no­ścia­mi i pod­sy­ca­no ogień przez parę godzin. Potem ją otwie­ra­no i pre­zen­to­wa­no nie­tknię­tą zawar­tość. To była zna­ko­mi­ta rekla­ma i dzię­ki niej sprze­daż kas wzra­sta­ła w pio­ru­nu­ją­cym tem­pie. Obec­ność same­go cesa­rza na jed­nym z tych poka­zów dodat­ko­wo zwięk­sza­ła zaufa­nie. Przed­się­bior­stwo nazy­wa­ło się „Wer­the­im Kas­sen” i cie­szy­ło zna­ko­mi­tą repu­ta­cją. Wszyst­kie ban­ki, urzę­dy pań­stwo­we a tak­że przed­się­bior­stwa pry­wat­ne skła­da­ły swo­je zamó­wie­nia. Natu­ral­nie Wer­the­im dosto­so­wy­wał kupo­wa­ne kasy do potrzeb odbior­cy, róż­nie wypo­sa­żał i zabezpieczał.

To pamię­tam. Mój ojciec dużo o tym mówił, głów­nie dla­te­go, że mini­ster­stwo, w któ­rym pra­co­wał tak­że zama­wia­ło te kasy.

reklama

 

Potem nastą­pił ów strasz­ny wypa­dek, w któ­rym zgi­nął. Wyje­chał w jakichś urzę­do­wych spra­wach do Kairu i tam został potrą­co­ny przez por­to­wą maszy­nę. To było na parę lat przed otwar­ciem kana­łu sueskie­go i wyjazd zwią­za­ny był z tą wiel­ką budo­wą. Mia­łam wte­dy sie­dem lat. Krót­ko potem przy­wie­zio­no mnie tu do Dornie­wa — niby to na waka­cje — na któ­rych jak się oka­za­ło zosta­łam tro­chę dłu­żej — cha, cha, cha!

Po stra­cie męża moja mama nie mogła sobie zna­leźć miej­sca i w koń­cu też ścią­gnę­ła do Dornie­wa — ale nie na dłu­go bo już w 1869 zmar­ła nie w peł­ni władz umy­sło­wych. To było jesz­cze przed uro­dze­niem Fra­nia — to jest wasze­go ojca. Po powro­cie wuja Teo­do­ra z woj­ny i po decy­zji o budo­wie nowe­go domu zde­cy­do­wa­no się tak­że na kup­no nowej kasy do apte­ki. Pamię­tam to bar­dzo dobrze. Cho­ciaż byłam małą dziew­czyn­ką cho­dzi­łam dum­na jak paw, że wuj kupu­je wie­deń­ską kasę. W jakiejś mie­rze roz­mo­wy o tym kup­nie dawa­ły mi dużo rado­ści bo sta­no­wi­ły wspo­mnie­nie wie­deń­skie­go domu, tam­tej atmos­fe­ry i były cząst­ką życia, któ­re ode­szło. Ot, takie dzie­cin­ne zacho­wa­nia, któ­re moż­na by jedy­nie wytłu­ma­czyć tym, że czu­łam się tu obco i nie­przy­tul­nie. Każ­da wzmian­ka o Wied­niu osła­dza­ła mi życie. Mniej­sza z tym.”

 

Tu cio­cia Ger­tru­da dotknę­ła chu­s­tecz­ką oczu a zaczem kontynuowała.

 

„To, że wuj Teo­dor posta­no­wił kupić tę kasę nie było niczym nad­zwy­czaj­nym. Osta­tecz­nie pro­wa­dził apte­kę, był dość zamoż­nym czło­wie­kiem a do tego budo­wał nowy dom. Było natu­ral­ne, że wraz z tymi wiel­ki­mi zmia­na­mi chciał coś tam odświe­żyć i wypo­sa­żyć nie­co nowo­cze­śniej. Poza wszyst­kim tak jak już powie­dzia­łam kasy Wer­the­ima były pod­ów­czas bar­dzo popu­lar­ne. Wcze­śniej — jesz­cze za życia Ste­fa­na Freya — wasze­go pra­dziad­ka — też tu była kasa ale cóż to był za grat! Lepiej nie mówić. Myślę, że moż­na­by go było otwo­rzyć zwy­kłym widel­cem!” — cio­cia uśmiech­nę­ła się z politowaniem.

