Trucki podjeżdżały, dokerzy wyładowywali przywiezione towary i przeładowywali je do podstawionych wagonów kolejowych, praca wrzała jak kipiel… Nad prawie kilometrowymi dokami unosił się duch tak wysilonej, rzekłbym żarliwej pracy, że aż serce rosło!

Ale nie o tym chciałem teraz mówić.

Otóż nagle – podczas tego leżenia w błocie – przyszła mi do poobijanej głowy myśl, że to może już czas i czy nie powinienem zacząć myśleć o emeryturze.

Duch był jeszcze ochoczy, ale ten upadek z trucka wskazywał, że ciało już mdłe.

Dlaczego nie? Ostatecznie dlaczego nie? Swoje lata mam, chwalić Boga do garnka też mam co włożyć, więc dlaczegóżby nie?

Mimo to, jakoś nie byłem pewny. Aż mnie skręcało! Co, jak, jaka znowu emerytura?! – kłębiło mi się w głowie.

A potem przyszła  pewność i od tego momentu już się nie wahałem, a nawet zacząłem wyczekiwać  końca z wytężonym utęsknieniem.

I przyszedł ten ostatni dzień, ostatni ładunek, ostatnie zaparkowanie naczepy, a potem jeszcze parę uściśnięć dłoni, parę cieplejszych słów  i wreszcie jazda bob-tail do kupca, który niecierpliwie czekał na mojego trucka.

Kupował go jak to się mówi „na pniu”, bez sprawdzania, oglądania i targów. Truck bowiem szedł do Afryki, a konkretnie do Calabar w Nigerii. Komu miał tam służyć, z kim pracować – pojęcia nie miałem, ale przy pożegnaniu serce mi się ścisnęło, wspiąłem się więc na zderzak, pocałowałem zimną mordę bulldoga i powiedziałem /może trochę teatralnie/:  „Dzięki ci przyjacielu!”.

Może i teatralnie, ale niezaprzeczalnym faktem było to, że przez ładnych parę lat ten truck żywił mnie i moją rodzinę i spędziłem z nim więcej czasu niż z Żoną.

Truck wypłynął w długą podróż do Calabar, a ja poszedłem do banku z czekiem. Potem zaś ruszyłem w kierunku domu.

Zaczynałem nowy etap życia. Od tego momentu byłem już emerytem.

I czułem się dobrze. Może trochę oszołomiony, może trochę zmęczony, ale dobrze. Jeszcze szumiały mi w głowie myśli jak to będzie jak nie będę musiał wstawać poza ranki i czy wytrzymam totalne nieróbstwo, ale jakoś dziwnie się tym nie przejmowałem.

Słowo „emeryt” brzmi jakoś biednie. Słowo „emerytura” brzmi jeszcze biedniej. Przywodzi obrazek  pochylonego, zniszczonego mężczyzny siedzącego na ławce w parku i trzęsącą ręką karmiącego gołębie. Przywodzi  także na myśl kolejki starych ludzi, którzy mają czas i wyczekują po towar, który mają „rzucić na sklep”.

Tak, tak – to już prehistoria, ale siedzi to we mnie, a z całą pewnością siedziało. Jasne, że te nieco smutne wspomnienia i wyobrażenia z dawnych lat były spychane przez wesołe reklamy przystojnych ludzi w starszym wieku pijących na pięknym jachcie wino w wysokich kieliszkach… Jasne, że dawne babcie, ubrane szaro i  smutno zastąpiły wytworne, dojrzałe panie w powiewnych szalach i z pięknie ułożonymi fryzurami, które przytulają się do swoich jakże przystojnych partnerów…

Ale mimo to, pamięć tych dawnych, smutnych postaci emerytów kołatała się gdzieś głęboko w mojej głowie, gdy w ten zimowy dzień 2017 roku zaczynałem swoją emeryturę.



– I co ty będziesz robił na tej emeryturze?