„No więc kasa przy­szła i pra­wie natych­miast zosta­ła znie­sio­na do piw­nic i tam ulo­ko­wa­na. Ten dzień pamię­tam świet­nie bo wie­le było roz­gar­dia­szu, orga­ni­zo­wa­nia i kar­ko­łom­nych sztu­czek przy zno­sze­niu tego cię­ża­ru do piw­ni­cy. Mia­łam wte­dy już 10 lat i mogę powie­dzieć, że przy­jazd tej kasy był jak­by jakąś namiast­ką przy­jaz­du nie­ży­ją­ce­go ojca. Głu­pie ale tak było. Tak to wte­dy czu­łam. Potem inne spra­wy zaprząt­nę­ły szyb­ko moją uwa­gę. Uro­dził się mały Fra­nio, mnie wywie­zio­no do gim­na­zjum Sióstr Bene­dyk­ty­nek we Lwo­wie i tam­te chwi­le ucie­kły mi z gło­wy. Wró­ci­ły jed­nak po śmier­ci wuja Teo­do­ra. Otóż byłam już wte­dy trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nią pan­ną. Sta­rą pan­ną! Kil­ka­na­ście lat wcze­śniej mój uko­cha­ny Rudi zgi­nął w tej nie­po­trzeb­nej egip­skiej awan­tu­rze kie­dy to Angli­cy bro­ni­li swo­ich praw do kana­łu. Na pew­no opo­wia­da­łam wam to set­ki razy. Mój Rudi pra­co­wał jako atta­che w austriac­kiej amba­sa­dzie w Kairze. Pod­czas inwa­zji Angli­ków ktoś tam się sta­rał schro­nić w amba­sa­dzie, mój Rudi wysko­czył żeby mu pomóc i w tym momen­cie dostał kulę.”

 

Cio­cia Ger­tru­da prze­rwa­ła i widać było, że emo­cje gra­ją na jej sta­rej twa­rzy. Wszy­scy mil­cze­li z usza­no­wa­niem. Zna­li te histo­rie dosko­na­le. Wie­le, wie­le razy opo­wia­da­ne, wspo­mi­na­ne. Ileż razy sły­sze­li pytanie:

„A czy opo­wia­da­łam ci już o tym?”

I nawet jeśli powie­dzia­ło się „tak” to i tak cio­cia zaraz mówi­ła — „no to posłu­chaj jesz­cze raz!”

 

„Tak więc — cią­gnę­ła po chwi­li — ten dia­bel­ski kanał zabrał mi dwóch naj­uko­chań­szych męż­czyzn moje­go życia! Nie mogłam w to uwie­rzyć! Nawet dziś nie mogę zro­zu­mieć dla­cze­go tak się stało…”

Cio­cia zamy­śli­ła się na chwi­lę i nikt tego mil­cze­nia nie prze­ry­wał. Nagle Hela się­gnę­ła po papie­ro­sy i ten ruch a potem trzask zapał­ki zbu­rzył ciszę. Cio­cia Ger­tru­da ock­nę­ła się i spoj­rza­ła dookoła.

„Ale, ale — mia­łam mówić o kasie! Pra­wie zapo­mnia­łam. No więc wuj Teo­dor umarł bodaj w 97-ym. Fra­nio był już dale­ko po stu­diach, prak­ty­ko­wał w kra­kow­skich apte­kach i na wia­do­mość o śmier­ci przy­je­chał pierw­szą koleją.

Cio­cia Salo­mea spa­zmo­wa­ła ale mię­dzy nami mówiąc tro­chę w tym było uda­wa­nia bo wuj cięż­ki był dla niej ponad mia­rę i wytrzy­ma­nie. Nie, nie — dla mnie był zawsze uprzej­my ale osta­tecz­nie ja tam nie­wie­le zna­czy­łam. Cio­cia Salo­mea nato­miast cier­pia­ła jego humo­ry i pła­ka­ła mi nie­raz. Były­śmy pra­wie w jed­nym wieku.

Tak więc gdy wuj już umarł i Fra­nio zabrał się do przej­mo­wa­nia apte­ki zda­rzył się dziw­ny wypadek.

To było w nie­dzie­lę. Sie­dzia­łam aku­rat tu w salo­nie z jakąś robót­ką w ręku gdy nagle wszedł Fra­nio moc­no zaal­te­ro­wa­ny i powiedział:

Tru­da — tak do mnie mówił — czy mogła­byś mi pomóc — ale potrzeb­ne jest zacho­wa­nie tajemnicy?!

Natu­ral­nie — odpowiedziałam.

Wte­dy on popro­wa­dził mnie do apte­ki i po dro­dze tłu­ma­czył w czym rzecz. Oka­za­ło się mia­no­wi­cie, że był w piw­ni­cy i pró­bo­wał otwo­rzyć kasę ale coś pokrę­cił z klu­cza­mi i spe­cjal­ny mecha­nizm nie pozwa­lał mu pró­bo­wać po raz wtó­ry. Było tam jakieś zabez­pie­cze­nie, któ­re dopusz­cza­ło moż­li­wość ponow­ne­go otwar­cia ale potrzeb­ne były wte­dy dwie oso­by. Trzy klu­cze do trzech zam­ków trze­ba było prze­krę­cić w spe­cjal­ny spo­sób jed­no­cze­śnie. Pra­ca na trzy ręce. Otóż Fra­nio — z jakichś wzglę­dów — nie chciał w to wta­jem­ni­czać mamy, a jedy­ną oso­bą, któ­rej mógł ufać byłam ja. Inna rzecz, że jego mama czy­li cio­cia Salo­mea była wte­dy w koście­le a Zosia goto­wa­ła w kuch­ni obiad i dom był pusty.

Zeszli­śmy na dół. Pamię­tam, że bałam się, że pobru­dzę suk­nię, któ­rą swe­go cza­su przy­wio­złam sobie z Kra­ko­wa. Była bar­dzo pięk­na, dobrze uszy­ta, mia­ła takie … ale, ale — co ja mówię — mia­łam o tej kasie …

Tak więc zeszli­śmy na dół — tak — dobrze mówię…”

W tym momen­cie mama odsta­wi­ła fili­żan­kę z her­ba­tą i powiedziała:

- Ger­tru­do, może już jesteś zmę­czo­na? Prze­cież nie musi­my koń­czyć dzi­siaj! Może chcia­ła­byś się położyć?

Ale cio­cia mach­nę­ła ręką.

- Nie, nie — to nic — tak mi cza­sem myśl ucie­ka — sta­rość to jest paskud­na rzecz moje dzie­ci… paskudna…

Karol i Sta­szek też byli zda­nia, że cio­cia powin­na odpo­cząć ale Fela z wypie­ka­mi na twa­rzy wtrą­ci­ła szybko:

- To ja już na pew­no dziś nie zasnę! Co było dalej?

Cio­cia uśmiech­nę­ła się ze zrozumieniem.

- Nie bój się Felu­nia — zaraz dokoń­czę, a potem pój­dę się położyć.

 

- A zatem — pod­ję­ła opo­wia­da­nie — zeszli­śmy razem do piw­ni­cy i tam z lam­pą w ręku Fra­nio tłu­ma­czył mi co i jak. Kasa sta­ła w takiej wnę­ce w ścia­nie — pew­nie spe­cjal­nie na ten cel przy­go­to­wa­nej i mało tam było miej­sca dla dwóch osób a ja cią­gle się bałam, że mi się ta moja suk­nia znisz­czy! Wresz­cie po dłu­gich tłu­ma­cze­niach i pró­bach uda­ło się nam to całe przed­się­wzię­cie i nawet dum­na tro­chę byłam, że tak się odważ­nie zacho­wa­łam. Kasa była otwarta.

- I co w niej było cio­ciu? Co w niej było?

- Fela aż unio­sła się z krzesła.

- Ciem­no tam było i lam­pa rzu­ca­ła mdły blask — jak to lam­pa — zresz­tą bałam się, że może mi popa­lić moją suk­nię ale tak się jakoś rze­czy miały…

Widać było, że sta­rusz­ka błą­dzi już myślami.

- Ale cio­ciu — czy cio­cia coś tam widzia­ła? — zno­wu wyrwa­ła się Fela.

- Fel­ka — uspo­kój się — syk­nę­ła Hela — co cię napa­dło? Nie widzisz, że cio­cia jest napraw­dę zmęczona?

- Były tam jak pamię­tam — odpo­wie­dzia­ła cio­cia — jakieś worecz­ki, rzę­dem pousta­wia­ne ale co tam jesz­cze to nie pomnę bo Fra­nio przy­mknął drzwi a zaczem wyszli­śmy z piw­ni­cy i dalej nie wiem…

Widać było wyraź­nie, że sta­ro­win­ka tra­ci­ła siły i nad­cho­dził czas na jej drzemkę.

Karol podał jej rękę i powo­li, powo­li, opie­ra­jąc się na lasce cio­cia Ger­tru­da poszła do sie­bie żeby jak to mówi­ła „przy­ło­żyć się do podusz­ki”. Mama wyszła zaraz po niej.