To pytanie otaczało i osaczało mnie w czasie całego okresu przejściowego pomiędzy pracą i emeryturą. W słówku „tej” brzmiał sarkazm i niewiara w powodzenie mojej decyzji. Zaraz po tym pytaniu następowała seria innych. Były też  i „dobre” rady.

-Musisz się czymś zająć. Koniecznie. Inaczej umrzesz. I to szybko. Czytałeś jak długo żyją pracownicy GM po przejściu na emeryturę? Dwa lata! Nawet niecałe! Wszyscy to wiedzą!

– Musisz coś robić! Może zaczniesz jakąś pracę społeczną, charytatywną… Może bank żywnościowy, albo  dom  starców…

–  Mówisz, że nie lubisz pracować za darmo – w porządku – idź do Wal Mart, albo do Home Depot, albo do…

Końca temu nie było. Na początku odpowiadałem, coś tłumaczyłem, a potem po prostu zrozumiałem, że to należy do tradycji. Ludzie lubią udzielać rad, zwłaszcza wtedy gdy nic ich to nie kosztuje.

– Pewnie będziesz siedział na kanapie z pilotem w jednym ręku i piwem w drugim, co?

Milczałem.

– No to ja ci powiem, że to jest prosta droga do śmierci. Najpierw roztyjesz się, potem przestaniesz myć, golić, zrobi się z ciebie dziad i umrzesz!

Tak to mniej więcej wyglądało.

Mój dobry kolega, który zdecydował się na emeryturę trochę wcześniej przeszedł  regularny horror. Po wielu latach na highwayu, nareszcie był w domu. Na swoje nieszczęście mieszkał z dwiema dorosłymi córkami. Jedna panna, druga po rozwodzie. Od rana narażony był na huragan troskliwych rady i uwag.

– Tato, co ty robisz?!!! To nie wiesz, że jajka cię zabiją? Zostaw te konfitury! Cukier dla ciebie to śmierć! Żadnego piwa! Chyba oszalałeś! Chcesz umrzeć???

I tak dalej i tak bez jednej przerwy. Opowiadał mi, że doszło do tego, że bał się rano zejść na śniadanie. Uciekał więc do restauracji, do kolegów aż w końcu znalazł sobie kobietę, która wprowadziła się do niego. Dla córek było to gorzkie przebudzenie. Wyprowadziły się. „Nareszcie” – jak mówił mój kolega. A przecież mogło być inaczej…

Stawiano mi te pytania o emerytalną przyszłość przede wszystkim dlatego, że  wszyscy, którzy  znali moje przywiązanie do pracy, moje częste wykrzykiwania i deklaracje, że będę pracował przynajmniej do samej  śmierci, a może nawet parę lat po niej, po prostu nie wierzyli, że zdecyduję się na „powieszenie kluczyków do trucka na gwoździu”. Nie wierzyli i nie przyjmowali tego do wiadomości.

To wszystko umilkło z chwilą gdy zrozumiano, że moja decyzja jest ostateczna  i  mówiąc dawnym urzędowym żargonem  – „nie służy od niej odwołanie”!

Wracałem więc do domu jako świeżutko upieczony emeryt. Był – jak powiedziałem – zimowy dzień 2017.

Trucki wyprzedzały mnie z hukiem silników. Czasem słyszałem odgłos jakby pikującego Lancastera i wtedy wiedziałem, że to zwalniający truck włączył hamulec silnika. Czasem widziałem tuman śniegu zdmuchiwany przez pęd powietrza z dachu naczepy. Wiedziałem wtedy, jak ciężko było kierowcy zepchnąć ten śnieg z wysokości naczepy! Patrzyłem  na nazwy firm wypisane na mijających mnie truckach i naczepach, na marki wozów, opony, błyszczące zbiorniki na paliwo, światła i tak dalej i tak dalej.

Wszystko to było mi znane i bliskie przez tyle lat. W pewnym momencie moje  serce ścisnęło się delikatnie, bo wiedziałem, że moje truckerskie życie już nigdy nie wróci, i że od tego momentu będę  patrzył na highway z pozycji auta, a nie z wysokości kabiny trucka.