Wszy­scy sie­dzie­li jak po obej­rze­niu fascy­nu­ją­ce­go fil­mu. Pierw­szy ode­zwał się Staszek.

- No to naresz­cie mamy jakieś kon­kre­ty. Trze­ba się było od razu pora­dzić mamy i cio­ci a nie zaczy­nać na wła­sną rękę.

- Kto mógł wie­dzieć? — szep­nę­ła Roma.

W tym samym momen­cie sta­ra papu­ga Mora nagle zaczę­ła śpie­wać „Rosa­mun­de” a Sta­szek aż się wzdry­gnął i zasło­nił twarz rękami.

- Prze­stań, prze­stań!!! — krzyk­nął histerycznie.

Roma wsta­ła pośpiesz­nie i narzu­ci­ła na klat­kę ciem­ną serwetę.

A Sta­szek trząsł się widocznie.

- To gra­li w obo­zie… w obo­zie… Strasz­ne! Kto ją tego nauczył?!?

- To Niem­cy jak tu byli — powie­dzia­ła cicho Hela. To ci gesta­pow­cy co cie­bie zaaresz­to­wa­li. Gra­li to do znu­dze­nia a Mora nie­win­na — to zwy­kła papu­ga. Cza­sem sobie coś w tym pta­sim móżdż­ku poplą­cze, coś przy­po­mni i nagle powie. Pamię­tam jak kie­dyś zaczę­ła kląć po rusku! Nikt nie wie­dział skąd a mama tłu­ma­czy­ła, że to pew­nie z daw­nych cza­sów gdy jesz­cze była u Moszo­ro­wi­czów na Poku­ciu. Hucu­li ją nauczy­li. A kie­dy to było? Chy­ba z sie­dem­dzie­siąt lat temu. Kto to wie ile się tam w tej papu­ziej gło­wie nazbie­ra­ło przez tyle lat! Ona musi mieć już ze sto lat a może i więcej!

- Eee, na pew­no wię­cej — powie­dział Karol, któ­ry aku­rat wszedł do salo­nu — tata mówił, że jak ją bab­cia Salo­mea przy­wio­zła do Dornie­wa to już była sta­ra. Ja myślę, że ona może mieć ponad sto pięć­dzie­siąt lat!

Na dru­gi dzień wró­co­no do tema­tu kasy ale po pierw­szej eufo­rii przy­szło małe roz­cza­ro­wa­nie. Otóż cio­cia nie pamię­ta­ła gdzie dokład­nie sta­ła kasa. O zej­ściu do piw­ni­cy nawet i mowy nie było bo na to cio­cia sił już nie mia­ła. A zresz­tą nawet gdy­by uda­ło się ją jakoś spro­wa­dzić to i tak pew­nie nic by z tego nie wyszło bo sta­rusz­ka w widocz­ny spo­sób myli­ła się, nie umia­ła powie­dzieć o któ­rą stro­nę świa­ta cho­dzi i na jakiej ścia­nie była wnę­ka z kasą. Nie­mniej jakieś wska­zów­ki dała i Karol ze Stasz­kiem posta­no­wi­li spraw­dzić co i jak.

To było aku­rat w Trzech Kró­li 1952. Nie­dzie­la. Po koście­le i obie­dzie obaj bra­cia zno­wu zeszli do piw­nic. Karol wziął swo­ją wiel­ką 500 wato­wą żaró­wę, Sta­szek dodat­ko­wo latar­kę i poszli. Ale tym razem posta­no­wi­li spraw­dzić tę naj­niż­szą kon­dy­gna­cję — jak mówi­li „szczu­rzą”. Na wszel­ki wypa­dek mie­li ze sobą laski, żeby gdy­by doszło co do cze­go mogli się bro­nić przed ata­kiem gry­zo­ni. Kobie­ty śmia­ły się tro­chę z tego „uzbro­je­nia” ale w odpo­wie­dzi Karol zapro­po­no­wał aby poszły razem z nimi i pomo­gły „wal­czyć ze szczu­ra­mi”. Natu­ral­nie na to żad­na z pań nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty i śmie­chy się skończyły.

Zeszli na dół, a potem parę stop­ni do tego naj­niż­sze­go pozio­mu. Sta­szek spraw­dzał latar­ką czy jest gdzieś insta­la­cja elek­trycz­na ale nic nie zna­lazł więc pozo­sta­ło wkrę­cić żarów­kę w wiel­kiej piw­ni­cy tak jak to robił Karol w cza­sie swo­ich uprzed­nich poszu­ki­wań. Trze­ba powie­dzieć, że była to spo­ra pomoc bo sil­ne świa­tło roz­le­wa­ło się po kątach, docie­ra­ło do schod­ków i tro­chę roz­świe­tla­ło mrok naj­niż­szej piwniczki.

Byli już tu przed­tem. Prze­cież szu­ka­li. Zaraz po sty­pie. Ale teraz wyglą­da­ło to tro­chę ina­czej. Wte­dy szu­ka­li kasy, któ­ra powin­na być według ich wyobra­żeń łatwo widocz­na i nie zwra­ca­li uwa­gi na szcze­gó­ły. Teraz bada­li pomiesz­cze­nie metr po metrze. Cio­cia Ger­tru­da mówi­ła parę razy, że tam było bar­dzo mało miej­sca — cia­sno nawet dla dwóch osób. Prze­cież cały czas bała się o swo­ją suk­nię i żeby jej nie pobru­dzić. To musia­ło być w tej małej piw­ni­cy. W wiel­kiej było miej­sce na wszystko.

Wtem Karol przy­po­mniał sobie, że w desty­la­tor­ni jest prze­no­śna lam­pa z dość dłu­gim kablem. Pyta­nie tyl­ko czy z wystar­cza­ją­co dłu­gim aby dosię­gnął piw­nicz­ki. Naj­bliż­sze gniazd­ko było o dobrych dzie­sięć metrów. Mie­li szczę­ście. Co praw­da kabel lam­py nie się­gał ale przy­nie­śli prze­dłu­żacz i to wystar­czy­ło. Ośle­pia­ją­ce świa­tło zala­ło piw­nicz­kę! Musie­li osło­nić oczy bo siła 500 wat była nie do wytrzy­ma­nia. Coś szur­nę­ło i bra­cia odsko­czy­li dwa kro­ki. Coś skrob­nę­ło i tak Karol jak i Sta­szek zamach­nę­li się laska­mi. Szczury!

Ale wyj­ścia nie było. Już tu byli i trze­ba było wresz­cie dokoń­czyć szu­ka­nia. Wszyst­ko było brud­ne. Wiel­kie butle, ople­cio­ne zbu­twia­łą wikli­ną, całe pokry­te kurzem, dwie drew­nia­ne skrzy­nie, jakieś szma­ty powie­szo­ne na gwoź­dziu… Sta­szek ruszył je laską i wra­że­nie odję­ło im dech w pier­siach. Ujrze­li dwa sztu­ce­ry opar­te o ścia­nę. Jeden obok dru­gie­go. Zaniemówili.

- Jezus Maria — wes­tchnął Karol — jesz­cze to! Szu­ka­my zło­ta a zna­leź­li­śmy broń! Toż to kry­mi­nał albo szu­bie­ni­ca na sto procent!

- Pocze­kaj — szep­nął Sta­szek — zoba­czę co to jest…

Wziął jed­ną sztu­kę do ręki. Dmuch­nął na kurz i obaj zaczę­li kichać. W świe­tle widać było wyraź­nie, że broń jest sta­ra, może dzie­więt­na­sto­wiecz­na. Sta­szek prze­tarł lufę i zamek. Na lufie zoba­czy­li jakiś herb i napis „Z Kozie­nic”. Herb skła­dał się z czte­rech pól. To widzie­li dokładnie.

- Karol — co to jest?

- Mnie się wyda­je, że to pol­ski herb. Wyglą­da na Rzecz­po­spo­li­tą Oboj­ga Naro­dów — nie uważasz?

- Może. Ty byłeś lep­szy z historii.

- Sta­ra broń. Pew­no z cza­sów tego Pole­ty­ły co tu przy­je­chał z pie­niędz­mi. Te sztu­ce­ry musie­li zosta­wić powstań­cy jak przy­szli do Dornie­wa — jak myślisz?

- Chy­ba na to wyglą­da! Ale broń to broń — Mat­ko jedy­na — gdzie my to schowamy?

- Tu gdzie teraz! Co ty — Karol — myślisz, że ktoś tu kie­dyś będzie szukać?

- Łatwo ci mówić! Ty tu nie miesz­kasz a ja zosta­ję z całą rodzi­ną. Jak­by kie­dyś przy­szło do jakiejś rewi­zji to nas wszyst­kich ciu­pa­sem na Sybir wyślą!