Ale to ściśnięcie trwało tylko króciutką chwilkę, bo zaraz potem pomyślałem, że oto nie muszę już nigdzie pędzić, a jutro mogę spać tak długo jak zechcę.



Inna rzecz, że w głowie kłębiły mi się myśli co dalej i jak to będzie wyglądać, ale powtarzałem sobie, że co by nie było, to przede wszystkim mam czas. Mam czas na zrobienie planu. Tak – uspokoiłem się – najpierw zrobię listę co i jak, a potem zobaczymy.

Lista listą, ale prawie od zaraz w różnych telefonach i rozmowach ze znajomymi, zaczął przebijać jeden temat, który wszystkich młodszych i starszych emerytów  miło podniecał, elektryzował a nawet uzależniał. Chodzi o Podróże!

Piszę to słowo dużą literą, bo jak zauważyłem dla naszego emeryckiego środowiska podróże urosły do roli fetysza czy bożka i prawie każda rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Teraz to zaczniecie podróżować!

Albo:

-Emerytura? Super? To gdzie jedziecie?

Albo:

-Wiesz, akurat wróciliśmy z Malediwów! A wy gdzie jedziecie?

Czasami mówiłem, że nigdzie, że wreszcie chcę posiedzieć w swoim ogródku, popatrzeć na moje świerki, które  sadziłem przed trzydziestu paru laty, wziąć sobie szklankę whisky z lodem bez strachu, że muszę wyjeżdżać, albo że będę miał kaca, bo następnego dnia będę mógł spać ile dusza zapragnie!

Czasami jednak słuchałem z zainteresowaniem opowiadań o dalekich podróżach, o opłynięciu Ziemi Ognistej, o awanturniczych wyprawach w głąb Azji, o corocznych wyjazdach do Polski i …Europy – jakby Polska nie była jej częścią…



Chciałoby się powiedzieć słowami Louisa Stevensona słuchałem tych bajań „o wisielcach, o strącaniu skazańców do morza, o burzach morskich, o skwarnych Wyspach Żółwich, o okropnych czynach i zakamarkach w Zatoce Meksykańskiej”.

Naturalnie żartuję, bo moi znajomi nikogo nie strącali do morza, ani tym bardziej nie wieszali, ale ich opowiadania były ciekawe i kuszące. Podróże – marzenie wszystkich, którzy nareszcie mieli czas, byli ciekawi świata i było ich na to stać.

Ale mimo tych nagabywań i zachęt naprawdę chciałem posiedzieć w domu. Przez tyle lat brakowało mi tego. I nawet jeśli nawet wracałem na noc do domu to zawsze czarną nocą, na parę godzin. Lodowaty świt wyganiał mnie znowu na drogę. Byłem w lepszej sytuacji niż ci, którzy wybrali „życie na highwayu” i do domu zjeżdżali od święta,  ale nie namieszkałem się, oj nie na mieszkałem!

Dlatego też nie chciałem podróżować. Marzyły mi się leniwe dni, z późnymi  śniadankami w ciepłej kuchni i z wolnym, człapiącym spacerkiem od okna do okna.

Będę sobie – marzyłem – chodzić po domu i od czasu do czasu przystawać spokojnie, prawie dostojnie i do niczego nie będę się śpieszył. Tu przystanę, tam przysiądę, tu sobie postawię kawkę, a tu kieliszeczek z armaniaczkiem. Może nawet położę się na chwilkę na miękkiej kanapie, a może rzucę okiem na jakąś dawną, ulubioną książkę – taką właśnie jak Wyspa Skarbów, Ogniem i mieczem, czy powiedzmy Tajemnicza Wyspa…

Miałem poczucie, że zawsze mogę pojechać i to dodatkowo odstręczało mnie od jeżdżenia. Poczucie, że coś można zrobić w każdej chwili często gęsto sprawia, że się tego nie robi.

Drugim tematem, który obok podróży przewijał się w czasie rozmów z moimi znajomymi-emerytami, były powroty do Polski. I to nie była rzadkość. Mówiono niby hipotetycznie, ale ze szczegółami, które zdawały się wskazywać na solidne przemyślenie sprawy.

-Wiesz Marcin – tak myślimy czyby nie wrócić do Polski. Nie to żeby całkiem, ale tak pół roku tu, pół roku tam. Za nasz dom wzięlibyśmy półtora miliona, w Polsce kupilibyśmy za…itd., itd.

Słuchałem tego trochę jednym uchem, ale nie taiłem mojej dezaprobaty. Na nieszczęście  parę razy coś powiedziałem. Bardzo szybko zostałem uciszony.



-Co ty tam wiesz?! Wracamy, kupujemy i żyjemy jak królowie! Do córki będziemy przyjeżdżać na zimę, a potem z powrotem do Polski! Z Polski będziemy brać wycieczki na Bali, do Kenii czy gdzie tam będziemy chcieli! I bara bim bara bum! Acha, mówiłem ci ile nam dają za nasz dom???

I na to nie miałem już żadnej odpowiedzi, chociaż – jak się później okazało – były przypadki powrotów z tych powrotów, a jeden z nich zwieńczono nawet ucałowaniem kanadyjskiej ziemi na lotnisku Pearsona w Toronto.

Para, która to zrobiła wyjechała do Polski rok wcześniej, po trzydziestu pięciu latach w Kanadzie. Dzieci nie mieli, a zaczem faktycznie nic ich w Ontario nie zatrzymywało. Pochodzili z Mazowsza, ale wymarzyli sobie  „cudny domek na Podhalu”. Taka super komfortowa góralska chata, z tym i tamtym, a nawet z fikuśną sauną i naturalnie ogrodową wędzarnią ryb, piwniczką na wina itd. Jednym słowem luksus luksusów.

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że wśród nowych sąsiadów od razu uważani byli za obcych i okazało się, że  „swoi  ich nie przyjęli!” Byli w Polsce, na pięknym Podhalu, mieli domek i jeszcze trochę  pieniędzy, ale nie byli z Podhala! Byli z Kanady, z Mazowsza, ale z całą pewnością nie byli z Podhala! I to był główny /bo były i inne/ problem. Prawie od początku otaczała ich jakaś dziwna atmosfera niechęci. Tak przynajmniej opowiadali.

Próbowali się zbliżyć do sąsiadów, ale doszło do jakichś łez, jakiegoś nieudanego spotkanka „przy kawie”, zdechłego kota rzuconego na ganek i niby przypadkowego zniszczenia auta… Były też i inne wypadki. Trudno dociec co i jak, ale przeszli swoje. Na szczęście sprzedali „cudny domek” i wrócili do Ontario. Było trochę strat, ale nie ukrywali radości z powrotu.

Mówili tak:

-To co nas spotkało nie jest aż tak ważne, bo taki błąd jest do uniknięcia. Ważne raczej jest to, że ci którzy decydują się na powrót muszą mieć świadomość  tego, że  tu w Kanadzie są pewne imponderabilia, które bardzo silnie przemawiają za tym krajem.

-A cóż to są te „imponderabilia”? – pytałem.

-W Polsce – odpowiadali – są wspaniale zaopatrzone sklepy, wspaniałe krajobrazy, zadbane miasta i wioski, zabytki i co tylko chcesz. Piękny kraj! Mimo to – w tej tu naszej, może nawet skromniejszej Kanadzie –  panuje luz, łagodność w stosunkach między ludźmi, spokój i stabilność i… uśmiech!

To są właśnie te „imponderabilia” – mówili – i tego brakuje w Starym Kraju!

Tak więc temat powrotów unosił się nad naszym emeryckim środowiskiem i poczułem go wyraźnie w czasie moich pierwszych emeryckich rozmów ze znajomymi.